środa, 25 czerwca 2014

Rozdział 41


Hermiona wróciła do sypialni przed drugą w nocy. Zasnęła ze skulonym obok siebie Krzywołapem, dziwiąc się samej sobie, że pomimo zmęczenia i wyczerpania udało się jej obudzić i to jeszcze przed pierwszym budzikiem. Usiadła na łóżku, przecierając zmęczone oczy. Ile by dała, aby powrócić raz jeszcze w objęcia Morfeusza. Wiedziała, że mogłaby to być zbyt ryzykowna gra, a nie miała zamiaru spóźnić się na pierwsze zajęcia. Spojrzała z nutą tęsknoty i zazdrości na Krzywołapa, który spokojnie drzemał, poruszając przez sen ogonem. 


Zwlekła się z łóżka, przemierzyła cichą sypialnię i oddaliła się do łazienki, po drodze o mało nie wywracając się o rzucony but, który należał do nikogo innego jak do panny Brown. Hermiona miała ochotę wziąć go i rzucić nim w dziewczynę, bo może tak by się nauczyła trzymać wokół siebie względny porządek. Gdy już trzymała jej but w dłoni, opamiętała się w ostatniej chwili. Potrząsnęła głową, odrzucając od siebie kuszącą myśl. Nie potrzebuje problemów. Zwłaszcza teraz, pomyślała, stawiając but bliżej łóżka Brown. 


Przemierzając szkolne korytarze, starała się myśleć o wszystkim tylko nie o Malfoyu, który jak na złość cały czas za nią chodził. Myślała o nim, gdy opuścił Pokój Życzeń, pozostawiając ją samą w pokoju o ponurych i depresyjnych barwach. Potem myślała o nim, gdy wracała do wieży, mając na uwadze, aby nie wpaść na Filcha, o którym wspominał wcześniej Ślizgon. Droga powrotna okazała się dość krótka, a to ze względu, że Krzywołap ani razu ich nie zatrzymał, ostrzegając przed zbliżającym się zagrożeniem. Widocznie Filch znajdował się w innej części zamku albo poszedł spać, jak zresztą powinna zrobić tak samo Hermiona. 


Zjadła dość lekkie śniadanie, mając niespokojnie ściśnięty żołądek. Kiwała głową, zgadzając się z przyjaciółmi. O czym rozmawiali? Nie miała pojęcia. Nawet ich nie słuchała, co chwila, obracając się w stronę stołu Ślizgonów, lecz Malfoya tam nie było. Z dziwnym, trudnym do opisania uczuciem, którego nie potrafiła nazwać, zebrała swoje rzeczy i opuściła wciąż trwające śniadanie, tłumacząc się nagłą potrzebą sprawdzenia czegoś w bibliotece.


Była już za zakrętem, gdy gwałtownie przystanęła, widząc w oddali Pansy Parkinson wraz z Draconem Malfoyem. Wcale nie chciała się zatrzymywać, mogła przecież skręcić w inny korytarz, ale coś było silniejsze i nakazało jej postąpić wbrew sobie. Skryła się za jedną z kolumn, czując na sobie pytające spojrzenie jednego z portretów. Zignorowała je, nadstawiając ucho.


– Och Draco. 

– Mówiłem, odczep się ode mnie Pansy. 

– Mi nie powiesz, z kim idziesz? No daj spokój…

– To nie twój interes – rzucił, podkreślając ostatnie słowo. Hermiona zwęziła brwi, bardziej napierając na zimną kolumnę.

– Co to za wielka tajemnica? – fuknęła Ślizgonka.

– Co cię tak to interesuje? – wyrzucił z siebie, a jego głos zdawał się brzmieć na dość poirytowany. – Parkinson sądziłaś, że nie domyślę się, że wysłałaś Zabiniego, aby wypytał mnie, z kim idę na bal?

– Sądziłam, że pójdziemy razem. Czekałam, aż sam mnie zaprosisz – jej głos stał się piszczący. – Teraz muszę iść z cholernym Cornerem.

– Cóż pasujecie do siebie – usłyszała ironię w głosie Malfoya.

– Przestań – syknęła. – Tak zastanawiałam się, z kim idziesz… 


Hermiona zadrżała. Nagle z dziwnych i niezrozumiałych powodów zaczęło być jej strasznie gorąco. Poluzowała krawat, jeszcze mocniej napierając na zimną kolumnę. Szukała ochłody i uspokojenia. Policzki dotknęły zimnego kamienia, a Hermiona z ulgą wypuściła powietrze z płuc.


– Idziesz z Cho. Prawda? – nie zdawała sobie sprawy, że przez niemal cały czas zaciskała lewą piąstkę tak mocno, że omal nie przebiła paznokciami delikatnej skóry. – Podobno Granger idzie z Macmillanem. Słyszałeś o tym?


Zaklęła pod nosem z chwilą, gdy przebiła paznokciami skórę. Spojrzała na zakrwawioną dłoń, a następnie zamarła. Zrobiło się cicho, zbyt cicho. Nie, nie, panikowała, nie chcąc zostać złapaną na podsłuchiwaniu. Nie wiedziała, kogo obawiała się bardziej. Zawistnej Parkinson, czy jednak zimnego i niedostępnego Malfoya. Zimny dreszcz spłynął wzdłuż kręgosłupa.


– Nie. Nie słyszałem – rzucił w końcu Malfoy.

– Ach tak przypadkiem się dowiedziałam – powiedziała znudzona Pansy. Gdyby tylko Hermiona wychyliła głowę za kolumnę, mogłaby zobaczyć, jak Parkinson teatralnie przygląda się swoim idealnie wykonanym manicure. – Więc nie możesz iść… – zawahała się tylko na sekundę. – Z tą szlamą.

– Coś jeszcze? – jego głos był poirytowany. Hermiona ostrożnie wychyliła głowę za kolumnę, obserwując oddalające się plecy Malfoya. Po chwili ruszyła za nim Pansy, mocno gestykulując i wyrzucając z siebie potok słów, których z tamtej odległości Hermiona już nie wychwyciła. Malfoy nie wyglądał na takiego, który miałby ochotę kontynuować konwersację z Pansy.

Episkey – szepnęła Hermiona, uzdrawiając skaleczenie.


Wpadła do najbliższej łazienki, zmywając z siebie resztki krwi. Stała nad umywalką przyglądając się w tafli lustra dziewczynie o czekoladowych oczach. Szlama, usłyszała w swojej głowie, pogardliwy głos Parkinson. Nie miało nigdy znaczenia, kto wypowiadał te słowa, za każdym razem bolały tak samo. Hermiona zagryzła wargę, starając się nie rozpłakać.


Spoglądała na lekko drżące dłonie, gdy nagle zdała sobie sprawę z dziwnej postawy Malfoya. Dlaczego nie pociągnął z Pansy tematu?, zastanowiła się. Przez ostatnie lata dość mocno poznała Malfoya, a był on osobą, która nie odpuściłaby okazji, aby ukazać wyższość swojego statusu krwi. Mógł przecież podjudzić Parkinson, ciągnąc temat szlam, mógł również przytaknąć jej. A on nie zrobił niczego. Po prostu urwał rozmowę. I to było w tym wszystkim dziwne i niepokojące. Malfoy obrońca czystokrwistych nagle postanawia milczeć.


– Co tu robisz?


Poderwała głowę. W tafli lustra spostrzegła zdziwioną twarz Puchona. Obróciła się za siebie, zakręcając w pośpiechu kurki z wodą.


– To jest toaleta chłopców – Hermiona jedynie rozejrzała się wokół. Miał rację. Bez rzucenia przepraszam wypadła z łazienki, pędząc do biblioteki.


Krążyła pośród półek, starając się schować za ścianami swojej podświadomości wcześniejsze zajście. Skup się Hermiono, powiedziała na głos, zwracając na siebie uwagę pani Pince, która z chwilą, gdy tylko przekroczyła próg biblioteki, posyłała w jej stronę nieprzyjemne spojrzenie. Zlekceważyła je, tak samo, jak zignorowała myśl, że bibliotekarka dowiedziała się, że kilka dni wcześniej spędziła tu poranek, łamiąc zabezpieczenia. Gdyby tak było, już dawno miałabym z nią na pieńku, pomyślała, kierując się do działu poświęconemu historii magii.


Będąc jeszcze w Pokoju Życzeń, poczuła nagły i dość niekontrolowany impuls, który podpowiadał jej, że zrobi wszystko, aby pokazać Malfoyowi, jak bardzo się co do niej myli. Udowodni mu, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. I być może pierwsza próba tańca nie poszła jej za dobrze, być może przez chwilę miała dwie lewe nogi, tak uznała, że nie odpuści. Udowodni mu, a przede wszystkim sobie, że jest w stanie nauczyć się  każdej umiejętności. Hermiono Granger, nie ma dla ciebie rzeczy niemożliwych!, pomyślała, sunąc palcami po brzegach ksiąg. 


Po wielu latach spędzonych w Hogwarcie była pewna co do jednej dość istotnej rzeczy. Jeśli czegoś nie wiesz, odpowiedź znajdziesz w szkolnej bibliotece. Hermiona szła w zaparte, aby znaleźć jakąkolwiek pozycję, która przybliży jej podstawy tańca. Musiała od czegoś zacząć. Z tą myślą krążyła dalej po bibliotece, wyobrażając sobie, jak świetnie radzi sobie podczas prób, co spowodowałoby, że Malfoy zakończyły wcześniej ich spotkania, nie musząc ciągnąć tego przez kolejne trzy tygodnie. Uwolnienie się od Malfoya było wystarczającym impulsem, aby opanować podstawy tańca.


Chwyciła w dłoń tom poświęcony Zwyczajom Czarodziei. Natknęła się na rozdział poświęcony tańcu jako część rytuałów, ale to nie było to, czego szukała. Kolejny rozdział mówił o tańcu jako część dawnych uroczystości rodowych. Odłożyła książkę na miejsce, a wtedy do jej umysłu napłynęła myśl. Zatrzymała się na chwilę, poddając się jej. Ród. Rodzina. Tańce. To wszystko idealnie opisywało Malfoya, który nie zachowywał się, jakby taniec był dla niego czymś obcym. Ciekawe, kiedy Malfoy zaczął tańczyć?, zastanawiała się, ruszając do kolejnego działu. Próbowała sobie przypomnieć, jak zachowywał się Malfoy podczas Balu Bożonarodzeniowego. Jak radził sobie na parkiecie? Z kim tańczył? Zagryzła wargę skołowana. Jedynie co pamiętała to okropne uczucie strachu, które kotłowało się w brzuchu, gdy tylko wkroczyła na parkiet z Wiktorem Krumem. Pamiętała jeszcze przerażony wzrok biednego Harry’ego, który także tańczył podczas rozpoczęcia balu.


Księga z działu magii bezróżdżkowej nie okazała się tak pomocna, jak oczekiwała. Taniec przedstawiony był, jako element ruchu, kontroli ciała, który miał okazać się pomocny przy pojedynkach. Hermiona pokręciła głową skołowana. Jak taniec mógłby komuś pomóc podczas pojedynków?, pomyślała, odkładając księgę na półkę. 


Zegar na ścianie wskazywał, że za piętnaście minut rozpoczną się pierwsze zajęcia. Hermiona zacisnęła dłonie w piąstki i ruszyła przed siebie. Był tylko jeden dział, który mógłby jakkolwiek jej pomóc. Czując, że jest to jej ostatnia deska ratunku, zamaszyście skręciła w lewo. Zatrzymała się dopiero przed dość ubogą kolekcją poświęconej Etykiecie Czarodziejów. Przejrzała pozycje o obyczajach i tradycjach i gdy już myślała, że szczęście ją opuściło, nagle przystanęła. Serce zabiło mocniej, gdy dostrzegła niechlujnie wciśniętą księgę pomiędzy inne tomy. Chwyciła w ręce podarty i zniszczony Kurs Tańca Dla Opornych Trolli (i nie tylko), a triumfalny uśmiech momentalnie pojawił się na jej twarzy. 


– Ciekawe… – niemalże zacmokała pani Pince, widząc księgę, z którą przyszła do niej Hermiona. Chwyciła ją i lekko poprawiła okulary na nosie. Przeniosła spojrzenie z okładki przedstawiającej trolla w sukni baletowej i przeniosła je na pannę Granger, która stała z zaczerwienionymi z zażenowania policzkami. Hermiona wyglądała tak, jakby pragnęła znaleźć się gdziekolwiek, gdzie nie dosięgnie jej ostre i pogardliwe spojrzenie bibliotekarki. – To… to wszystko? – zapytała w końcu. 

– Tak – odpowiedziała błyskawicznie Hermiona, niemal wyrywając księgę, którą podała jej bibliotekarka. Upchała ją do torby i pod niemalże rozbawionym spojrzeniem zwykle surowej czarownicy wybiegła ze szkolnej biblioteki, czerwieniąc się jeszcze bardziej.


Dalsza część dnia minęła spokojnie. Złapała siebie kilkukrotne na tym, że wodziła ku Malfoyowi wzrokiem. Gdy tylko się na tym łapała, starała się zachowywać, tak jakby tylko się zamyśliła, akurat spoglądając w jego stronę. Cóż Malfoy ani razu nie odwdzięczył się spojrzeniem, nie takim, jakim by oczekiwała. Raz niemal zderzyła się z nim ramieniem, gdy w tym samym czasie próbowali wejść do sali profesora Flitwicka. Wtedy w końcu spojrzała na Malfoya. Odważnie, bez ukrywanych spojrzeń. Odwdzięczył się jej tym samym, dość krótkim i srogim spojrzeniem. Potem rzucił przez niemal zaciśnięte wargi: No rusz się Granger. Ruszyła, czując, że idzie za nią.


Przez kolejną część dnia odepchnęła Malfoya ze swojego umysłu. Chcąc czy nie jej myśli zaczęły wodzić w innym kierunku. W niemalże każdej części zamku począwszy od korytarzy, sal lekcyjnych a kończąc na Wielkiej Sali, każdy z zapałem plotkował o zbliżającym się balu. Wiele dziewcząt ochoczo i z radością dzieliły się swoimi przygotowaniami do wyczekiwanego wieczoru. Hermiona z udręką spuściła głowę. Zakupy były kolejnym dość ciężkim zadaniem. Nie, że Hermiona ich nie lubiła, lubiła i to bardzo. Podczas letnich wakacji dość często z mamą spędzały wiele godzin, krążąc pomiędzy sklepami i to nie tylko takimi z odzieżą, ale różnej maści. Teraz czuła niemały opór przed zakupami. Nie wiedziała tylko dlaczego.


– Ginny – zagadała do rudowłosej podczas przerwy obiadowej. – Nieoficjalnie chcę ci powiedzieć, że…

– Nieoficjalnie? – opuściła niżej łyżkę, spoglądając z zainteresowaniem na Granger.

