środa, 25 czerwca 2014

Rozdział 41

Kevin dopił swoją gorącą czekoladę i wstał, żegnając się z Hermioną. Profesor Sprout ścigała swoich podopiecznych po Miodowym Królestwie i sklepie Zonka, aby mogli wszyscy razem wrócić do zamku na ciepły, smaczny obiad, przygotowany przez skrzaty. Kobieta dopadła go w Miodowym Królestwie, razem z dziewczyną. Rozmawiali, a co jakiś czas śmiali się tak głośno, że zwracali na siebie uwagę innych uczniów. Pani Prefekt spędziła miło czas z chłopcem, stwierdzając, że bardzo go polubiła. Były momenty, w których znów ją przepraszał i dziękował, a ona jedynie uśmiechała się do niego ciepło.


Kiedy pierwsza grupa uczniów wróciła do zamku na obiad, kolejna przyszła do Miasteczka Czarodziejów. Tu znalazły się tylko starsze roczniki, poszukujące kreacji na bal, który miał odbyć się lada chwila. Drzwi zaskrzypiały, a do środka wleciało zimne powietrze, niosąc za sobą mgiełkę białego puchu. Ginny uśmiechnęła się od ucha do ucha i pomachała Hermionie, która zakładała właśnie kurtkę. Dziewczyna obejrzała się za siebie, sprawdzając, czy ma wszystko i wyszły na uliczkę, gdzie dziewczęta biegały od sklepu do sklepu, wciskając nosy do witryn sklepowych. Gryfonki popatrzyły na siebie, po czym udały się do najbliższego sklepu, mając nadzieję, że tam znajdą dla siebie odpowiednie sukienki.


Tłok w sklepie był okropny. Przy kasie stały uśmiechnięte dziewczęta, które dumnie trzymały sukienki, by po chwili móc wyjść ze sklepu, mając swój strój na bal i nie martwić się już o niego jak inne dziewczęta, które patrzyły błagalnie na wieszaki. Hermiona pociągnęła Ginny za rękę i doszły do o dziwo, wolnego miejsca z sukienkami. Rudowłosa rzuciła się, poszukując czegoś odpowiedniego z długim rękawem, natomiast Hermiona postanowiła mieć sukienkę z krótkim rękawkiem do łokci albo mieć coś zarzuconego na ramiona, aby ukryć bliznę po pazurach Kuchugara, które jeszcze drastycznie rzucały się w oczy. Ginny położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki i potrząsnęła przecząco głową, a Hermiona zrobiła to samo, po czym wyszły ze sklepu z pustymi rękami. Chodziły już od godziny, ale nigdzie nie mogły znaleźć dla rudowłosej sukienki. Mimo że starsza z dziewczyn miała już coś na oku, sukienka okazała się za mała. Była koloru błękitu z lekkim wcięciem na lewej nodze, ale Hermiona nie mogła w nią wejść. Ginny próbowała za pomocą czarów jakoś pomóc przyjaciółce wcisnąć się w sukienkę, ale na nic. Hermiona jedynie wylądowała na podłodze z hukiem, warcząc złowrogo.  Wyszły ze sklepu i stanęły pod daszkiem, gdzie płatki śniegu, lecące z nieba, były poza ich zasięgiem.


- Kupię ci czapkę na święta - powiedziała Hermiona, uśmiechając się na widok zmieszanej miny przyjaciółki.

- Po co mi czapka? - zapytała zdezorientowana. - Przecież mam.

- To, czemu jej nie nosisz? Chcesz być chora?

- Hermiona nie baw się w moją mamę, niańczysz mnie tylko. - Wywróciła oczami.

- Jako twoja starsza siostra będę cię niańczyć, aż uciekniesz ode mnie - zaśmiała się i pocałowała dziewczynę w policzek. - Ginny co jest? - spojrzała na posmutniałą Gryfonkę.

- Nie idę na bal – powiedziała rudowłosa, buntowniczo chowając ręce w kieszeniach kurtki.

- Słucham?

- Dobrze słyszałaś, nie idę i tyle.

- Dlaczego?

- Nie mam co na siebie włożyć - mruknęła posępnie. – Nic nie ma dla mnie. Co mam ubrać, worek po kartoflach? Mogłabym coś kupić i podesłać mamie, aby mi ją przerobiła, ale ona będzie zadawać milion pytań i jeszcze coś zacznie podejrzewać... - westchnęła na sam koniec.