– Tak, nieoficjalnie – rzuciła cicho, rozglądając się wokół. – W sobotę jest wyjście do Hogsmeade – niemal wyszeptała. – Ostatnie w tym roku. To nasza jedyna okazja, aby poszukać sukienek na bal.

– Na Merlina! – powiedziała z radością. – Pójdziemy razem? Jestem kiepska w takich sprawach. Wiesz u nas w domu, praktycznie nie możemy pozwolić sobie, aby kupić coś nowego. Nie wiem, czy mam tyle galeonów… – zaczęła wyrzucać z siebie potok słów.

– Ginny spokojnie. Coś załatwię, okay? – chwyciła rudowłosą za dłoń. – Mówię ci, tylko abyś była gotowa. Oficjalna informacja będzie podana dopiero jutro – puściła do niej oczko. 

– Dzięki Hermiono – uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Szykuj się Ginny, to będzie nasz babski dzień. Bez Harry’ego i Rona.


***


Hermiona położyła dłoń na klamce, biorąc spokojny wdech. Spojrzała z dziwnym smutkiem pod stopy. Ile teraz by dała, aby mieć Krzywołapa za swojego towarzysza. Ten  spał w najlepsze nawet, nie mrugnąwszy, gdy Hermiona podniosła się z łóżka. 


– Obym była pierwsza – powiedziała z nadzieją.


Nadusiła klamkę i weszła do środka. Nić żalu spłynęła wzdłuż kręgosłupa. Malfoy już na nią czekał. Z chwilą, gdy przeszła przez próg, rzucił na nią krótkie, dość chłodne spojrzenie. Zajmował ten sam fotel co wczoraj. Pokój wciąż miał ciemne i depresyjne barwy, ale nie uszło uwadze Hermiony, że w Pokoju Życzeń pojawiły się lustra. I to dość sporo luster. Wysokie na kilka metrów, pochylone lekko w przód. Były one w prostej, delikatnej oprawie,  a samo ich ustawienie tworzyło półokrąg. 


Hermiona przełknęła gulę w gardle, zajmując drugi fotel. Odruchowo położyła na podłodze szmacianą torbę, nie spuszczając wzroku z luster. Nie wiedziała do końca czy podobał się jej nowy wystrój Pokoju Życzeń. 


– Malfoy.

– Granger – odpowiedział cicho. – Co to? –  wskazał na torbę.

– Wzięłam ze sobą buty na zmianę.


Wyciągnęła z torby buty na niewielkim obcasie. Rozdział drugi Kursu Tańca Dla Opornych Trolli (i nie tylko), kilkukrotnie podkreślił, jak ważne jest odpowiednie obuwie. Hermiona, która brała wszystkie rady do serca, tuż po zajęciach przekopała cały kufer, znajdując parę obuwia na lekkim obcasie. Ubrała je i przeszła kilka razy wzdłuż sypialni, przypominając sobie uczucie, które towarzyszyło chodzeniu na wyższych butach. Dwa razy nogi jej zadrżały, więc prędko chwyciła się kolumny łóżka, aby nie stracić równowagi. Nie mogła pokazać się Malfoyowi w stanie, w którym ledwo chodzi na szpilkach. Zagryzła wargę niemal do krwi, kontynuując swoje zmagania. I dreptała tak po sypialni wtę i wewtę pod bacznym spojrzeniem Krzywołapa. Raz udało się jej zrobić nawet obrót w miejscu, wyglądając nieco zgrabniej niż troll z okładki podręcznika. 

 

– Widzę, że odrobiłaś lekcję – powiedział. Nie doszukała się w jego głosie nuty ironii ani sarkazmu. W jego oczach coś błysnęło. Hermiona odniosła wrażenie, jakby na swój kulawy sposób pochwalił ją. Zaokrągliła lekko barki, zdając sobie sprawę, jak niedorzecznie to brzmiało w jej głowie. Malfoy nie prawi nikomu pochwał, pomyślała. Spojrzała w dół, gdzie spod materiałowej siatki wystawał róg książki. Prędko upchała ją z powrotem, aby Malfoy przypadkiem nie dostrzegł Kursu Tańca Dla Opornych Trolli (i nie tylko). Wtedy to miałby z niej ubaw do końca szkoły.

– Malfoy czy możemy nasze spotkania przełożyć na inną godzinę?

– Dlaczego?

– Nie wiem jak ty, ale ja potrzebuję snu. Nie mogę zarywać nocy, aby się z tobą spotykać. Zresztą mam coraz większe problemy, aby wyjść z dormitorium niezauważona – powiedziała, widząc przed oczami twarz Lavender, która wybudziła się ze snu w tym samym momencie, gdy Hermiona złapała za klamkę.

– Jeśli tak chcesz – rzucił bez wyrazu. – Brown?

– Skąd wiesz? – spojrzała na niego zaskoczona. 

– Każdy wie, że Brown nie przepada za tobą, odkąd odbiłaś jej chłopaka.

– Nie odbiłam nikomu chłopaka – rzuciła urażona. – Seamus był wolny. Zresztą nigdy nie lubił Brown. Masz jeszcze jakieś plotki na mój temat? – uniosła brew ku górze. Malfoy wyglądał tak, jakby powstrzymywał uśmiech. Nie taki fałszywy i sarkastyczny, ale normalny, ludzki uśmiech. Merlinie to do niego niepodobne, pomyślała. Poprawiła się na fotelu, zastanawiając się przez moment, jakie jeszcze niuanse krążyły wśród uczniów. Czy naprawdę uważali ją za taką, która odbija chłopaka innej dziewczynie? Przełknęła gulę w gardle, odpychając od siebie tę nieprzyjemną myśl. Malfoy tylko mnie podpuszcza, pomyślała kulawo. 

– Nie przypominam sobie – odpowiedział. – O dwudziestej ci pasuje? Powinniśmy się wyrobić w dwie godziny przed ciszą nocną. 

– Pasuje.

– Profesor McGonagall przekazała mi informację, że kilka dni przed balem będziemy mieć próbę z innymi prefektami.

– Z innymi prefektami? – zapytała spanikowana. Jeśli wcześniej zaprzątała sobie głowę opinią innych, nagle to uczucie się spotęgowało, napierając na ściany jej podświadomości.

– A coś ty taka zdziwiona Granger? – zapytał dość sucho. – Przecież to oczywiste, że próby będą z innymi. Jak chciałaś sprawdzić, czy wszyscy tańczymy poprawnie? W dniu balu?

– Ja… –  spojrzała na swoje dłonie. – Ja o tym nie pomyślałam.

– Nie ma takiej potrzeby, aby wszyscy się spotykali razem przez następne trzy tygodnie. Wierz mi Granger, ale pozostałe pary dość dobrze radzą sobie na parkiecie. No i większość z nich zna podstawy.

– Malfoy – rzuciła przeciągle, zakładając nogę na nogę. – Nie jestem aż tak ograniczona ruchowo, jak zakładasz.


Przerażała ją myśl, że Parkinson dowie się z kim Malfoy, wybiera się na bal. Hermiona nie była gotowa, na kolejne haniebne komentarze w swoją stronę. Nagle poczuła, zbliżające się w kącikach oczu łzy. Nie mogła pozwolić, aby Malfoy zauważył jej zmianę nastroju, albowiem zajęła się ubieraniem butów na obcasie.


Zacisnęła dłonie na oparciu fotela i podniosła się w górę, stępując z nogi na nogę. Pogratulowała sobie rozważności, że już wcześniej zmierzyła buty pod słuszną uwagą podręcznika Kursu Tańca Dla Opornych Trolli (i nie tylko). Lekko, dosłownie minimalnie skrzywiła się, gdy but niefortunnie nacisnął na wcześniej otartą piętę. Odnotowała w umyśle, aby zmienić plaster, gdy tylko zakończy próbę.


Starała się patrzeć wszędzie tylko nie na Malfoya oraz zachowywać się tak, jakby stanie na obcasach było dla niej tak naturalną czynnością, jak gwizdanie. Przeszła do miejsca, gdzie tańczyli ostatnim razem, lecz zatrzymała się w połowie kroku, słysząc jego głos. Zagryzła wargę, wyobrażając sobie, jak Malfoy od razu odnotował jej brak gracji w poruszaniu się na butach na wyższym obcasie. Ostrożnie odwróciła się, gotowa, aby powiedzieć mu, że się myli, że śmiga w szpilkach niemal co drugi dzień i wychodzi jej to całkiem zgrabnie. 


– Tutaj Granger – rzucił, nie patrząc na nią. – Bliżej luster.

– Muszą być te lustra?

– Tak.


Zagryzła wargę, podchodząc. Starała się nie spoglądać na lustra, totalnie zignorować ich obecność, lecz gdy zatrzymała na jednym z nich nieco dłuższe spojrzenie, dostrzegła swoją przerażoną bladą twarz. Widziała drżące i chwiejne nogi, które próbowały utrzymać się na szpilkach. Spojrzała w dół, zmieniając lekko ustawienie, kierując ciężar ciała na przodostopie. Nie kompromituj się Hermiono, upomniała się. Rozdział trzeci Kursu Tańca Dla Opornych Trolli (i nie tylko), wspomniał o poprawnej postawie. Lekko ugięła kolana, pamiętając, aby nie blokować ich za mocno. Zmusiła do pracy mięśnie brzucha, a także opuściła barki w dół, usuwając nieprzyjemne napięcie w szyi. Skorygowała postawę, nieco szerzej otwierając klatkę piersiową. 


– Pamiętasz wczorajszą próbę, czy mam od nowa wszystko powtarzać?


Jego wyraz twarzy był nieprzenikniony. Przez sekundę pomyślała, że Malfoy jest na nią zły, że w jakiś dziwny i niezrozumiały dla niej sposób uraziła go. Spięła się, gdy ten zbliżył się do niej dość szybko, bez żadnego ostrzeżenia. Buty na obcasie pozwoliły jej spoglądać na niego z większą łatwością. Nie musiała zadzierać głowy, aby dosięgnąć jego ust, które miały już niedługo liczyć. Raz. Dwa. Trzy. 


W dalszym ciągu był od niej wyższy, ale teraz nieco łatwiej zajrzała w jego oczy. Zimne i niewzruszone oczy. Przez moment pomyślała, że skrywa się w nim jakaś bestia gotowa do ataku, że tak lodowatych i nieprzeniknionych oczu nie posiadał nawet profesor Snape, który nie był skory do empatii.


– Skończyłaś mnie podziwiać?


Hermiona ugryzła się w język, starając się nie zarumienić swoją niezdarnością. Odgarnęła kosmyki włosów z czoła, kompletnie ignorując jego komentarz. Malfoy stanął w tej samej odległości co wczoraj. Bez pytania i żadnego ostrzeżenia położył dłoń na jej łopatce, a drugą uniósł w górę, czekając na jej krok. Bez zastanowienia położyła dłoń na jego ramieniu, pamiętając z wcześniejszej próby poprawne ułożenie, a drugą dłoń położyła na jego. Malfoy przymknął palce. Pocieszające, że znów bez chęci łamania palców, pomyślała.


Raz.


Ruszyli. Powoli. Bez muzyki. Hermiona z całych sił skupiła swoją uwagę na ustach Malfoya, które odliczały raz, dwa, trzy. Niespodziewanie jej stopa wymsknęła się zbyt wcześnie do przodu, co poskutkowało tym, że Malfoy na nią nadepnął. Odskoczyła w bok, krzywiąc się pod nosem.


– Granger – jęknął poirytowany.

– Jeszcze raz.


Ustawili się ponownie. Hermiona skupiła wszystkie zmysły na jego dłoni spoczywającej na jej łopatce. Miejsce, w którym jej dotykał, paliło. Jesteś bezpieczna, uspokoiła się w myślach, biorąc wdech. Przeniosła spojrzenie na ich dłonie, zdając sobie sprawę, jak niedorzecznie to wszystko wyglądało. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek będzie stać tak blisko Malfoya, kto by pomyślał, że będzie mieć z nim kontakt fizyczny i to całkiem bliski. Zajrzała w lodowate tęczówki. Dojrzała w nich upór i niedostępność i jeszcze coś, co nakazało jej przerwać kontakt wzrokowy. Nie widziała czy bała się Malfoya, czy była po prostu onieśmielona całą tą niedorzeczną sytuacją. Skupiła całą uwagę na jego ustach, które drgnęły. Raz. Dwa. Trzy.


Zanim ruszyli, poczuła na swojej dłoni lekkie ściśnięcie. Zasygnalizował jej gotowość. Ruszyli. Powoli. Dość gładko i względnie poprawnie, a Hermiona cały czas skupiała swoją uwagę na poprawnym ułożeniu ciała i ustach Malfoya, które poruszały się nieznacznie. Raz. Dwa. Trzy.


– Zaraz będzie obrót – odezwał się niespodziewanie, rzucając coś innego niż wyuczone raz, dwa, trzy. Hermiona lekko skinęła głową.


Obrót wyglądał całkiem lepiej niż wczoraj. Gdy w końcu się zatrzymali, Malfoy nieznacznie skinął głową. Hermiona uznała to za dobry znak, albowiem na jej ustach ukazał się lekki uśmiech. Brawo Hermiono, pogratulowała sobie.


– Raz jeszcze – powiedział, przyjmując odpowiednią postawę.

– Dobrze.

Raz – ruszyli. – Wiesz, że możesz się na mnie patrzeć?

– Słucham? – odpowiedziała zdezorientowana, odciągając wzrok z jego ust.

– Nie gryzę Granger.

– Wiem – rzuciła krótko, znów przenosząc wzrok na jego usta.

– Wiesz, że możesz się na mnie patrzeć i słuchać mnie jednocześnie?

– Och… – wymsknęło się jej dość kulawo. W sumie było to dość logiczne. Nie wiedziała sama, dlaczego ciągle uciekała wzrokiem do jego ust. Być może bała się jego chłodnego spojrzenia?

– Nazywa się to podzielność uwagi – rzucił sarkastycznym głosem. – Raz. Dwa. Trzy – nie spostrzegła, kiedy wykonali obrót. Nie uprzedził jej, po prostu ją prowadził, a Hermiona nie zdała sobie sprawy, kiedy całkowicie zaczęła na nim polegać. 

– Nie ostrzegłeś mnie…

– I nic ci się nie stało – rzucił dość wrednie. Kolejny obrót.

– Nie rób tak…

– Jak?

– Nie przestawaj liczyć.

– Nie kompromituj się Granger i nie zachowuj się jak pięciolatka, która potrzebuje liczenia, aby wykonać jakikolwiek krok.


Podziałało. Nie wiedziała, czy zrobił to celowo, czy miał dosyć powtarzania na okrągło raz, dwa, trzy. Hermiona poczuła w sobie upór i determinację. Broda powędrowała nieco wyżej, wzrok przeniosła na jego oczy, spotykając się z dość dominującym spojrzeniem Dracona Malfoya. Nie uległa mu, odwzajemniła spojrzenie, samodzielnie odliczając w umyśle raz, dwa, trzy.


Tańczyli, po prostu tańczyli. Nie odzywali się do siebie ani słowem z oporem spoglądając we własne oczy. Malfoy nieco mocniej ścisnął ją za dłoń, przyspieszając, a Granger podołała wyzwaniu. Nie nadepnęła go ani nie wpadła na niego. Całkowicie mu się oddała, pozwalając się prowadzić.


– Można? Można – powiedział, gdy się od siebie oderwali. Malfoy zrobił kilka kroków w tył, podwijając rękawy swetra. Hermiona oparła dłonie na biodra, biorąc kilka głębszych i nieco szybszych wdechów. Przymknęła powieki, próbując opanować zadyszkę.


Malfoy zjawił się nagle obok niej, wyciągając w jej stronę butelkę z kremowym piwem. Taką samą butelkę trzymał w drugiej dłoni. Hermiona nieśmiało przejęła szkło. Malfoy upił dość spory łyk, nie spuszczając z niej wzroku.


– Nie musisz histeryzować. Niczego ci nie dodałem – rzucił, widząc, jak zagląda do butelki. 

– Nie histeryzuję – odpowiedziała, wciąż się bacznie przyglądając kremowej pianie.

– Na Merlina Granger – rzucił wyraźnie poirytowany. – Nie chcesz, to nie pij, nie obchodzi mnie to. 

– Sięga tutaj prawo Gampa – przełknęła gulę w gardle. – Nie można wyczarować tutaj jedzenia ani picia.

– To racja – wzruszył ramionami. – Nie pomyślałaś, że przyniosłem je ze sobą?

– A przyniosłeś?

– Na to wygląda – rzucił kwaśno.

– Ja… – rozejrzała się wokół. – Na pewno sam jesteś spragniony i przyniosłeś je dla siebie. Weź – podała w jego stronę butelkę.

– Co jest z wami Gryfonami nie tak? – prychnął. – Nadepnąłem na twoją dumę Granger, czy co? – wskazał dłonią w róg pomieszczenia. Dopiero teraz spostrzegła mały stolik, na którym ustawiona była srebrna waza z wystającymi butelkami kremowego piwa. – Mam tego więcej. – Hermiona przełknęła gulę w gardle, zdając sobie sprawę, jak naprawdę spragniona była. Uniosła butelkę do ust i przelała odrobinę kremowego piwa, nie spuszczając z Malfoya spojrzenia. Nie wydarzyło się nic. Kompletnie nic.

– Dzięki Malfoy – rzuciła, ocierając kącik ust.

– Wystarczy tego obijania się. Zaczynamy.


Hermiona przelała niemal całe kremowe piwo do ust. Zdała sobie sprawę, że Malfoy był nieugięty. Kontrolujący i chcący mieć nad wszystkim i wszystkimi władzę. Postawiła butelkę na podłodze a ta w magiczny sposób, zniknęła. Kątem oka dostrzegła, jak Malfoy zaczął kręcić się przy radiu. Po dłuższej chwili zaskrzeczało ono złowrogo by w końcu Pokój Życzeń, mogła przeciąć nieco ckliwa melodia. 


Tak jak wcześniej zbliżył się do niej bez słowa. Hermiona tym razem pierwsza wykonała krok i dotknęła jego ramienia, aby dodać sobie odrobinę kontroli. Malfoy widocznie zdziwił się jej bezpośredniością, gdyż jego brew powędrowała ku górze. Tak jak przypuszczała, nie odezwał się słowem. Standardowo położył dłoń na jej łopatce, a drugą ujął jej dłoń. Nie odezwał się zanim zrobił krok. Nie powiedział raz. Po prostu lekko ścisnął jej dłoń, a następnie ruszył, a Hermiona tuż za nim zatapiając się w zimnych oczach Ślizgona. Jeszcze cię rozgryzę Malfoy, pomyślała.


***


Ściskając pod ramię Ginny, Hermiona przedzierała się przez zatłoczone schody tuż przy Sali Wejściowej, rzucając co chwila, przepraszam, przepraszam, gdy niezdarnie stukała się z czyimś ramieniem.


– Aż tylu ich jest? – zapytała ponuro Ginny, mocniej zaciskając dłonie na pasku torby.

– Miałam nadzieję, że burza śnieżna nieco ich odstraszy – westchnęła z nadzieją Hermiona, dostrzegając w tłumie Harry’ego i Rona.


Pokonały ostatni stopień i już kierowały się w stronę chłopców, gdy ktoś dość boleśnie popchnął Granger w plecy, a ta runęła wraz z Ginny na kogoś przed nimi. Zacisnęły mocno oczy, wyciągając na oślep ramiona w przód, aby ustrzec się przed upadkiem. Niespodziewanie ktoś chwycił je mocno za barki, unieruchamiając je. Zatrzymały się raptownie, otwierając oczy. Stały oko w oko z Draconem Malfoyem. Cholernym Malfoyem, księciem Slytherinu. Obie przełknęły gulę w gardle, spoglądając na siebie ewidentnie zaskoczone.


– Ty – rzucił nad głową Hermiony. – Patrz, jak chodzisz – jakiś wysoki chudzielec prędko przemknął obok nich, rzucając pod nosem, przepraszam. Zanim zniknął, Hermiona dostrzegła na jego twarzy purpurowe wypieki.

– Malfoy – wydusiła z siebie Hermiona.

– Granger – odpowiedział również chłodnym głosem. – Weasley.


Rzuciła na niego szybkie spojrzenie. Równo ułożone platynowe włosy wyglądały, jakby Malfoy spędził przed lustrem cały poranek. Drogi płaszcz w kolorze grafitu, który miał na sobie wyróżniał się na tle innych okryć wierzchnich w Sali Wejściowej. Nie można było zaprzeczyć, że Malfoyowi mieli klasę, majątek i niewyobrażalne wyczucie stylu. Posłał jej dziwne, nieco dominujące spojrzenie. Zachowywał się tak, jakby obecność Granger, wśród uczniów idących do Hogsmeade kompletnie go zaskoczyła. 


Poczuła, jak stojąca obok niej Ginny zaczęła nerwowo się obracać. Kilkoro uczniów przystanęło obok ich trójki, szepcząc pod nosem. Hermiona dopiero teraz zdała sobie sprawę, że Malfoy ciągle trzymał je kurczowo, niemalże wbijając w nie palce. W końcu puścił je, jakby zdał sobie sprawę, że dotyka coś odrażającego, a następnie zrobił krok w tył. 


– Patrzcie, jak chodzicie – tym razem zwrócił się do nich. Posłał Granger krótkie i dość wymowne spojrzenie, a następnie odwrócił się na pięcie. – Zabini! – rzucił, znikając w tłumie uczniów.

– Dupek – mruknęła Ginny, rozmasowując ramię. – Malfoy w Hogsmeade. Istny koszmar!

– Bynajmniej nie potłukłyśmy sobie nosów – wzruszyła ramionami Hermiona. 


Udało im się dostać w końcu do Harry’ego i Rona, którzy stali wraz z Seamusem, Nevillem i Deanem. Hermiona uśmiechnęła się do chłopców, opierając się o ścianę tuż obok Deana, który rzucił na nią jedynie przelotne spojrzenie. Była święcie przekonana, że na pewno zauważył dziwne zajście z Malfoyem.


– To bez sensu – rzucił Ron. – Od godziny stoimy w głupim holu. Nikt się nami nie interesuje – powiedział z wyrzutem.

– Trwa burza śnieżna – zwrócił się łagodnie Neville.

– Mogli to lepiej zaplanować… – dorzucił swoje trzy galeony Ron.

– Panie Weasley – nagle obok nich, wyrosła spod ziemi profesor McGonagall. Posłała w stronę Rona piorunujące spojrzenie. – Co za głupoty pan wygaduje – skarciła go.

– Pani profesor bo ja…

– Uczniowie zostali poinformowani, że ruszymy od razu, jak pogoda się ustabilizuje. Radzę panu i pańskim przyjaciołom zaczekać w Wielkiej Sali jak już wcześniej sugerowałam, ale widocznie mnie pan nie słuchał.

– Umm… – rzucił koślawo, drapiąc się po zaczerwienionym policzku.

– Przepraszamy pani profesor, Ron jest po prostu… – zaczęła Hermiona. Dostrzegła na twarzy profesor McGonagall niepokojące zmęczenie i coś, czego nie była w tamtym momencie odpowiednio nazwać. Zmrużyła oczy, uważniej przyglądając się opiekunce.

– Głodny. Ron jest po prostu głodny – dodał prędko Harry, widząc, że Hermiona wcale nie zamierza dokończyć swojej wypowiedzi. Wszyscy spojrzeli na niego, a ten jedynie wzruszył ramionami, jakby to, co powiedział, było jedynym logicznym wyjaśnieniem opryskliwości  ich przyjaciela.

– Nie róbcie sztucznego tłumu i wejdźcie do Wielkiej Sali jak reszta uczniów. Czeka na was gorąca herbata.

–  Tak zrobimy –  rzuciła Ginny, ciągnąc brata za łokieć.


Czym prędzej uciekli spod ostrego spojrzenia profesor McGonagall. W Wielkiej Sali zgromadzili się uczniowie, a ci, którzy nadal tłoczyli się na schodach, również weszli do środka pod ostrą komendą profesor transmutacji. Gdzieniegdzie można było usłyszeć plotki, że sobotnie wyjście do Hogsmeade zostanie odwołane, a jeszcze inni mówili, że zostanie opóźnione o co najmniej trzy godziny, aż do przerwy obiadowej. Hermiona wraz z przyjaciółmi usiadła do stołu, odpinając płaszcz.


– Nie słuchajcie ich –  rzuciła pokrzepiająco, nalewając każdemu z nich kubek ciepłej herbaty. –  Pójdziemy dzisiaj. Musimy po prostu poczekać, jak pogoda się uspokoi.


Zgodzili się z nią nieco niechętnie. Pozostali uczniowie również zasiedli do ławek, a tylko co poniektórzy toczyli się w małych, kilkuosobowych grupach, rozmawiając zawzięcie.


– Dean, wiadomo, kto będzie  opiekunem wyjścia do Hogsmeade? – po kilku minutach Hermiona w końcu przełamała ciszę pomiędzy nimi.

– Jeśli będzie jakiekolwiek wyjście…

– Ron – spojrzała na przyjaciela. – Coś ty dzisiaj taki ponury? – posłała mu sójkę w bok.

– Nie mam pojęcia Hermiono – wzruszył ramionami Dean.

– Profesor McGonagall, czy profesor McGonagall idzie? – ciągnęła dalej.

– Oby nie…

– Ron! – tym razem Harry skarcił przyjaciela srogim głosem.

– Możliwe – rzucił Thomas. – Aczkolwiek nie jestem pewien.

– Dzięki Dean.

– Aż takie to ważne z kim idziemy? – zagadała Ginny, poruszając sugestywnie brwiami. Hermiona spojrzała na nią z totalną powagą, po czym chwyciła za swój kubek.

– Tworzę plan awaryjny – rzuciła, upiwszy łyk herbaty.

– Jaki znów plan awaryjny? – wyszeptała Ginny.

– Zobaczysz.


Zwróciła się ponownie w stronę Deana. Otworzyła usta, aby zapytać, czy może profesor Snape również się wybiera, ale w porę ugryzła się w język. Nagle i niespodziewanie znikąd pojawił się on. Profesor Snape kroczył przez Wielką Salę. Hermiona nieco mocniej zacisnęła palce na kubku, aż pobladły jej kłykcie. Pozostali na szczęście nie odnotowali jej zmiany zachowania, albowiem zajęli się sobą, kompletnie nie zwracając uwagi na purpurową twarz Granger. Oddychała miarowo i powoli, chociaż wewnątrz czuła niemałą falę ekscytacji, która rozpływała się wzdłuż całego kręgosłupa. Spostrzegła, że nie miał na sobie szaty wyjściowej, płaszcza, ani niczego co mogłoby świadczyć, że będzie opiekunem dzisiejszego wyjścia. Hermiona zmrużyła oczy, zastanawiając się, po co zjawił się w sali pełnej uczniów, jeśli nie miał być ich opiekunem.


Odpowiedź pojawiła się szybciej, niż sądziła. Snape w końcu zatrzymał się w niedalekiej odległości od stołu, przy którym siedziała. Zbliżył się do niego Draco Malfoy, a Snape nieznacznie pochylił się, prawdopodobnie obniżając głos. Rozmawiali przez dłuższą chwilę, lecz przez jazgoczących wokół uczniów nie mogła wyłapać ani jednego słowa. Nie mogła odczytać nawet ich mimiki, bo oboje mieli przyodziane maski obojętności, jakie zwykle raczyli nosić. Zrezygnowana zdjęła z siebie szalik, bo nagle z dziwnych przyczyn, zaczęło być jej niesamowicie gorąco. Położyła go na kolanach, równo wygładzając materiał, a gdy uniosła głowę, spotkała się z ciemnymi oczami Snape'a, które ilustrowały ją ponad platynową czupryną Malfoya. Ciemne jak dno studni spojrzenie niemalże wierciły dziurę w jej duszy. Przełknęła gulę w gardle, czując, jak coś obślizgłego osunęło się na dno jej żołądka. Snape w końcu odwrócił wzrok, wymienił parę uwag z Malfoyem, a następnie odwrócił się na pięcie i wyszedł z Wielkiej Sali. Nie obrócił się już za siebie ani razu, a Hermiona z dziwnym uczuciem pustki odprowadziła go spojrzeniem.


Godzinę później wszyscy byli już w Hogsmeade. Z momentem, gdy przekroczyli bramę miasteczka Harry wraz z Ronem, pobiegli w stronę Miodowego Królestwa, krzycząc po drodze, że jeszcze chwila i padną z głodu. Ludzie zaczęli się rozchodzić, a z oddali zdało się słyszeć skrzeczący głos profesora Flitwicka, który próbował przypomnieć uczniom obowiązujący regulamin. Hermiona jedynie z grzeczności kiwnęła głową w stronę profesora, chwyciła Ginny za łokieć, po czym prędko oddaliła się w stronę kolorowych witryn, słysząc za sobą pełne żalu „Panno Granger!”.


– Ranisz uczucia Flitwicka – rzuciła Ginny, niemal dławiąc się śmiechem.

– Och musi mi wybaczyć – obejrzała się za ramie z przepraszającą miną. – Znam ten regulamin na pamięć.


Zatrzymały się w końcu przed sklepem odzieżowym Gladraga, do którego zmierzały niemal wszystkie dziewczęta. Granger i Weasley wymieniły między sobą niepewne spojrzenie. 


– Gotowa? – zapytała cicho Ginny.

– Gotowa.