- Chodź. - Złapała ją za rękę i pociągnęła za sobą. Oglądając się jeszcze przez ramię, czy aby nikt ich nie obserwuje.

- Gdzie idziemy? – spytała, gdy odeszły w jakiś ciemny zaułek z dala od ulicznego zgiełku.

- Zaszalejemy, Ginny. - uśmiechnęła się. - Dawno chciałam to zrobić. Tylko nie mów chłopakom, bo będą się czepiać, czemu nie wzięłyśmy ich ze sobą.

- Co zrobić?

- Ginny, złap mnie za rękę – rzekła kasztanowłosa, rozglądając się dookoła.

- C-czy ty chcesz nas...?

- Oczywiście.

- Ale nie masz licencji na teleportację! Hermiono! - dziewczyna posłała jej uśmiech, który nie pasował do panny Granger. - Masz?

- Zgadza się, Ginny.

- Ale jak to? Kiedy? Jak? Będziemy miały problemy!

- Pytania są zbędne. - pokręciła głową. - Zdałam egzamin jakiś czas temu.

- Zaskakujesz mnie – stwierdziła przyjaciółka Hermiony, a na jej twarz powróciły kolory. - To znaczy, że zdobędziemy sukienki?

- Właśnie tak, Ginny. - rudowłosa zapiszczała szczęśliwa i rzuciła się na przyjaciółkę. - Gdzie chcesz poszukać?

- Paryż. - oczy jej błysnęły. - Ale, Hermiono...

- Słucham? – powiedziała, szybko spoglądając na nią swoimi czekoladowymi oczami. - Nie, Ginny tylko nie mów, że masz wątpliwości.

- Nie mam mugolskich pieniędzy, jak niby zapłacimy?

- Ja mam. - natrafiając na pytające spojrzenie Gryfonki powiedziała: - Sądziłam, że nic tu nie znajdziemy i wzięłam swoje pieniądze na wszelki wypadek.

- Oddam ci.

- Oj, cicho już. - uśmiechnęła się ciepło. - To jak? Gotowa na Paryż?

- Gotowa! – oznajmiła, po czym chwyciła Hermionę za rękę i rozległo się charakterystyczne pyknięcie teleportacji, a po dziewczynach nie było już śladu.




***

Mały sklepik z uroczą, starszą ekspedientką, z dala od ulicznego zgiełku, był idealnym miejscem, gdzie pierwsze sukienki, które zobaczyły, teraz mogły mieć na własność. Cena kreacji była taka mała, że mogły kupić jeszcze kilka dodatków: buty, parę brakujących kosmetyków, a nawet na sam koniec udać się na pyszne cappuccino. Dookoła widziała wszechobecne kamieniczki, a w oddali stała wieża Eiffla. Wszystko było przystrojone takimi samymi lampkami, jakie znała z dzieciństwa – jasnymi tak bardzo, że od ich ogromu trzeba było mrużyć oczy. Dodatkowo wszystko pokrywał śnieżny puch, w sumie tylko denerwujący francuzów, którzy w czasie bieganiny po prezenty czy choinkę, musieli jeszcze znaleźć czas na odśnieżenie auta. Mimo że były tam tylko dwie godziny, Hermiona chciała tam wrócić, mając nadzieję zwiedzić miasto nocą, pójść jeszcze raz na cappuccino albo po prostu stanąć i odetchnąć, chociaż na chwilę. Westchnęła na wspomnienie kolorowych lampek, roześmianych francuzów i stanęła przed swoją szafą, zakładając ręce na biodra i kręcąc głową bezradna. Za półtorej godziny miała z Malfoyem udać się do Trzech Mioteł, gdzie mieli spotkać się z wokalistą Fatalnych Jędz i porozmawiać z nim o koncercie, wcześniej odbierając pozwolenie od Snape'a. 