Z chwilą, gdy Ginny chwyciła za klamkę, jakaś dziewczyna bezczelnie szturchnęła ją w ramię, pragnąc wejść do środka, jako pierwsza. Ginny spiorunowała ją morderczym spojrzeniem, a jej policzki oblały się wściekłą czerwienią. 


– Ej ty lalunia – cisnęła Weasley. – Nie pchaj się. – odwróciła się za siebie, chwyciła Hermionę za rękę i ciągnąc ją za sobą, weszły do środka pod oburzonym spojrzeniem blondynki. 

– Przyjmujemy dziś waleczną taktykę? – zapytała konspiracyjnie Hermiona.

– Nie ma innej opcji jeśli chcemy przetrwać.


W niewielkim sklepiku roiło się od piszczących i biegających dziewcząt. W każdym kącie wisiały bogato zdobione suknie balowe. Były modele z trenem, jak i bez z ogromną ilością tiulu, a także skromniejsze, ale równie piękne suknie w kształcie syrenki. Hermiona poczuła się jak kilkuletnia dziewczynka wciśnięta do jednego z uwielbianych przez wszystkie mugolskie dziewczynki sklepu z lalkami Barbie. Sklep Gladraga posiadał niemal wszystko, czego mogły potrzebować na bal. Oprócz sukien wieczorowych sklep oferował także eleganckie szaty, czy skromniejsze, ale równie wytworne peleryny. Na środku stała półka z ozdobnymi pantofelkami niemal w każdym kolorze i o różnej wysokości obcasa, gdzie każda z dziewcząt mogłaby znaleźć dla siebie idealny model. Ginny pisnęła rozczulona, widząc wystawę torebek różnej maści, a Hermiona westchnęła, widząc za szklaną witryną zdobione, eleganckie rękawiczki. Wyglądałabym jak Kopciuszek, pomyślała, przypatrując się z uśmiechem parze satynowych rękawiczek w śnieżnobiałym kolorze.


Ginny lekko szturchnęła ją w bok, sugestywnie spoglądając na suknie. Drzwi się otworzyły i weszła dość spora grupa dziewcząt z piątego roku. Jeśli nadal będą tak stać, nie będą miały, z czego wybierać, a wszystkie najlepsze modele sprzątną im sprzed nosa. Dziewczęta, które już były chwilę wcześniej przed nimi mierzyły piękne suknie, inne smętnie przeglądały wieszaki, a jeszcze inne, jak Pansy Parkinson stały z boku i śmiały się z każdej z dziewcząt, które tylko podchodziły pod wystawę z tymi najpiękniejszymi i najdroższymi sukniami. Hermiona poczuła nagły przypływ złości, coś złowrogo pulsowało w jej żyłach. Zacisnęła dłonie w piąstki, próbując pojąć, jakim prawem Pansy mogła śmiać się wraz z innymi Ślizgonkami, jawnie szydząc z innych dziewcząt? Chwyciła Ginny za rękę, kierując się do wolnego wieszaka z połyskującymi sukniami. Zaczęły przeglądać wieszaki, chociaż Hermiona co jakiś czas unosiła głowę w górę, zatrzymując wzrok na Pansy. Niespodziewanie Hermiona spotkała się ze spojrzeniem Hanny Abbott, która również pokręciła głową z dezaprobatą na zachowanie Parkinson.


– Spokojnie moje drogie – próbował przedrzeć się przez tłum właściciel owego sklepu. – Każda z was znajdzie coś dla siebie.

– Gdybym wyglądała tak w tej sukience, nawet nie wyszłabym z przymierzalni – Hermiona usłyszała okrutny głos, który mógł należeć do nie kogo innego, jak do Pansy Parkinson. Wymieniła się z Ginny spojrzeniem, a następnie obie odwróciły się w stronę przymierzalni. Hermiona dostrzegła Susan Bones w uroczej różowej sukience.

– Przecież ona wygląda zjawiskowo! – powiedziała z zachwytem Ginny. Uniosła kciuk w górę, jednak Susan zrobiła krok w tył. Zanim zasłoniła kotary przymierzalni, Hermiona dostrzegła na jej twarzy srebrne łzy. Poczuła, jak coś opadło na dno jej żołądka.

– Ta sukienka wyglądałaby pięknie – Hermiona obróciła głowę, słysząc raz jeszcze piskliwy głos. – Tylko nie na biednej Bones – rzuciła z udawanym współczuciem Parkinson.

– Tego już za wiele – rzuciła Hermiona, odkładając sukienkę.

– O nie… – jęknęła Ginny, widząc, jak Granger oddala się w głąb sklepu. – Szykują się kłopoty.


Ginny czym prędzej ruszyła za Hermioną, która zatrzymała się przed kotarami jednej z przymierzalni. Granger wyciągnęła z torebki paczkę chusteczek i wsunęła je przez bordową zasłonę.


– Szkoda byłoby pobrudzić taką piękną suknię – powiedziała. – Wyglądasz ślicznie Susan.

– Niezła laska z ciebie – dołączyła się Ginny. Hermiona posłała Weasley pełne ciepła i wdzięczności spojrzenie. Kotara przymierzalni zafalowała. Susan nieśmiało wychyliła głowę, a Hermiona zdusiła w sobie ból, widząc zapłakaną Puchonkę.

– Pansy powiedziała… – zaczęła łamiącym się głosem Susan, ocierając chusteczką oczy.

– Kogo obchodzi, co powiedziała Parkinson? – żachnęła się Ginny. – Tylko spójrz na siebie, wyglądasz zjawiskowo!

– Wiedz, że Parkinson musi podbudować swoje ego, szydząc z innych. Jest zepsuta, wstrętna i nikt tak naprawdę jej nie lubi – zdumiona Ginny prędko odwróciła głowę w stronę Hermiony. – Ludzie udają, że ją lubią ze względu na jej ojca i na to, że trzyma się blisko Malfoya. Parkinson nie ma żadnej pozycji. Wątpię, żeby sam Malfoy ją lubił… – zawahała się na moment, przypominając sobie ich ostatnią konwersację. Postawa Malfoya jawnie wskazywała niechęć do natrętnej Ślizgonki. Hermiona przełknęła gulę w gardle i kontynuowała, przybierając nieco łagodniejszy głos. – Nie jest w niczym lepsza od ciebie Susan. Nie pozwól, aby tak niedowartościowana i płytka osoba, jaką jest Parkinson, mogła zniszczyć ci dzień.

– Ja… – Susan niepewnie otworzyła kotarę. – Czyli nie wyglądam tak źle? – obróciła się wokół.

– Wyglądasz obłędnie – powiedziała Ginny. – Ej… – położyła ręce na biodra, mrużąc oczy. – Serio masz piękną figurę!


Hermiona zostawiła Susan wraz z Ginny, a sama z zaciętą miną skierowała się w stronę Parkinson. Stanęła przed nią, kładąc buntowniczo ręce na biodra. Ślizgonka spojrzała na nią z góry do dołu, a następnie uśmiechnęła się do dwóch pozostałych dziewcząt stojących za nią. Powieka Hermiony zadrżała.


– Nikt nie prosił cię o komentarz Parkinson.

– A szlamowata Granger, o czym właściwie mówi?


Hermiona wzięła spokojny wdech, nie mogąc pozwolić, aby w kącikach oczu pojawiły się łzy. Zagryzła język, czując na końcu języka słodką krew. Przed chwilą sama dała Susan motywujący wykład. Nie mogła pozwolić, aby jej własne słowa, nic nie znaczyły, musiała stanąć przy swoim uparcie, wierząc, że taka Parkinson nie była od niej, ani od Susan w niczym lepsza. Wyprostowała barki i hardo spojrzała na Ślizgonkę.


– Susan wygląda obłędnie. Swoje prostackie komentarze lepiej zachowaj dla siebie.

– W porównaniu do ciebie chciałam oszczędzić jej rozczarowania – Pansy uśmiechnęła się w okrutny i bezczelny sposób.

– Nikogo nie interesuje twoje zdanie Parkinson.

– Granger… – zbliżyła się o krok. – Myślisz, że ktoś twojego pokroju kupi tutaj sukienkę? Ty i taka Weasley? Szczególnie – zawahała się tylko na chwilę – taka Weasley.


Hermiona poczuła przy swoim boku obecność. Do jej nozdrzy doleciał zapach wiśni zmieszanej z piwonią i paczulą. Ginny.


– Biedactwo… chyba muszę cię rozczarować – zacmokała. – I tak nie spodobasz się Macmillanowi.

– To idziesz z Macmillanem? – wyrwało się Ginny. Hermiona poczuła spływający po plecach zimny dreszcz. Starała się zignorować ostre i pytające spojrzenie Ginny. O nie!, jęknęła przerażona.

– Oj… nie pochwaliła ci się? – zapytała słodkim głosem Pansy, spoglądając to na Hermionę to na Ginny. – W sumie czym tu się chwalić?

– Czy wszystko w porządku? – w tym samym momencie podszedł właściciel salonu. Wyglądał na poirytowanego i rozdrażnionego burdą w jego sklepie. Przeniósł ostre spojrzenie z Hermiony na Pansy, na której zatrzymał nieco dłuższe spojrzenie.

– Ta pani obraża klientów – powiedziała Hermiona, zanim Pansy zdążyła otworzyć usta.

– Obserwuję panią od dłuższego czasu – jego głos był zimny, nieposiadający grama ciepła. – Nie toleruje w moim sklepie takiego zachowania wobec innych klientów. Jeśli nie potrafi się pani zachować z odpowiednim szacunkiem, jestem zmuszony poprosić panią o opuszczenie mojego sklepu.

– Serio? – wyrzuciła z siebie Parkinson. Obróciła się prędko w tył, ale pozostałe Ślizgonki odsunęły się w bok, kompletnie ignorując ostre spojrzenie Pansy. – Chyba sobie pan żartuje!

– Nie. Proszę wyjść.

– Wie pan, kim jestem? – położyła dłonie na biodrach, wysoko zadzierając brodę w górę. – Wie pan, kim jest mój ojciec? – Hermiona wywróciła oczami. Dokładnie taką samą śpiewkę miał Malfoy.

– Niezwłocznie powiadomię pana Parkinsona o zachowaniu jego córki w moim sklepie. Pontus i ja jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi. Na pewno rozczaruje go zachowanie jego córki.


Pansy otworzyła usta, a następnie je zamknęła. Gdy ponownie je otworzyła, wyleciała z nich wyłącznie bańka goryczy. Chwyciła za swoją torebkę i szybkim krokiem wyszła ze sklepu, po drodze popychając inne dziewczyny. Właściciel wskazał dłonią w stronę wyjścia pozostałym dwóm dziewczynom, które towarzyszyły Parkinson. Te ze spuszczonymi głowami, prędko poszły śladem Pansy.


Właściciel przesunął leniwe spojrzenie na Hermionę i Ginny. Ostre rysy twarzy nieco złagodniały, a na jego wąskich wargach pojawił się nikły uśmiech. Wyglądał niczym rozdrażniony lew z urodzinową czapką na głowie, która miała złagodzić jego wizerunek. Granger była pewna, że właściciel sklepu był tym typem czarodzieja, z którym nie warto zadzierać. Dogadałby się ze Snapem, pomyślała nieco zuchwale.


– Gdyby panie czegoś potrzebowały, służę pomocą – zanim zdążyły odpowiedzieć, skinął głową, odchodząc.

– Ale jazda! – zapiszczała Ginny.

– Możemy stąd wyjść? – wyszeptała Hermiona. – Ginny błagam…


Weasley szybko przeniosła spojrzenie na bladą twarz Hermiony. Objęła ją ramieniem i wyprowadziła ze sklepu pod falą wzburzonych głosów innych dziewcząt. Ginny poprowadziła ją na pobliską ławkę, strzepując z niej śnieg. Hermiona opadła wyczerpana, wciągając rześkie powietrze.


– Dobrze się czujesz? – zapytała niepewnie Ginny. – Wyglądasz kiepsko.

– Właśnie skopałam tyłek Parkinson. Nigdy nie czułam się lepiej – uśmiechnęła się spod przymkniętych powiek, czując pod warstwą ubrań łomoczące serce.

– Czyli to Ernie cię zaprosił – Ginny usiadła obok niej. Hermiona niepewnie uchyliła powieki, wiedząc, do czego ta rozmowa mogła prowadzić. Zacisnęła dłonie w piąstki, patrząc przed siebie na zakochanych siedzących w herbaciarni u pani Puddifoot. – Nie jest w końcu taki zły – wzruszyła ramionami. – Chociaż nie rozumiem, po co to ukrywałaś – dodała, nieco powściągliwym tonem.

– Ginny… to nie Ernie mnie zaprosił.

– Nie? – spojrzała na nią zdumiona. – Pansy powiedziała, że…

– Pansy się myli.

– To z kim ty w końcu idziesz?

– Ja…

– Na brodę Merlina – Ginny chwyciła ją za dłoń. Zanim ponownie otworzyła usta, rozejrzała się konspiracyjnie wokół. –  To Snape?

– Ginny, zwariowałaś?! 

– Bo tak się zachowujesz, jakby to był co najmniej jakiś Ślizgon – rzuciła z przekąsem. Nagle Hermiona poczuła, jak policzki oblewa wściekła czerwień. Nie wiedząc, jak się zachować i co począć w tej nieporadnej chwili, zaczęła poprawiać szal, czując łomoczące serce. Jednak Ginny zdawała się nie zwracać uwagi na jej niecodzienne zachowanie. Strzepnęła z kolan płatki śniegu, rzucając pod nosem:  Wiesz, nie musisz mi mówić i tak się dowiem na balu. Zresztą nie wyglądasz, jakbyś była zadowolona ze swojego partnera, więc… odpuszczę sobie dołowanie ciebie. 


Hermiona uśmiechnęła się pod nosem z niemałą wdzięcznością. To była dobra okazja, aby wyjawić, z kim tak naprawdę wybiera się na bal. Miała nieodparte przeczucie, jakby coś usilnie ją przed tym powstrzymywało. Nie wiedziała jeszcze, co to było, próbowała nazwać i zidentyfikować to dziwne uczucie, rozrywające nieprzyjemnie klatkę piersiową, ale nie potrafiła. Zrezygnowana i zła, z kotłującymi się w niej emocjami w końcu wstała z ławki, pociągając  za sobą Ginny.


– Co ty robisz? Hermiono? Oddalamy się spod sklepu.

– Mam lepszy plan.