Pierwsze, co zrobiła, to rozczesała ostrożnie włosy, aby zgubić ich jak najmniej, po czym upięła włosy w koka, puszczając parę luźnych pasemek. Spryskała się ulubionymi kwiatowymi perfumami, przymykając powieki i rozkoszując się ich kuszącym zapachem. W końcu spotkają się z gwiazdą rocka, a chciała wypaść jak najlepiej, może załatwiając dodatkowo autograf i wręczając go Ginny na święta. Westchnęła, biorąc do ręki swoją kosmetyczkę, po czym całą zawartość wysypała na łóżko. Na szczęście nie było Lavender i Parvati, więc mogła zająć się sobą bez problemu. Spojrzała na cienie do oczu i wypuściła powietrze ze świstem. Ten kosmetyk nie należał do jej codziennego zestawu tak samo jak podkład, korektor czy puder. W gruncie rzeczy Hermiona miała ładną cerę, a tona makijażu nie byłaby jej tak potrzebna. Teraz zauważyła, że nawet tusz ją opuścił, kiedy rano wygląda z każdym dniem jakby gorzej. Pokręciła głową, przecież nie mogła wyglądać z dnia na dzień coraz gorzej. To absurd!


W końcu zdecydowała się zastosować wszystkie kosmetyki, jakie miała; przy użyciu ciemnych cieni z paletki nadała spojrzeniu kociego oka, które mocniej uwypukliły jej tęczówkę, a tusz podkreślił jedynie zarys jej długich i gęstych rzęs. Gryfonka uśmiechnęła się do dziewczyny w lustrze, zadowolona z efektu. Wyciągnęła jeszcze krwisto-czerwoną szminkę, którą dziś kupiła i nadała jej ustom wyrazistego koloru. Spojrzała na zegarek, po czym się przeraziła. Trzydzieści pięć minut... Merlinie! Kolejny raz otworzyła szafę i rozebrała się, stając przed nią w samej bieliźnie. Przeszukiwała wieszaki, półki i szafki, w końcu natrafiając na skórzaną spódniczkę do kolan. Krzyknęła triumfalnie i podbiegła do małej szafki, wyciągając czarne rajstopy. Ubierała je, skacząc na jednej nodze, i jednocześnie szukała górnej części ubrania. Z szafy wybrała białą bluzkę z długim rękawem, miejscami połyskującą, a na wierzch ubrała elegancką marynarkę. Spojrzała na siebie w lustrze i przekręciła głowę w bok, patrząc na siebie od stóp do głów, zatrzymując wzrok na nogach. Pacnęła się dłonią w czoło i wyciągnęła z kufra buty na niewysokim korku, po czym spojrzała na swoje nogi i stuknęła obcasami niczym dziewczynka z Krainy Oz.  


Wzięła płaszcz, czapkę, torebkę i wyszła z dormitorium dziewcząt. Przed schodami rzuciła na siebie zaklęcie Kameleona i teraz mogła wyjść niezauważona. Na korytarzu zaczęła biec, by po chwili zbiegać po schodach, co w takich butach wychodziło jej, o dziwo, z gracją. Stanęła przy drzwiach, gdzie miała spotkać się z chłopakiem i czekała, nerwowo chodząc w kółko. Podciągnęła rękaw i jęknęła. Siedemnaście minut... Malfoy, no! Prychnęła. Miał zjawić się ze zgodą. Dziewczyna ostatni raz spojrzała na zegarek i ruszyła szybkim krokiem do lochów, wyzywając w myślach tą tlenioną Fretkę. Stanęła przed drzwiami prowadzącymi do gabinetu Mistrza Eliksirów i wzięła kilka głębszych oddechów. Poprawiła włosy, instynktownie przygładziła spódniczkę, a następnie zapukała.


- Proszę... - Usłyszała jego głos przyzwolenia, a po chwili była w mrocznym gabinecie Mistrza Eliksirów. Czarodziej siedział przed biurkiem i skrobał zawzięcie na pergaminie, po czym podniósł wzrok i wywrócił oczami. – Granger, ściągnij z siebie zaklęcie.

- Och... – Hermiona dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wciąż ma je na sobie. Po chwili mógł ją zobaczyć w całej okazałości i zabrakło mu jakichkolwiek słów, aby opisać młodą Gryfonkę. Stała przed nim z lekkim rumieńcem. Musiał przyznać, że wyglądała pięknie. Badawczym wzrokiem spojrzał na jej zgrabne nogi i poczuł gorąco na karku. Był zmuszony przyznać się sam przed sobą, że panna Granger wygląda seksownie. - Skąd pan wiedział, że to ja, a nie Malfoy? - wyrwała go z zamyśleń.

- Kiedy otwierała pani drzwi, doleciał do mnie zapach pańskich perfum, panno Granger. Wątpię, aby Draco używał kwiatu wiśni – powiedział, odwracając wzrok.

- Rozpoznał to pan? Po zapachu? - zdziwiła się.

- Jestem Mistrzem Eliksirów. Chyba byłoby absurdem, nie rozpoznając zapachów, panno Granger. - odłożył dokumenty i wskazał na miejsce przed swoim biurkiem. Przewiesiła płaszcz przez oparcie krzesła i usiadła, zakładając nogę na nogę. - Gdzie idziecie?

- Do Trzech Mioteł gdzie jesteśmy umówieni z wokalistą Fatalnych Jędz.

- Rozumiem - mruknął i zaczął skrobać coś na kawałku pergaminu. Dziewczyna w tym czasie zaczęła chodzić po jego gabinecie, lekko stukając butami. – Wątpię, aby to było muzeum - powiedział z ironią w głosie, a ona przygryzła wargę.

- Lubię pański gabinet... - powiedziała lekko rozmarzonym głosem, lecz on tego nie skomentował. Odwróciła się do niego, stojąc teraz pod ścianą, gdzie miała doskonały widok na profil mężczyzny. Czemu teraz widzi, że ma na sobie ciemną koszulę? Gdzie podziała się jego czarna szata? Chociaż teraz też wyglądał niczemu sobie. Włosy delikatnie opadały mu na twarz, kiedy skrobał na pergaminie. Idealny, pomyślała. Jej wzrok powędrował na jego usta, jakże chciała znów ich posmakować, poczuć jego oddech na karku czy ciepło jego ciała. 

- Proszę. - powiedział i podniósł wzrok, wyrywając ją z zamyśleń. Wyciągnął kartkę w jej stronę, jednak ona stała nadal i wpatrywała się w niego z pożądaniem w czekoladowych oczach. Severus wychapał to od razu. W jej głowie brzmiały tylko słowa Ginny: Zrób to. Postaw na jedną kartę.


Stanęła nad nim, swoimi kolanami dotykając jego kolan. Snape patrzył na nią z ciekawością a może z wyczekiwaniem? Jego czarne tęczówki wypalały ją od środka, powodując krwistoczerwony rumieniec na twarzy młodej czarownicy. Poczuła przyjemnie dreszcze pod wpływem jego intensywnego, a zarazem mrocznego spojrzenia. Spuściła wzrok, zatrzymując go na jego kolanach i powoli wypuściła powietrze, próbując oddychać miarowo. Podnosząc głowę, zauważyła, że bacznie się jej przygląda, w końcu jakby mogło być inaczej? Każdy milimetr jej ciała pragnął go, a ona aż kipiała z podniecenia, gdzie wszystko zaczynało się w podbrzuszu, czując jak ciepły płyn, zaczął wrzeć. Naparła bardziej na jego kolana i pochyliła się nad nim, a dłonie położyła przy jego głowie, skutecznie go tym samym izolując. Zauważyła, jak napina mięśnie, jego czarne oczy błysnęły, a kącik ust lekko drgnął. Położyła swój policzek na jego i przymknęła powieki, wdychając skrycie jego zapach, nieświadoma tego, że on robi to samo, zapamiętując intensywnie kokos, pergamin, stare księgi czy kwiat wiśni, usilnie pasującego tylko do tej małej wiedźmy. Musnęła swoimi czerwonymi wargami jego ziemisty policzek i dotarła do kącika jego ust, składając tam delikatny, niczym muśnięty promieniami słońca pocałunek. 