Szły w przeciwnym kierunku do wszystkich spacerujących po miasteczku. Ginny co jakiś czas pociągała Hermionę za łokieć, wskazując palcem na sklepy i karczmy, które mijały, a zawzięta z niemal elektryzującymi włosami Hermiona nie wyglądała na taką, która pragnęła zdradzić swój plan. Z chwilą, gdy przeszły ogrodzenie jakieś opuszczonej chaty Ginny jęknęła cicho, pragnąc dowiedzieć się tu i teraz co Hermiona zamierzała zrobić. Ta zbywała jej pytania z zawziętą miną, sunąc przez śnieg, prowadząc je na wzniesienie, na które ledwo się wdrapały. Śnieg w ilości przekraczającej zgrabne poruszanie się stał się niemałym wyzwaniem nie tylko dla Ginny, ale również dla Granger, która nie chciała po sobie poznać, że ledwo utrzymuje równowagę. W końcu zatrzymały się na zboczu, obserwując z oddali pokryte grubą warstwą puchu Hogsmeade. Ginny w końcu stanęła tuż obok Hermiony, kładąc dłonie na biodrach. Brała płytkie i szybkie wdechy, próbując unormować oddech.


– Wyjaśnisz mi w końcu… – wysapała – Co się dzieje? – przełknęła gulę w gardle. – Jesteśmy daleko od miasteczka.

– Złap mnie za rękę.

– Hermiono… chyba nie chcesz nas? – oczy Ginny powiększyły się dwukrotnie. W ułamku sekundy odzyskała opanowanie nad oddechem, a zaróżowione policzki nagle pobladły.

– Dawno chciałam to zrobić.

– Przecież ty nie masz licencji na teleportację Hermiono! – Ginny brzmiała tak, jak jej własna mama Molly. – Łamiemy szkolny regulamin, możemy za to wylecieć! – dodała, piszczącym głosem.

– Nie łamiemy regulaminu, ale lekko go naginamy… – Hermiona uśmiechnęła się przebiegle. – Mam licencję.

– Ale jak masz licencję? Licencję mogą mieć tylko pełnoletni czarodzieje, którzy przeszli kurs i…

– Kurs zrobiłam od razu po urodzinach. Nikomu o nim nie mówiłam.


Ginny stała całkowicie zdębiała. Spojrzała na oddalone, pokryte puchem miasteczko, a następnie przeniosła wzrok na Hermionę, która nie wyglądała, jakby żartowała. Granger w końcu sięgnęła do swojej torebki i wyciągnęła z niej  małą portmonetkę. Otworzyła ją a oczom Weasley, ukazały się dziwne, papierki z liczbami. Wyciągnęła ku nim palec, lekko je dotykając.


– To są mugolskie pieniądze Ginny. Miałam przeczucie, że niczego tu nie znajdziemy. Zabieram cię do Londynu, do jego mugolskiej części. Kupimy wszystko, co potrzeba i wrócimy zanim ktoś się zorientuje. 

– Mówisz poważnie?

– Śmiertelnie poważnie. Wiesz, że nigdy bym nie naraziła cię na niebezpieczeństwo. Jestem na to przygotowana – z torebki wyciągnęła  dwie fiolki o nieciekawym, zielonkawym zabarwieniu.

– Eliksir wielosokowy? 

– Trochę nudziłam się podczas wakacji – wzruszyła ramionami. – Dobrze, że mama nie dociekała, co robiłam na strychu – odchrząknęła, starając się brzmieć niewinnie. – Aż wstyd się przyznać, że ściągnęłam włosy z ramienia jakichś dwóch kobiet w autobusie podczas letnich wakacji – powiedziała, drapiąc się po karku. Wyciągnęła z torebki kolejne fiolki z kępkami włosów. – Zawsze uważałam, że dodatkowe włosy nie są aż takim głupim pomysłem… – dodała, czerwieniąc się jeszcze bardziej. – No i nigdy nie wiadomo kiedy mogłyby się przydać – bąknęła całkowicie zażenowana.

– Hermiono…

– Wiem Ginny, wiem…  

– Jesteś genialna! – Hermiona spojrzała na nią zaskoczona. Takiej reakcji się nie spodziewała. Poczuła, jakby ktoś poklepał w ramię jej wewnętrzne ego. – Odkąd podkochujesz się w profesorze, nie jesteś już taka sztywna i poważna…

– No wiesz co? – rzuciła, ukrywając oburzenie, chociaż na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech.

– Jest tylko jeden problem. Nie mam mugolskich pieniędzy.

– Nie ma żadnego problemu – pomachała portmonetką. –  Pomyślałam o wszystkim. Starczy nam na wszystko, może jeszcze skoczymy gdzieś na kawę? – na ustach Ginny pojawił się szczery uśmiech. Wyglądała jakby właśnie, otworzyła przedwczesny prezent świąteczny. Rzuciła się na Hermionę, mocno ją tuląc.

– Oddam ci, co do jednego galeona… czy jakąkolwiek macie tam walutę w mugolskim świecie.

– Nie martw się niczym. To co, gotowa? Nie mamy za wiele czasu.

– Jak długo eliksir będzie działać?

– No właśnie z tego wszystkiego jest to najdelikatniejsza kwestia – chrząknęła, lekko drapiąc się po głowie.

– Jak długo?

– Może godzinę? – niepewnie spojrzała na rudowłosą. – Może krócej?

– Okay… – Ginny zmrużyła oczy, zastanawiając się nad czymś. – Darujemy sobie kawę. Wpadamy i wypadamy. Masz jakieś konkretne miejsce?

– Tak – skinęła głową. – Znam pewne miejsce. Byłam tam z mamą. Raz albo dwa? – spojrzała w niebo, jakby miała tam ukazać się odpowiedź. W końcu wzruszyła ramionami, ponownie spoglądając na Ginny. – Niemniej było to kilka lat temu. Mam nadzieję, że sklep nadal funkcjonuje.

– Obyś miała rację.


Hermiona podała Ginny fiolkę z eliksirem wielosokowym oraz drugą z kępką blond włosów. Dla siebie przygotowała kępkę czarnych kosmyków. Ginny widząc jej wybór, wyszczerzyła zęby w głupim uśmiechu. Hermiona zgromiła ją ostrym spojrzeniem, a następnie odkorkowała eliksir. Ginny poszła za jej śladem, lekko pochylając się nad fiolką.


– Zaraz pawia puszczę! – odciągnęła od siebie eliksir, od samego zapachu przybierając na twarzy zielonkawy odcień.

– Wrzuć włosy – zapiszczała Hermiona. – Ginny… teraz!


Eliksir w zetknięciu z kępką włosów zaczął bulgotać. Hermiona patrząc prosto w oczy Ginny, przechyliła zawartość do ust, przełykając, paskudną ciecz. Ginny wiedząc, że nie ma już powrotu, poszła jej śladem.


Hermiona padła na kolana, łapiąc się za brzuch. Zawartość śniadania uniosła się w górę. Napięła wszystkie mięśnie, a drżący kwas z każdą sekundą podnosił się do przełyku. Z oddali usłyszała, że Ginny również walczy z okropnymi falami mdłości.


Zasypała śniegiem zawartość swojego żołądka i na drżących nogach podniosła się w górę, biorąc głębokie i spokojne wdechy. Nagle i niespodziewanie poczuła mrowienie w koniuszkach palców i nogach. Czuła, jakby oczy zapadły się w oczodołach, by następnie wystrzelić z potężną siłą na zewnątrz, powodując przeraźliwy ból. Hermiona krzyknęła, zakrywając rękawem oczy. Raziło, cholernie raziło. Starała się nie zwracać uwagi na straszliwy ból w kościach i mięśniach. Czuła, jakby ktoś boleśnie rozciągał jej skórę do granic możliwości. Zęby zaczęły się przesuwać, a kości policzkowe drżały niebezpiecznie. Opuściła dłonie, oddychając łapczywie.


– Hermiona?


Odwróciła się za siebie, wciągając powietrze. Jej oczom ukazała się blondynka o dużych błękitnych oczach, ze złotymi piegami na nosie i policzkach. Usta miała małe i wąskie, o delikatnym różowym zabarwieniu. Hermiona podeszła do niej dotykając blond włosów.


– Oj biedactwo… – usłyszała zatroskany głos, który wciąż brzmiał, jak głos Ginny.

– Ginny? Jak ja wyglądam?!

– No ładnie, ładnie…

– Ginny! – pisnęła przerażona, dotykając swojej twarzy. Wyczuła pod palcami ogromne gule pokrywające policzki, brodę i czoło.

– Trądzik to całkiem normalna sprawa w okresie dojrzewania – powiedziała łagodnie. – Chciałaś kiedyś odwiedzić Azję?

– Słucham? 

– No jesteś Azjatką – dotknęła jej kruczoczarnych włosów. 

– Azjatką? – uniosła w górę dłonie, przyglądając się skórze o delikatnym, oliwkowym zabarwieniu. Chwyciła za długie, kruczoczarne włosy, które ani trochę nie były przyjemne w dotyku. Blond włosy Ginny za to były niczym aksamit, delikatne i lśniące. Nie mogąc się powstrzymać, przymknęła oczy, dotykając powiek.

– A ja? Jak ja wyglądam?

– Jesteś blondynką o dużych błękitnych oczach – odpowiedziała w dalszym ciągu, będąc przerażoną wizją trądziku. 

– Pasuje mi blond? 

– Ginny przecież to nie ty… 

– Oj ja wiem, ja wiem… – rzuciła beztrosko. – Spójrz, jakie mam ładne paznokcie! – podsunęła jej pod twarz porcelanową dłoń. 

– Ginny musimy ruszać. Ile czasu już minęło? Dwie minuty? Pięć?


Ginny wzruszyła jedynie ramionami. Hermiona chwyciła rudowłosą w ramiona, mocno ją tuląc. Nagle poczuła niemały stres jej pierwszą samodzielną teleportacją i to w dodatku z pasażerem na gapę. Gotowa?, wyszeptała. Poczuła jak Ginny, stanowczo objęła ją w pasie, również obawiając się o rozczepienie.


– Gotowa – odpowiedziała, zaciskając kurczowo powieki. Nagle świat zapiszczał. Następnie zawirował. Poczuły mocne szarpnięcie w okolicy pępka a w kolejnej chwili, zniknęły z cichym pyknięciem.


***


Niecałą godzinę później Hermiona wraz z Ginny teleportowały się w okolicy wzgórza. Runęły jak kłody na śnieg, tracąc kontrolę nad ciałem. Hermiona podniosła się na kolana, otrzepując twarz. Ginny, która była tuż obok niej zaczęła zanosić się niekontrolowanym śmiechem. Przeturlała się na plecy, łapiąc się za brzuch. Hermiona zignorowała ją, podnosząc się na drżące nogi. Zajrzała do swojej wyszytej koralikami torebki, upewniając się, że wszystko zabrały. Oprócz kilku książek, szczotki do włosów oraz pomadki ochronnej, na dnie torby były dwie pudrowo różowe papierowe torby. Dostrzegła jeszcze pudełka z butami oraz  muślinową torebkę pełnej dodatków na bal. 


– To było genialne! Musimy to powtórzyć.

– Nie tak prędko Ginny – wyciągnęła ku niej dłoń. – To było ryzykowne i nieodpowiedzialne… mam nadzieję, że nikt nie zauważył naszego zniknięcia.

– I teraz dopadły cię wyrzuty sumienia? – zapytała, stając obok niej. – Zobacz, robi się ciemno, zanim dojdziemy do miasteczka, to wkręcimy się w tłum i nikt nawet nas nie zauważy.

– Przepraszam, że zaproponowałam teleportację. To było takie nierozsądne – jęknęła nad swoją głupotą. – Gdyby eliksir przestał działać o kilka minut za wcześnie albo, jakbyśmy się rozczepiły, albo jakby ktoś niepowołany dowiedział się o naszej podróży, twoja mama nigdy by mi tego nie wybaczyła. Przepraszam Ginny – dotknęła jej ramienia. – Naprawdę przepraszam.

– Daj spokój – żachnęła się. – Znałam ryzyko. Wszystko dobrze się skończyło, prawda?

– No prawda – zgodziła się niechętnie.

– I mamy takie piękne sukienki – westchnęła Ginny. – Jakim cudem wcisnęłaś je do tej malutkiej torebki? – wskazała palcem na wyszytą koralikami torebkę.

– Użyłam zaklęcia zmniejszająco-zwiększającego. Prościzna.

– Tak… prościzna.


Dotarły do miasteczka niezauważone. Zmieszały się z tłumem Krukonów z siódmego roku,  wślizgując się razem z nimi do Gospody pod Świńskim Łbem. Ludzi było całkiem sporo. Niemal wszystkie stoliki były zajęte, uczniowie oraz mieszkańcy mieściny gromadzili się przy barze i przy schodach, aby uchronić się przed siarczystym mrozem. W tłumie dostrzegły Harry’ego i Rona. Ruszyły ku nim, niezdarnie obijając się z ludźmi ramionami.


– Nareszcie… – jęknęła Hermiona, chwytając za kufel kremowego piwa, który należał do Rona. Ginny opadła tuż obok Harry’ego również chwytając za napój.

– No hej…? Jasne poczęstuj się – rzucił Ron.

– Gdzie wyście były? Szukaliśmy was wszędzie – spojrzały na Harry’ego.

– No jak to gdzie Harry? – wzruszyła ramionami. – Na zakupach.


Siedząca niedaleko Ginny, niemalże zakrztusiła się kremowym piwem. Harry poklepał ją po plecach, spoglądając to na Hermionę to na Rona. Granger, która pilnowała się, aby nie zaśmiać się zbyt zdradliwie, podała Ginny chusteczkę, chrząkając pod nosem nieporadnie.


– To pokażcie, co macie – Ron wychylił się ku Hermionie, aby zajrzeć do ich siatek.  – A gdzie macie zakupy? Nic nie kupiłyście?

– Coś ty taki niemądry Ron – spojrzała na niego łagodnie. – Sądziłeś, że będziemy dźwigać torebki ze sukienkami i butami przez cały czas?

– No? – rzucił nieporadnie Harry.

– Odesłałam je do wieży – powiedziała, jakby to było co najmniej oczywiste. – No ale widzę – zajrzała pod stół, dostrzegając szare, papierowe torby – że wy również mieliście udany dzień.

– Kupiliśmy nowe koszule i coś tam jeszcze – powiedział Harry takim tonem, jakby zakupy na bal były najnudniejszą rzeczą na świecie. – Słyszałyście, że jakieś dziewczyny zrobiły rozróbę w sklepie u Gladraga?

– Doprawdy? – napomknęła nieco obojętnie Ginny, rzucając przelotne spojrzenie na Harry’ego. – Nic takiego nie słyszałam, a ty Hermiono?

– Nic – wzruszyła ramionami. – Kompletnie nic.

– A wiadomo kto to był? – zapytała Ginny.

– Ludzie mówią, że widzieli Parkinson – rzucił konspiracyjnie Ron. – Ale z kim tak się kłóciła, tego nie wiem. Ponoć właściciel wyrzucił ją ze sklepu.

– Doprawdy oburzające – powiedziała Hermiona, starając się brzmieć jak ta Hermiona Granger, która była ideałem prefekta, a nie Hermiona Granger, która niedawno wszczęła rozróbę i złamała z kilkanaście pozycji szkolnego regulaminu.