Pragnęła go, pragnęła jego dotyku na swym ciele, jego ziemistych dłoni, smukłych palców i kiedy tak myślała, a podniecenie zalewało ją od środka, Snape pociągnął ją w swoją stronę tak, że po chwili siedziała na nim okrakiem. Bez większych czułości wbił się spragniony w jej usta, przyciągając do siebie. Każdy pocałunek oddawała z pasją, by móc nieśmiało wpuścić język do jego gorącego wnętrza, gdzie po chwili mogły połączyć się w namiętnym tańcu. Zamknął jej twarz w swoich dłoniach, jednocześnie pogłębiając pocałunek, a ona przywarła do niego, swoimi palcami muskając jego kark. Zadrżał. Wyczuła to od razu, jego przyśpieszony oddech na jej skórze, ich języki drażniące się i dłonie, które mocniej owinęły się w jej tali przyciągając go do siebie. Teraz ona zadrżała, wyczuwając jego nabrzmiałą męskość. Ona? Ta Gryfonka podnieciła go do tego stopnia, że pragnął jej całym sobą? Panna Granger przez chwilę zapomniała jak się oddycha, a on oderwał się od jej ust, przenosząc się na jej szyję i zaczął składać delikatne pocałunki, sprawiając jej tym ogromną przyjemność. Jego dłonie znalazły się na jej plecach, głaszcząc je, a jego wargi ssały jej szyję, by po chwili móc ją buntowniczo przygryźć i znów zassać. Musnął wargami miejsce, w którym zrobił czarownicy malinkę; jego usta przeniosły się na jej nabrzmiałe wargi.


  




- Musisz iść - wymruczał w jej usta między pocałunkami.

- Nie chcę... - powiedziała cicho, by po chwili wbić się w jego wargi, pragnąc jeszcze więcej.

- Gryfonko… - odciągnął ją od siebie i podwinął rękaw jej marynarki, ukazując zegarek. - Masz dziesięć minut, aby znaleźć Dracona i dostać się do Hogsmeade.

- Cholera! – Hermiona poczuła jak zimna krew ją zalewa. Zapomniała!

- Cóż za słownictwo... - uśmiechnął się mrocznie. Dziewczyna zeszła z jego kolan i zaczęła ubierać na siebie w pośpiechu płaszcz. – Proszę. - wstał i podał jej zgubę.

- Dziękuję... - odebrała ją i schowała kartkę do torebki. Poczuła jego delikatny, lecz stanowczy uścisk na nadgarstku. Spojrzała na niego i spłonęła rumieńcem, gdzie nie mogła się połapać kiedy odpięła mu kilka górnych guziczków koszuli, ukazujących blady tors. Nieświadomie przygryzła wargę, wpatrując się w kawałek nagiego ciała mężczyzny.

- Parter, piąte drzwi po prawej. Skorzystajcie z kominka - powiedział i puścił ją, po czym zaczął zapinać koszulę z obojętnym wyrazem twarzy. Nie mogła odczytać kompletnie nic z jego ciemnych oczu, które jeszcze przed chwilą miały blask. - Bądź ostrożna. - a ona jak wariatka uśmiechnęła się, że skierował te słowa tylko do niej, a nie do Malfoya.

- Zawsze jestem... – zaczęła, ale usłyszała jak prycha na tyle głośno, by ją to zirytowało. Czy miał właściwie taki plan?

- Jeszcze jedno. - wziął z biurka mały biały flakonik, którego wcześniej nie zauważyła i podał jej go, a ich dłonie na chwilę się spotkały. - Kiedy skończycie, idź do Murry'ego i przekaż mu to.

- Co to? - schowała ostrożnie flakonik do zewnętrznej kieszeni płaszcza.

- Bez pytań - odrzekł chłodno. Jak ktoś może być zarazem lodowaty i gorący, pociągający i niedostępny? Niezwykłe... - Zastaniesz go jeszcze w aptece albo w domu. Zresztą zobaczysz.

- Oczywiście. - był już przy drzwiach, prowadzących do swoich prywatnych kwater, kiedy doleciał do niego jej cichy, ale jednocześnie stanowczy głos. - Tylko nie odejmuj mi punktów, za kochanie cię... – Gryfonka po tych słowach wyszła z jego gabinetu.