– Hermiono – Ginny podniosła się z ławki, chwytając za puste kufle. – Wypada odkupić chłopakom kremowe piwo.

– Słusznie – chwyciła za torebkę. – Wybaczcie – uśmiechnęła się niewinnie i oddaliła się wraz z Ginny w stronę baru.


Stojąc w kolejce, spojrzały tylko po sobie, niemo zgadzając się, że nie powrócą słowem do zajścia w sklepie, ani wyprawy, którą dziś odbyły. Co najważniejsze ani Ron, ani Harry nie mogli się dowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się w ciągu ostatnich godzin. Konspiracyjnie kiwnęły głowami, poruszając się na przód kolejki. 


Niespodziewanie Hermiona poczuła czyjąś obecność przy sobie. Do jej nozdrzy doleciała intrygująca mieszanka perfum, które ostatnimi czasy dość solidnie osiadły w zakamarkach jej umysłu. Poczuła jak mięśnie, sztywnieją, jakby przygotowywały się do niespodziewanego ataku, bądź obrony. Oddychała płytko i miarowo starając się nie poruszyć o milimetr, jakby najmniejszy ruch mógł świadczyć o kapitulacji. Kątem oka dostrzegła skraj grafitowego płaszcza. Przełknęła gulę w gardle, przenosząc spojrzenie na bar, całkowicie ignorując jego obecność.


 – Gdzieś ty była przez cały dzień? – usłyszała przy swoim uchu syknięcie. Był niezadowolony, a co gorsza, miała nieodparte wrażenie, że był wściekły. Zwykle kontrolujący i mający nad wszystkim i wszystkimi władzę Malfoy, sprawiał wrażenie kompletnie zbitego z tropu. – Szukałem cię niemal wszędzie – dodał, przez niemalże zaciśnięte zęby.

– Ty też? – zapytała niewinnie, nawet na niego nie zerkając.

– Granger – syknął cicho.

– Co takiego się stało? 


Odwróciła się w końcu. Malfoy zwęził brwi a na jego czole, ukazały się delikatne zmarszczki. Stanął tak, jakby przeszukiwał wewnętrzne kieszenie płaszcza, chociaż bez skrupułów spoglądał na Granger z góry. Hermiona odniosła wrażenie, że nikt nie zauważył tej dziwnej bliskości między nimi, jakby Draco Malfoy faktycznie poszukiwał sakiewki z galeonami, a Hermiona Granger po prostu była kolejną osobą w kolejce.


Zimne i niewzruszone oczy zdawały się nieco topnieć, jakby Malfoy odzyskiwał nad sobą spokój i opanowanie. Delikatnym chrząknięciem oczyścił gardło, nadal przeszukując wewnętrzną kieszeń płaszcza. Chociaż Hermiona doskonale wiedziała, że Malfoy nie szukał niczego konkretnego, grał na zwłokę, jakby samo przyłapanie go z Granger na rozmowie było największą zbrodnią, jaką Malfoyowie mogli się kiedykolwiek dopuścić.


– Jutro mamy spotkanie z Myronem. Trzeba przed wyjściem załatwić zgody – No proszę, Malfoy potrzebował zaledwie doby, aby zorganizować spotkanie, pomyślała z lekkim uznaniem, chociaż jej ponury wyraz twarzy nie zdradzał ekscytacji.

– Zajmę się tym.

– Pójdziesz do profesora Snape’a po zgody? – spojrzał na nią zaskoczony.

– No tak – wzruszyła ramionami. – Ty załatwiłeś spotkanie, ja załatwię dla nas zgody.


Malfoy nie musiał już wiedzieć, że spotkanie ze Snape’em było na liście priorytetów od kilku ostatnich dni. Spojrzała na niego, jak na obskurnego karalucha, zakładając ręce pod biustem. 


– Idź już sobie – syknęła. Na moment zadrżała, dostrzegając, że Ginny obraca się w jej stronę, a gdy dosięgła ją spojrzeniem, uśmiechnęła się delikatnie. Hermiona skinęła głową, starając się zachować jak najprzeciętniejsza osoba stojącą w kolejce do baru. Gdy Ginny w końcu odwróciła się, Hermiona wypuściła ze świstem powietrze. – Powiedziałam, że masz sobie iść – rzuciła półgębkiem.

– Granger… ubierz się przyzwoicie – syknął. – Jest to gwiazda rocka, a nie… – uciął na chwilę, bezczelnie przesuwając wzrok po jej ciele. –  Mól książkowy.

– Wypchaj się Malfoy – rzuciła, szturchając go łokciem w żebra. Syknął nad jej głową, robiąc krok w tył.

– O 18 wychodzimy.

– O 18 – zgodziła się, odwracając się do niego plecami. W końcu jawnie mogła go już ignorować.


***


Hermiona poprawiła kciukiem rozmazaną szminkę z kącika ust. Ceglasta czerwień miała w sobie niebywały charakter i iskrę, która niezwykle się jej podobała. Rzadko, kiedy się malowała, w codziennym makijażu podkreślając brwi i rzęsy, stawiając na bezbarwny błyszczyk. Uważała, że zbędne zwracanie na siebie uwagi było niepotrzebnym rozpraszaczem, które było jej zbędne.


Zrobiła krok w tył, przyglądając się pannie Granger, która nie przypominała tej grzecznej i ułożonej dziewczynki w za dużym obszernym swetrze i wytartymi jeansami, którą można było spotkać w szkolnej bibliotece. Dotknęła lśniących, falowanych włosów, które uzyskała po wykorzystaniu niemal połowy opakowania Ulizannej. Policzki opruszyła różem w odcieniu lekkiej brzoskwini, a oczy podkreśliła nieco ciemniejszym, brązowym cieniem, wydobywając kolor swoich tęczówek. 


– Chyba nie masz na co narzekać Malfoy – rzuciła z przekąsem, nie potrafiąc przyzwyczaić się do nowego wyglądu.


Wysokie kozaki na niewielkim obcasie skrywały pod sobą pończochy w ciemnym kolorze. Miała na sobie tę samą burgundową sukienkę, którą ubrała na imieniny ciotki Snape’a. Na ramiona zarzuciła ulubioną mugolską czarną skórzaną kurtkę, aby przełamać delikatny styl i nadać stylizacji niemałego pazura. W końcu spotykają się z gwiazdą rocka, jak słusznie zauważył Malfoy. To, że załatwił im spotkanie, niczego jeszcze nie świadczyło. Myron może mieć inne zamiary dla siebie i swojego zespołu. Jakikolwiek plan Malfoya nie pójdzie po ich myśli, musi improwizować. Może samo bycie Hermioną Granger, wielką przyjaciółką sławnego Harry'ego Pottera da jej niemałą przewagę?


Wrzuciła do torebki kosmetyki, Ulizaną i ubranie, w którym zakradła się do łazienki prefektów. Takie strojenie się w niedzielny wieczór w dormitorium mogłoby wzbudzić niepotrzebną uwagę Lavender i Parvati, a tego Hermiona najmniej potrzebowała. Samo przemknięcie przez zatłoczony Pokój Wspólny w pełnym makijażu i sukience na pewno rozpoczęłoby falę plotek.


Hermiona wykorzystała swój przywilej i zamknęła się na godzinę w łazience prefektów, mogąc na spokojnie się przygotować. Pewnie, gdyby makijaż wykonywała regularnie samo poświęcenie czasu na malowanie powiek czy nałożenie różu nie zajęłoby jej tyle czasu. Cóż w tych sprawach Hermiona nie miała kompletnie drygu ani wyczucia. Zanim opuściła łazienkę, zgarnęła z umywalki modowy magazyn, który podkradła mamie podczas letnich wakacji. Dzięki poradnikowi jak wykonać makijaż wieczorowy wyglądała względnie przyzwoicie.


Rzuciła na siebie zaklęcie kameleona, wymykając się z łazienki. Na swoje szczęście nie spotkała żadnego ucznia. Zauważyła jak kilka portretów, spoglądało w kierunku, który akurat przemierzała. Uspokój się, pomyślała prędko, wyczuwając na sobie wścibskie spojrzenie jakiejś pulchnej czarownicy. Nie widzi cię, dodała, mocniej zaciskając palce na pasku torebki wyszytej koralikami. Wychodząc z zakrętu o mały włos, nie wpadła na jakiś chłopców, którzy szli w pośpiechu, rozmawiając o czymś zawzięcie. Hermiona w panice cofnęła się kilka kroków, wpadając plecami na ścianę. Syknęła pod nosem, czując, jak wzdłuż kręgosłupa promieniuje ostry ból.


– Czujesz? – zapytał nagle jeden z nich, niespodziewanie zatrzymując się kilka stóp od Hermiony.

– Co czuję? –  obrócił głowę. – Nic nie czuję.

– Jakieś perfumy… – Hermiona zagryzła wargę, robiąc krok w bok w tym samym czasie, gdy chłopak zrobił krok w jej stronę.

– Nic nie czuję – jęknął drugi, ewidentnie poirytowany zachowaniem przyjaciela. – Rusz się, czekają na nas… – chwycił go za łokieć i pociągnął za sobą, a Hermiona jeszcze przez chwilę stała nieruchomo. Gdy zniknęli na końcu korytarza, ruszyła, nie oglądając się już za siebie.


Stojąc pod drzwiami prowadzącymi do gabinetu profesora Snape’a, nagle i niespodziewanie zadrżała. Dreszcz spłynął wzdłuż kręgosłupa, zatrzymując się u koniuszków palców stóp. Drżała bynajmniej nie z zimna a z zuchwałej myśli, która nagle przyszła jej do głowy. Do jej podświadomości zapukało wspomnienie, że ostatnim razem jak bezceremonialnie przekroczyła próg jego gabinetu, ich usta złączyły się w pełnym tęsknoty pocałunku. Przygryzła wargę, odtwarzając raz jeszcze tamto wspomnienie, nieświadomie zaciskając dłonie na pasku torby.


Może to Malfoy powinien tutaj być?, nagle dobiegły ją wątpliwości. Nie wiedziała, jak powinna się zachować, gdy tylko przekroczy próg gabinetu. Od ostatniego pocałunku wpadli na siebie raz i nie dwa, ale powściągliwość pozwoliła im zachować neutralne, względnie przyzwoite stosunki.


Znajdując w sobie Gryfońską odwagę, uniosła dłoń w górę. Chrzanić to, pomyślała, odpychając z umysłu obraz Malfoya. Zachowa się właściwie, załatwi zgodę na ich wyjście, a potem jakby gdyby nic opuści jego gabinet, zachowując się poprawnie, nie zawieszając na nim zbyt długiego, pełnego tęsknoty spojrzenia. Ułożywszy w głowie doskonały plan działania, zapukała, oczekując na odpowiedź. Da się go nie kochać. Przecież to prościzna, przeszło jej przez myśl.


Drzwi otworzyły się na oścież. W progu pojawiła się sylwetka profesora Snape’a. Hermiona niemalże westchnęła, zdając sobie sprawę, jak strasznie brakowało jej ciemnego, niewzruszonego, niemal bezwzględnego spojrzenia i kruczoczarnych włosów, o Merlinie spiętych rzemykiem. W ułamku sekundy dostrzegła, że nie miał na sobie ciężkiej szaty, jaką zwykle raczył nosić za dnia. Miał na sobie ciemny, prawdopodobnie, gruby wełniany sweter, spod którego wystawała koszula. Proste spodnie z równymi kantami w kolorze dość ciemnego grafitu komponowały się idealnie, z jak zawsze marudnym i chłodnym wyrazem twarzy. Przełknęła bezgłośnie ślinę. Chyba nie pójdzie tak łatwo, rozmarzyła się, raz jeszcze przejeżdżając wzrokiem po jego barkach, kościach policzkowych i tych cholernych włosach, spiętych rzemykiem.


– Granger ściągnij z siebie zaklęcie kameleona – mruknął dość spokojnie, wpatrując się w przestrzeń, gdzie powinna mieć głowę. – I zamknij łaskawie za sobą drzwi – dodał, oddalając się w głąb gabinetu.


Dopiero zdała sobie sprawę, że wciąż miała na sobie aktywne zaklęcie. Poczuła się jak kilkuletnia dziewczynka przyłapana na podjadaniu cukierków. Z czerwonymi policzkami, zamknęła za sobą drzwi, a następnie dezaktywowała zaklęcie niewidzialności.


Snape oparł się o biurko, dłońmi podpierając się o jego skraj. Z chwilą, gdy drzwi zamknęły się z lekkim skrzypieniem jego oczom, ukazała się panna Granger. Poczuł szarpnięcie w okolicy brzucha, zdając sobie sprawę, że wyglądała inaczej.


– Dobry wieczór profesorze – odezwała się w końcu. Jej głos był cichy i dość niepewny. – Skąd pan wiedział, że to ja? – zapytała, robiąc krok w przód.

– Pani perfumy mają dość niecodzienną mieszankę bergamotki, neroli i kwiatu pomarańczy.

– Rozpoznał mnie pan po moich perfumach? – wyrzuciła z siebie dość zaskoczona. 

– Jestem Mistrzem Eliksirów – oznajmił, przekrzywiając głowę w bok. – I to podobno całkiem dobrym.

– Też tak słyszałam – odpowiedziała dość zuchwale.

– Więc panno Granger – wskazał dłonią na miejsce dla interesantów. – Cóż panią do mnie sprowadza? – okrążył biurko, siadając w fotelu. Nie spuścił z niej wzroku, póki nie zajęła wskazanego miejsca. – O tej porze? – dodał.

– Malfoy i ja mamy umówione spotkanie z wokalistą Fatalnych Jędz w Pubie pod Trzema Miotłami. 

– Kiedy jest to spotkanie? – zapytał, chociaż oceniając strój, w jakim Granger do niego przyszła odpowiedź była niemalże oczywista.

– Dzisiaj wieczorem profesorze.

– Więc po co tutaj przyszłaś? 


Oparł się w fotelu, składając z dłoni wieżyczkę na brzuchu. Bezpośredniość, z jakiej przemknął pomiędzy panną Granger na ty, wprawiła ją w niemałe zdumienie. Nie dała po sobie poznać, że niezwykle przykuł jej uwagę. Wyprostowała barki, odrzucając za siebie włosy. Nie podejrzewając siebie o taką taktykę, powoli, nieco mozolnie założyła nogę na nogę, wcale nie martwiąc się materiałem sukienki, który odrobinę podciągnął się w górę.


Co ty wyprawiasz? Miałaś zachowywać się poprawnie!, usłyszała w swojej głowie piskliwy głos rozumu. Zignorowała go, odkładając dłonie na oparciu fotela. Wpatrywała się w niego z niemałym błyskiem w oku, jeszcze do końca nie zdając sobie sprawy, w jaką grę zaczęła z nim pogrywać. Nie wiedziała, czy jej nowy strój, wyjątkowo ułożone włosy, a być może czerwona szminka dodały jej niemałej odwagi, aby zachowywać się tak, jak czytała jedynie w mugolskich romansach.