Głupi uśmieszek nie zniknął jej z twarzy. Dumnie kroczyła, a dreszcze wraz z podnieceniem, jakie nabyła w gabinecie profesora eliksirów, nie zniknęły jeszcze. Właściwie nie musiały. Ciarki czy róż na policzkach w pewnym stopniu były przyjemnym doświadczeniem, a ona chciała więcej. Jej myśli przeszły na inny tor, uświadamiając sobie, że zrobiła to! Wyznała mu miłość. Nie mogła usunąć widoku jego miny sprzed oczu. Jego spojrzenia, tak czysto niezrozumiałego, co jednym słowem uwielbiała. Trudno jest ujrzeć Snape'a jako niedowiarka czy kompletnie nierozumującego. A jej się to udało, Gryfonce! Wdrapała się na piętro, wycierając kciukiem kącik ust i czując w tym miejscu rozmazaną szminkę. Uśmiechnęła się na samo wspomnienie jego pocałunku, a serce jej mocniej zabiło, jakby zbudziło się ze snu. Oparła się o ścianę, łapiąc oddech, po czym uśmiechnęła się sama do siebie. Po co tu przyszłam? Me-Merlinie... Malfoy! Rozejrzała się, ale chłopaka nigdzie nie było. Czyżby ją wystawił i poszedł sam? Zabiję go...! Już miała wściekła tupać nogą, gdy drzwi po jej lewej stronie otworzyły się i wyszedł z nich lekko zarumieniony Malfoy, ubierający kurtkę. Nic nie powiedziała, nawet nie skomentowała śladu czerwonej szminki na jego policzku, tylko pociągnęła go za rękaw, szukając piątych drzwi, a gdy je znalazła, weszli do ciemnego pomieszczenia. Oboje byli zamyśleni, w pewnym stopniu o sytuacji, która miała miejsce przed chwilą. Hermiona wciąż jednak czuła z każdą myślą dziwne uczucie w podbrzuszu i przyjemne ciarki na ciele.


- Korzystamy z sieci Fiuu – rzekła, po czym spojrzała na niego z naganą, otrząsając się po chwili. Podeszła do kominka, wzięła proszek, po czym weszła w płomienie, które lizały ją delikatnie po skórze i powiedziała: - Do Trzech Mioteł! – Po czym zniknęła. Draco stał kilka sekund zdezorientowany, jednak szybko się otrząsnął. Ostatni raz spojrzał z pewnym utęsknieniem na drzwi i zrobił to, co ona, by po chwili móc wyjść z kominka, otrzepując kurtkę w kolorze brudnej zieleni. Znaleźli się w małym pokoiku, który był jednym z tych przeznaczonych dla gości na odpoczynek. Płomienie świec stojących na stole dawały blade światło w pomieszczeniu, ukazując zarys najbliższych przedmiotów. Nie mieli jednak czasu na podziwianie wnętrza. - Chodź - powiedziała i wyszli na korytarz.

- Tutaj – rzekł, zatrzymując się przy drzwiach na końcu ciemnego korytarza. Dziewczyna stanęła przy nim i ściągnęła płaszcz. Draco omotał ją krótkim spojrzeniem i poszedł w jej ślady, przewiesił kurtkę przez ramię, po czym zapukał trzy razy.

- Proszę... - usłyszeli głos zza drzwi. Draco już naduszał klamkę, gdy usłyszał głos Gryfonki.

- Wytrzyj szminkę z policzka, jeszcze coś pomyśli o nas - powiedziała chłodno, a widząc jego zdezorientowany wzrok i to, jak szybko wyciera ślady kosmetyku, sprawiło, że zaczęła chichotać. - Chodźmy...

- Dobry wieczór... - powiedzieli jednocześnie, wchodząc do pokoju, gdzie jednym źródłem światła był ogień w kominku. To zdanie powiedziane chórem zabrzmiało tak idealnie, jakby ćwiczyli je przez miesiąc.

- Witajcie... Śmiało, zapraszam - powiedział mężczyzna, który po chwili zapalił światło i ukazał się im w całej okazałości. Wokalista Fatalnych Jędz stał przed nimi z lekkim uśmiechem, widząc ich miny. - Jak mniemam Hermiona Granger. - podszedł do niej i pocałował ją w dłoń, na co spłonęła rumieńcem. Co jak co, ale po gwieździe rocka spodziewała się przysłowiowej „piątki’’.

- Oczywiście, proszę pana...

- Mów mi Myron. - dziewczyna jedynie nieśmiało kiwnęła głową. - I Draco Malfoy?

- Witam - powiedział szlachcic i uścisnęli sobie dłonie.

- Siadajcie – rzekł, a gestem dłoni wskazał na kanapę przy kominku. - Coś do picia? - uśmiechnął się łobuzersko. - Dałbym wam coś mocniejszego, ale zaraz Kathrin by powiedziała, że rozpijam młodzież. - uśmiechnął się pod nosem. 

-To pana... to znaczy, to twoja żona? - zapytała Gryfonka.

- Od roku – odrzekł, pokazując obrączkę. - Jak ona ze mną wytrzymuje? Tego sam nie wiem... - zaśmiał się krótko. - Kawy, herbaty... lemoniady?