Zauważyła wzrok mężczyzny wodzący od jej kolan w górę, przejeżdżając przez odsłoniętą, smukłą linię obojczyków, lekko uchylone wargi, by zatrzymać się na oczach, w których odbijał się blask kominka. Zadrżał. Minimalnie, niemal niezauważalnie.


– Przyszłam… – zobaczyć cię, pomyślała, rozpływając się nad własną myślą. – Przyszłam prosić o zgodę na wyjście profesorze.

– Nie powinnaś przyjść tu z Draco?

– Być może powinnam… – powiedziała cicho. – Jednak ja też powinnam mieć swój udział w tej misji.

– Prosząc mnie o zgodę na wyjście?

– Oczywiście – poprawiła skórzaną kurtkę. Jej dekolt oblał się czerwienią. Było ciepło, zbyt ciepło. Nie wiedziała, czy to rozpalony kominek powodował ciepłe dreszcze, czy może fakt, że była z nim sam na sam. Nie mogąc dłużej walczyć ze sobą, zsunęła z ramion kurtkę, przekładając je przez poręcz fotela. Przeniosła leniwe spojrzenie z rozpalonego kominka na jego biurko. – To niezwykle odpowiedzialna część zadania – dodała.


Bez pośpiechu otworzył szufladę biurka. Wyciągnął z niego czysty pergamin, a następnie chwycił za pióro. Zignorował Granger, która podniosła się z fotela, krążąc po jego gabinecie. Do jego uszu momentalnie dobrnęło echo obcasów. Na moment zawiesił na niej spojrzenie. Stała tyłem do niego, wpatrując się w rozpalony kominek, a delikatne płomienie, kreśliły łagodne kształty wzdłuż jej ciała. Przełknął gulę w gardle, sunąc wzrokiem po jej sylwetce. 


Opamiętawszy się, wrócił do pisania, zamaczając o kilka razy za dużo końcówkę pióra w kałamarzu. Zganiał się za brak ostrożności, a następnie przyłożył końcówkę do pergaminu. Atrament rozlał się po kartce. Warknął pod nosem, gniotąc ją w dłoniach. Odsunął się od biurka i podszedł do Granger, wrzucając w rozpalone płomienie pergamin. Przeniosła na niego wzrok, a on mógł obserwować łagodne cienie sunące po jej twarzy, szyi i dekolcie. Bezceremonialnie przeniosła wzrok z jego haczykowatego nosa na usta, by w następnej chwili bezczelnie się od niego odwrócić, kierując się do półki z książkami.


Snape zmrużył oczy, wypuszczając cicho powietrze z ust. Wrócił do biurka i ponownie wyciągnął pergamin z szuflady. Ignorując Granger raz jeszcze, upuścił końcówkę pióra w kałamarzu, kreśląc smukłe słowa na pergaminie.


– Nie możesz usiedzieć w miejscu? – rzucił z niemałym przekąsem, nie podnosząc wcale na nią wzroku.

– Lubię pański gabinet.


Nagle i niespodziewanie do jego nosa doleciały perfumy Granger. Zorientował się, że okrążyła fotel, za którym siedział, dłonią sunąc po jego oparciu. Zamarł na moment, gdy Granger bezceremonialnie oparła się zaokrąglonym biodrem o skraj jego biurka, tuż obok niego. Uniósł na nią pytające spojrzenie, gdy ta niczego sobie przesunęła w tył dokumenty leżące na jego biurku, a następnie wspierając się na dłoniach, usiadła na twardym drewnie. Powoli nie spiesząc się wcale, założyła nogę na nogę.


Powietrze jakby zgęstniało, utrudniając oddychanie. Poczuł zimny dreszcz, gdy jego spojrzenie dosięgło do jej kolana, bezczelnie usytuowanego zaledwie kilkanaście centymetrów od jego twarzy. Niespiesznie przesunął po niej wzrokiem. Uśmiechnęła się do niego w tak niegrzeczny sposób, że przez moment naprawdę rozważał, zrzuciwszy wszystko z biurka i chwycenie Granger w ramiona.


– Naruszasz moją przestrzeń Granger – powiedział cicho i powoli.

– Och… – westchnęła. – Rzeczywiście. Proszę mi wybaczyć profesorze – dodała nad wyraz aksamitnym głosem. 


Położyła dłonie na skraju biurka, aby z niego zeskoczyć, gdy nagle Snape zaskakując samego siebie, uniósł w górę pióro. Jego zaokrągloną końcówką dotknął jej kolana, imitując gest trącenia. Granger zacisnęła dłonie na skraju biurka. 


– Siedź gdzie siedzisz – rzucił, przenosząc spojrzenie na jej zaczerwienione policzki. – I nie rozpraszaj mnie Granger.

– Oczywiście… – przełknęła ślinę. – Profesorze.


Ostatni raz przejechał piórem wzdłuż jej kolana, a następnie z niemałą satysfakcją wrócił do pisania, słysząc nad swoją głową ciche westchnięcie. Niezauważalnie, nieco triumfalnie uśmiechnął się pod nosem.


Po kilku ciągnących się w nieskończoności minutach odsunął od siebie pióro, składając w półpergamin. Jego ruchy były powolne, jakby świadomie bądź nieświadomie testował jej cierpliwość. Oparł się w fotelu, składając z dłoni wieżyczkę. Przeniósł spojrzenie na Granger, która bez najmniejszego skrępowania wpatrywała się w niego. Gdy zajrzał w jej oczy, poczuła się tak, jakby przeniknął w głąb jej duszy. Powietrze było ciężkie, atmosfera napięta do granic możliwości, a żadne z nich nie wyglądało, jakby miało zamiar przerwać milczenie. 


Cisza ta była wymowna, zdradzając więcej, niż mogliby ukryć. Gdyby tylko chciał, mógłby bez skrupułów zsunąć wzrok na jej wargi, smukłą linię obojczyków, delikatnie odkryty dekolt, czy odsłonięte udo, lecz jej oczy, hipnotyzujące czekoladowe oczy sprawiły, że powoli, dość mozolnie czuł rozpływające się ciepło w okolicy serca. I zatrzymał się na tym doznaniu, czując, jak jego skamieniała dusza drży. Niespodziewanie poczuł spływający po plecach zimny dreszcz. Przeniósł spojrzenie na ścianę za nią, czując, parszywy ucisk w klatce piersiowej.


Nie zrobiłeś niczego Snape, aby uratować jej życie, usłyszał pełen wyrzutu głos rozsądku. Ona umiera. Klątwa nadal w niej jest. Przełknął bezgłośnie ślinę, czując, że popadł w tarapaty. Cała misja ratowania Granger była samobójcza. Nie wiedział, czy podarowanie jej życia, rozkochanie jej w sobie było na tyle silne, aby zerwać z niej śmiertelną klątwę. Może jego domysły były błędne? Może gra tylko z czasem? Może Dumbledore również się myli? Żaden z nich nie miał nigdy do czynienia z klątwą Szyszymory, żaden z nich o niej nie słyszał. Mimo że obaj słyszeli o wielu straszliwych i mrocznych klątwach panujących w magicznym świecie.


Czy samo rozkochanie jej coś da?, pomyślał, ponownie przenosząc na nią spojrzenie. A może by tak…? Nagle do jego podświadomości dotarła myśl. Początkowo dość mała i niewinna, jednak gdy zatrzymał się nad nią i poświęcił jej niemałą uwagę, rozrosła się, napierając na ściany jego podświadomości. Musiał ją rozkochać. Taki był pierwotny plan. Nie mógł jej do tego zmusić, nie mógł rzucić na nią zaklęcia Imperius, ani poić eliksirem miłosnym. Granger otwarcie musiała go pokochać. Szczerą i bezkresną miłością, a on miał wątpliwości, czy był człowiekiem, którego da się pokochać.


Zatrzymał się nad myślą, która pojawiła się w jego umyśle. Nie mógł ingerować w sam proces, ale mógł sprawić, że Granger powoli oszaleje na jego punkcie. Zwykle bystra i dość przewidywalna Granger miała swoją słabość. Granger zawsze miała niemałą aspirację poczucia bycia potrzebną. Szczególnie dla Pottera i Weasleya, taka wybawicielka Złotej Trójcy. Zastanawiał się nad tym, czy było spowodowane to jej pochodzeniem. Mugolaczka, która trafia do magicznego świata, do obcych ludzi, do obcej kultury musi sobie radzić, aby przetrwać w dość specyficznym świecie.


Potter również musiał się wpasować w nowy krąg. Może tak łatwo przyjaźń połączyła tych dwoje? Jedno czuło, że musi być potrzebne na każde skinienie palca, a drugie miało nieoderwanie poczucie ratowania wszystkich, na których mu zależy. Samobójczy Potter i Wielka Altruistka Granger. Jednak czy mógł ją winić za jej wybory, za jej chęć wpasowania się w nowy świat? 


Ponownie zajrzał w jej tęczówki. Może słabość Granger zadziała na ich korzyść? Snape zastanowił się, że jeśli da Granger dostęp do ułamka swojego życia, sprawi, że poczuje się potrzebna, że będzie patrzeć na nią jak na godnego do rozmowy partnera, a nie upierdliwego ucznia, być może będzie to ich pomost do zdjęcia klątwy. 


– Muszę panią poprosić o małą przysługę.


Granger na te słowa wyprostowała barki. Oczy przeszył nieznaczny błysk, a wargi drgnęły minimalnie. Takiej reakcji się spodziewał. Granger była dość przewidywalna. Powstał z biurka, przez moment nad nią górując. Zatrzymał się na chwilę, niczym sparaliżowany zdając sobie sprawę, że był blisko niej. Bliżej niż powinien być. Oczy Granger rozszerzyły się dwukrotnie, a na jego wargach pojawił się mały, dość wredny uśmieszek.


– Słucham profesorze – wydusiła w końcu z siebie.

– Czy mogłaby pani łaskawie się przesunąć? Muszę dostać się do tej szuflady.


Spojrzała w dół, a następnie na Snape’a. Najrozsądniej byłoby gdyby zeskoczyła w końcu z jego biurka, lecz ta patrząc mu dość śmiało w oczy, przesunęła się w lewo, po drodze odsuwając dłonią pióro i pergamin. Snape posłał jej krótkie dość wymowne spojrzenie, ale nie powiedział ani słowa. Dostał się w końcu do szuflady. Chwycił za pordzewiały uchwyt i pociągnął go. Szafka otworzyła się z lekkim skrzypieniem. Żadnego zaklęcia zabezpieczającego, pomyślała Hermiona, odrobinę prostując barki. Chciała dojrzeć, co skrywał w szufladzie, lecz Snape pokrzyżował jej plany. W pośpiechu zatrzasnął szufladę, tak mocno, że całe biurko zadrżało. 


– Po zakończonym spotkaniu proszę się udać do Murry’ego – uniósł w górę dłoń, a jej oczom ukazała się dość potężna, nieco większa niż standardowej wielkości fiolka. Przekrzywiła delikatnie głowę w bok, przyglądając się jej. – Przekaże mu pani ten eliksir.

– Co to za eliksir? – zapytała, kompletnie nie rozpoznając substancji skrytej w dość obłej fiolce.

– Nie zadaje pani żadnych zbędnych pytań – rzucił przez zęby. Oczy Granger zwęziły się, a włosy nagle zdawały się trzaskać elektrycznością. Granger nienawidziła odmowy, nienawidziła czegoś nie wiedzieć. Dostrzegł w niej dumę, którą musiała zdusić. Tak jak przewidział, chęć pomocy niezwykle połechtała jej ego. Odchrząknęła, wyciągając przed siebie dłoń.

– Oczywiście profesorze. Czy Malfoy ma mi towarzyszyć?

– Nie.

– Czy on nie wie o pańskim wujostwie? – zapytała zanim się powstrzymała.


Snape zacisnął lewą dłoń w piąstkę. Sam dał jej niemałe poczucie bycia potrzebną. Wysyła ją z eliksirem, chociaż mógłby zrobić to sam, a zajęłoby mu to zaledwie dziesięć minut. Dał jej dostęp do namiastki swojego życia, nakazując jej odwiedzenie własnego wujostwa. Zaczął kalkulować swoją pozycję. Rozmyślał o tym, na jak wiele już sobie pozwolił, dając jej dostęp do siebie, pozwalając jej przeniknąć przez dzielący ich mur. Może tak ją uratujesz?, usłyszał głos serca.


– Proszę uważać na eliksir i dostarczyć go w jednym kawałku do Murry’ego. Jest dość cenny – rzucił, wcale nie odpowiadając na jej pytanie. Granger skinęła głową, wysuwając przed siebie dłoń. Położył na wierzchu jej dłoni fiolkę, a Granger momentalnie zacisnęła wokół niej palce, opuszczając ją w dół.


Górował tak nad nią, oddychając powoli. Granger również brała nieco płytkie wdechy, uciekając wzrokiem wszędzie, byleby nie spojrzeć na niego. Nagle zauważył na jej policzkach wypieki, a same jej przeklęte perfumy drażniły jego nozdrza. Powinien odsunąć się, zganiać ją za siedzenie na jego biurku czy zrobienie cokolwiek, aby przerwać tę niebezpieczną bliskość pomiędzy nimi. Jednak on nie zrobił niczego, aby przerwać tę chwilę. Walczył ze sobą, nie pozwalając, aby serce zaczęło bić coraz mocniej, coraz śmielej pompując tlen. Opierał się temu, co było nieubłagane.


Niespodziewanie poczuł na swojej dłoni dotyk. Dość nieśmiały kontakt fizyczny sprawił, że przeniósł na nią spojrzenie. Granger z hulającymi iskierkami w oczach wpatrywała się wprost w niego, niemalże wiercąc dziurę w jego duszy. Krótkim, dość sprawnym spojrzeniem ocenił, że oddychała nieco płycej niż zwykle. Całe ciało miała napięte, a policzki co rusz przybierały intensywniejszy różowy odcień. Poczuł, jak delikatnie przyciąga go bliżej. Nie wiedząc czemu, pozwolił się jej poprowadzić. Zatrzymał się tuż przed jej kolanami. 


– Profesorze… – wyszeptała, kreśląc kciukiem małe kółka na wierzchu jego dłoni.

– Panno Granger?

– Proszę mnie pocałować.


Coś zacisnęło obręcz wokół jego klatki, utrudniając oddychanie. Cokolwiek to było sprawiło, że przez jego duszę przeszedł zimny, wręcz paraliżujący dreszcz. Spojrzał na swoją dłoń, której nie wyrwał z jej uścisku, a potem mozolnie przejechał wzrokiem w górę.


Granger spoglądała na niego w napięciu. Nie poruszyła się o milimetr, jakby bała się, że go spłoszy. Snape kolejny raz zabłądził w jej hipnotyzujących oczach. Nieznacznie się pochylił, odgarniając kosmyk za jej ucho. Masz ją uratować, usłyszał w swojej podświadomości szept serca.


– Powtórz to – powiedział cicho, niemalże drapieżnie. Hermiona nieco mocniej zacisnęła palce na jego nadgarstku.

– Profesorze – powiedziała półszeptem. – Proszę mnie pocałować.


Przejechał po jej linie szczęki i chwycił za podbródek. Uniósł go w górę, a Granger mimowolnie na niego spojrzała, dostrzegając w jego ciemnym spojrzeniu cień drapieżnika. Delikatnie pogładził kciukiem jej brodę i kącik ust, nie spuszczając z niej przeszywającego spojrzenia.


– Proszę…


Pochylił się jeszcze niżej. Ciepłe oddechy osiadły na ich skórze, a nozdrza zostały zaatakowane mieszanką perfum. Przejechał kciukiem po brodzie, zahaczając raz jeszcze o dolną wargę. Hermiona wydała z siebie niekontrolowany, cichy jęk, a w ten Snape się pochylił, złączając ich usta w pocałunku.


Całował ją powoli i niespiesznie, chcąc zachować w pamięci smak jej ust. Kosztował jej delikatnie z minimalną dozą powściągliwości, jakby samo przyśpieszenie mogło zaburzyć intymny rytm pomiędzy nimi. 


Jednak z każdą chwilą z każdym oddanym pocałunkiem Hermiona pragnęła więcej. Nieśmiało dotknęła jego ramion, sunąc dłońmi do karku. Zatrzymała się przy linii włosów, zarzucając ramiona na szyję. Opuszkami palców delikatnie gładziła jego kark, co musiało na niego zadziałać. Nagle i niespodziewanie objął ją w tali przyciągając bliżej siebie. Zaskoczona Granger wydała z siebie cichy jęk wprost w jego wargi. Poczuła, jak dość mocno kolanami wbija się w jego uda. Chciała o tym nie myśleć, totalnie to zignorować, ale obawiała się, że jemu także może być niewygodnie, a przerwania pocałunku chyba by nie zniosła. Postawiła wszystko na jedną kartę, przybierając wygodniejszą pozę. Nie przerywając pocałunku, rozsunęła kolana, a Snape gładko wsunął się w lukę pomiędzy nimi. Z niemałą ulgą westchnęła w jego usta, gdy pozwoliła sobie opuścić ciężar swoich nóg, opierając go o jego biodra.


Rozpływała się nad myślą, jakim Snape był namiętnym kochankiem, co rusz skradając jej nieco śmielsze pocałunki. Niespodziewanie znieruchomiał. Całe jego ciało spięło się, przypominając gotowe do ataku dzikie zwierzę. Zajrzała w ciemne oczy, ale on spoglądał gdzieś nad nią, normując rozbiegany oddech. Chrząknął, odsuwając się na poprawną odległość. 


– Zejdź z mojego biurka – wyrzucił przez niemalże zaciśnięte zęby.

– Słucham?

– Zaraz zapuka tu Malfoy – chrząknął, oczyszczając zaschnięte gardło.

– Och… – jęknęła, obracając głowę za siebie.


Z czerwonymi policzkami zeskoczyła z jego biurka, na którym spędziła ostatnie kilkanaście minut, nie znajdując w sobie odwagi, aby na niego spojrzeć. Zgarnęła flakonik i miała odejść, gdy Snape nieoczekiwanie chwycił ją za nadgarstek. Spojrzała na niego zaskoczona, gdy ten z niemałą lekkością przyciągnął ją ponownie do siebie. Hermiona nieporadnie zderzyła się z jego klatką piersiową. Snape chwycił ją za podbródek, unosząc w górę. Zamarła kolejny raz tego wieczoru. Jego ciemne oczy zwęziły się, żyłka na jego skroni nieznacznie zadrżała. Jej podbródek delikatnie obrócił w lewo, a następnie w prawo. Z niemałym westchnieniem puścił ją, sięgając w dół. Z kieszeni wyciągnął połyskującą, aksamitną chusteczkę. 


Hermiona poczuła, jak coś ścisnęło ją za serce, gdy Snape przyłożył tkaninę do kącika jej ust. Materiał okazał się niezwykle miękki i delikatny. Domyśliła się, co mógł robić, ale nie miała w sobie odwagi, aby się odezwać. Coś nakazało jej milczeć, nie pozwalając psuć tej intymnej atmosfery między nimi. Snape obchodził się z nią, jakby była z porcelany, jego wzrok uważnie analizował jej twarz, jakby obawiał się, że odrobinę mocniejsze przyciśnięcie materiału do skóry mogłoby ją zranić.


– Moja – rzucił gardłowo.


Zamrugała dwukrotnie, nie wiedząc, czy się przesłyszała. Lekko uchyliła usta, czując, jak policzki oblewają się kolejną dawką czerwieni. Moja, powtórzyła w myślach jego wyznanie, czując powolne rozlewające się ciepło w okolicy serca. Snape opuścił dłoń. 


– Usiądź – powiedział, chowając zabrudzoną chusteczkę w kieszeń spodni. Jego głos był cichy i elektryzujący, a Hermiona niczym w transie cofnęła się, mocniej zaciskając dłonie na fiolce. Z chwilą, gdy opadła na krzesło dla interesantów po gabinecie rozeszło się pukanie do drzwi. Zadrżała. Wcale nie kłamał, pomyślała raptownie. – Wejść – rzucił Snape, opadając w ostatniej chwili na swój fotel.


Drzwi zaskrzypiały, a Granger poczuła niemały chłód na ramionach. Nie odwróciła głowy, czując w dalszym ciągu nagrzane do czerwoności policzki. Wsunęła do torebki dłoń, z najwyższą ostrożnością upuszczając tam fiolkę z eliksirem.


– Granger wszędzie cię szukałem – rzucił z pretensją w głosie Malfoy, zamykając za sobą drzwi. – Profesorze – dodał. Gdyby tylko na niego spojrzała, mogłaby zauważyć, jak skinieniem głowy wita się ze starszym czarodziejem. 

– Draco – odpowiedział. Głos Snape’a był już całkowicie opanowany, a Hermiona odniosła wrażenie, jakby jego barwa była odrobinę zimniejsza niż zwykle. – Właśnie przerwałeś mi i pannie Granger… – spięła się, unosząc wzrok. Snape przeniósł spojrzenia z Malfoya na nią, a ona poczuła nieprzyjemny supeł w żołądku, gdy Snape przełknął nerwowo ślinę. – Rozmowę. I to dość ciekawą – dorzucił nieco złośliwym, typowym dla siebie tonem. – Draco weź krzesło, to zajmie chwilę – Malfoy posłusznie wykonał polecenie, opadając obok niej. – Rozmawiałem właśnie z panną Granger na temat niecodziennego zajścia w Hogsmeade.


Hermiona spojrzała na niego, przełykając bezgłośnie ślinę. Malfoy nagle klasnął w dłonie, wskazując na nią palcem. Granger zdumiona rzuciła mu przelotne spojrzenie. Jakim cudem się dowiedział?, pomyślała przerażona, czując, jak kark, oblewa się falą gorąca. Dłonie samoczynnie zacisnęła na torebce, tak mocno, aż pobielały kłykcie. Spojrzała na niewzruszoną maskę na twarzy profesora Snape’a.


– Wiedziałem, że to byłaś ty – przemówił Malfoy. Brzmiał, jakby był z siebie niezwykle dumny. Oparł się nonszalancko na krześle, a na jego twarzy ukazał się głupi uśmieszek. Szybko rzuciła na niego srogie spojrzenie. Włosy miał ułożone w artystycznym nieładzie. Szata wyjściowa Malfoya musiała być obrzydliwie kosztowna. Odpięte kilka guziczków grafitowej koszuli ukazały bladą skórę Ślizgona. Odwróciła wzrok od nagiej skóry, mając przeczucie, że nie tylko ona wystroiła się na spotkanie z gwiazdą rocka. Do jej nozdrzy doleciały perfumy Malfoya, a Hermiona odniosła wrażenie, że musiał użyć jakiejś nowej mieszanki, bo tej nie rozpoznała od razu. Skarciła się na samą myśl ich wspólnych prób tańca, jak bezceremonialnie mogła wdychać jego perfumy, będąc zmuszoną trwać u jego boku. Chrząknąwszy, odwróciła od niego wzrok.

– Panie Malfoy – rzucił przeciągle Snape. 

– Nigdy nie widziałem tak wkurzonej Parkinson – Malfoy nie miał zamiaru odpuścić. Jego głos wibrował z nadmiaru emocji. Do jej umysłu przyszła dość nieodpowiednia myśl, że Malfoy naprawdę cieszył się z utartego nosa Ślizgonki. Może on naprawdę jej nie cierpi?, pomyślała, przywołując przed oczami ostatnie zdarzenia ze sklepu Gladraga. Z chwilą, gdy na niego spojrzała, poczuła na sobie jego palące spojrzenie. Zeskanował ją od góry do dołu, jakby zobaczył ją dopiero pierwszy raz. Zszokowany jej wyglądem Malfoy nie wyglądał zbyt inteligentnie z otwartymi ustami i mrugającymi oczami. Opamiętał się, dopiero gdy ponownie odezwał się starszy czarodziej.

– Panno Granger tak jak mówiłem, powinna pani przyjść z tym do mnie.

– Profesorze… – odwróciła się od Malfoya. Przez chwilę pomyślała, czy może nie wystroiła się aż nadto, bo widok zszokowanego Ślizgona spowodował niemałe skrępowanie. A Malfoy rzadko, kiedy bywał zszokowany. Chrząknęła, próbując zebrać myśli. – Jako prefekt muszę przestrzegać regulaminu również poza murami zamku. Nie mogłam udawać, że nie widzę, jak Parkinson jawnie szydzi z Susan Bones. Nie mogłam czekać do powrotu do zamku, aby pana poinformować o jej zachowaniu. Nie żałuję swojej postawy, jeśli uważa pan, że zasługuję na szlaban, proszę bardzo – skrzyżowała buntowniczo ręce. – Może mi pan wlepić nawet miesięczny szlaban, ale jako prefekt i osoba posiadająca jakąkolwiek empatię, nie będę pozwalać na jawne szydzenie i obrażanie innych – powiedziała stanowczo, a jej głos nawet odrobinę nie zadrżał. – I to jeszcze przez drugiego prefekta – dodała, akcentując ostatnie słowa.


Snape oparł się w fotelu, a na jego ustach przemknął mały, niemal niezauważalny uśmiech. Jego wargi jednak szybko opadły z powrotem w dół. Chrząknął, chwytając z blatu biurka pióro, którym, jeszcze niedawno wodził po kolanie Granger. Chyba oboje o tym pomyśleli bo w jednakowej chwili spojrzeli na siebie. Maska obojętności, jaką miał przyodzianą Snape, nie wskazywały, że do czegokolwiek między nim a Granger zaszło. Twoja, pomyślała, zaciskając palce na torebce. Jestem twoja


– Panno Granger niech pani wie, że odbyłem wczoraj rozmowę z panną Parkinson – Hermiona wciągnęła ze świstem powietrze. Siedzący obok niej Malfoy chrząknął dwuznacznie. 

– Doprawdy? – rzuciła ot, tak. 

– Mówiłem, że Parkinson była nieźle wkurzona – odezwał się Malfoy. Hermiona spojrzała na niego, a potem przeniosła wzrok na profesora Snape’a.

– Panna Parkinson nie była skora do rozmowy i do współpracy – Hermiona poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. – Właściciel sklepu Gladraga wiele mi wyjaśnił – z szuflady biurka wyjął zwój pergaminu. Pomachał nim w powietrzu, a następnie w akcie dramaturgi rzucił go na biurko. 


Atmosfera była napięta. Snape nie przypominał już namiętnego kochanka, nie spoglądał na nią z dziką drapieżnością w oczach. Jego spojrzenie było zimne, niewzruszone, obojętne. Śmiała twierdzić, że dostrzegła tam nutkę wyrachowania. Niestety zniknęła ona tak prędko, nim Hermiona mogła się jej lepiej przyjrzeć.


– Niech pani wie, że panna Parkinson otrzymała tygodniowy szlaban u pana Filcha.

– Tygodniowy szlaban? – powtórzyła Granger. – Jest pan dość hojny profesorze Snape.


Siedzący obok Malfoy parsknął śmiechem. Śmiał się tak długo, nim zniecierpliwiony Snape nie uderzył dłonią o biurko. Hermiona nie wierząc w swój sukces, spojrzała z niemałym uporem na Snape’a. Utarła nos Parkinson. Osiągnęła swoje. Z głupim, triumfalnym uśmieszkiem, który nie okazał się wcale profesjonalny, spuściła głowę, starają się nie wybuchnąć śmiechem jak Malfoy.


– Dosyć tego – warknął złowrogo Snape. – Zachowujcie chociaż pozory swoich ról. Jesteście prefektami – z obojętnością zerknął na zegar. – Bierzcie zgodę na wyjście i zejdźcie mi z oczu.

– Myron – wyszeptał tej samej chwili Granger i Malfoy, całkowicie odpychając z umysłu Parkinson. Ich miny zrzedły, a policzki pobladły.  


Granger w pośpiechu zarzuciła na siebie kurtkę, przewiesiła niedbale torebkę przez ramię, a Malfoy wyciągnął dłoń po zgodę, którą podsunął mu Snape. Rzucili się ku wyjściu, nim ponownie nie odezwał się starszy czarodziej. Snape wyglądał na niezwykle znudzonego i wyczerpanego ich towarzystwem. Bezceremonialnie wskazał dłonią na kominek.


– Skorzystacie z mojej sieci fiuu. Lepiej się pośpieszcie, nim zmienię zdanie.

 

~*~


Czarownice i Czarodzieje! ⚡


Jak mnie długo tu nie było... Może ktoś czytał na "Prologu (nie) codziennym", że zostanę pozbawiona laptopa do początku kwietnia i nie będę miała jak prowadzić Narkotyka. Jednak ten okres został przedłużony do końca maja 😏 Ale w końcu jestem z Wami! 🥰


Przepraszam Was bardzo, że zaniedbałam Wasze blogi jednak nie miałam jak ich czytać. Dziękuję, że nadal wysyłałyście mi powiadomienia. Postaram się nadrobić je jak najszybciej 💖


I przejdźmy do sedna... i jak rozdział się podobał? Mam nadzieje, że przez moje ostatnie pół roku nieobecności, nie odczuliście mojego wypalenia. Liczę, że nadal dzielnie trzymam poziom!

Ile się wydarzyło w tym rozdziale 🤭


Co myślisz o nowym rozdziale? Podziel się swoją opinią w komentarzu, będzie mi bardzo miło🌸


Kolejny rozdział przewiduję już niedługo, także uważnie wyczekujecie sowy. Do usłyszenia!


Całuję,


Jazz ❤



P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.