- Lemoniada w zimę? - zdziwił się Draco.

- Ciepła lemoniada - powiedział Myron i po chwili dał chłopakowi szklankę. - Herbaty? – spytał, zerkając na dziewczynę.

- Poproszę... - i po chwili sączyła gorący płyn z dodatkiem cytryny.

- To nie moja sprawa - zaczął, gdy zasiadł w fotelu i spojrzał na nich z uśmiechem, bawiąc się zawartością swojej szklanki, lekko ją kołysząc - ale zapytam z czystej czarodziejskiej ciekawości... Jesteście parą?

- Co?! - oburzył się Draco i spojrzał na dziewczynę.

- Ja z nim? – Hermiona również na niego zerknęła. - W życiu!

- Intrygujące... - mruknął i upił łyk lemoniady. Prefekci spojrzeli na siebie, potem na wokalistę, znów na siebie i skrzywili się, nic nie rozumiejąc. - A myślałem, że jednak...

- Dlaczego? - spytała dziewczyna, wyprzedzając Dracona, który już otwierał usta.

- Twoja szyja... tak wiele zdradza. - dotknął własnej, patrząc na nią. Hermiona spojrzała na niego zdezorientowana, a potem jej dłoń automatycznie dotknęła miejsca, w którym Mistrz Eliksirów zrobił jej malinkę. Spłonęła rumieńcem po końcówki włosów.

- Łoło... - Draco przybliżył się do niej. - Któż to taki?

- Spadaj, Malfoy - fuknęła. Spojrzała na rozbawionego wokalistę, postanawiając przejść do ważniejszej części spotkania, niż sprawcy jej malinki. - My całkiem w innej sprawie tu jesteśmy.

- Zamieniam się w słuch...


Rozmawiali z nim kilka godzin na temat balu, który miał się odbyć już niedługo. W istocie rzeczy wyszło, że koncert odbędzie się z udziałem Fatalnych Jędz, a wystąpi nawet Herman Wintringham, który był nieobecny podczas pierwszego i na razie jedynego występu zespołu w Hogwarcie. Gryfonce udało się zdobyć nawet autograf Myrona. Już wiedziała, jak go wykorzysta. Uśmiechnęła się w duchu na widok szczęśliwej przyjaciółki i poczuła ciepło w okolicy serca. A kiedy nadszedł czas wyjścia, gdy zbliżała się wpół do pierwszej w nocy. Hermiona poczuła silne ramiona, jak prawie ją miażdżą w niedźwiedzim uścisku. Podnosząc głowę, natrafiła na uśmiechniętego do niej Myrona, który po chwili poklepał ją przyjacielsko po plecach. Ślizgon i Gryfonka opuścili pokój piosenkarza, dumni z wykonanego zadania. Weszli do pokoju, gdzie był kominek połączony z Hogwartem siecią Fiuu, z zamiarem powrotu do zamku. Kiedy zakładała płaszcz i miała wyciągnąć rękawiczki, jej dłoń zacisnęła się na fiolce eliksiru.


- Nie czekaj na mnie – powiedziała, łapiąc za klamkę. Modliła się w duchu, aby wujostwo jej nauczyciela jeszcze nie spało, inaczej ona będzie składnikiem do jakiegoś paskudnego eliksiru.

- Gdzie ty idziesz? - spojrzał na nią, już mając proszek w ręce. - Mamy wracać, Granger. – posłał jej karcące spojrzenie. Ton jego głosu jakby był... władczy? Tak, to trafne określenie.

- Mam coś pilnego do załatwienia... Wracaj i kładź się spać, już dawno po dobranocce. – nie mogła się powstrzymać przed lekkim uśmiechem, a młody Malfoy wywrócił jedynie oczami. Wyszła z pokoju, wcześniej posyłając mu rozbawione spojrzenie.


Zbiegła po schodach. W pubie, jak na tę godzinę, ruch był spory. Gwar głośnych rozmów był tak ogłuszający, że ledwo słyszała własne myśli. Założyła czapkę, rękawiczki i przecisnęła się do wyjścia pośród lekko podchmielonych mężczyzn. Wciągnęła zimne powietrze i odetchnęła lekko. Z różdżką w dłoni zaczęła iść w kierunku apteki, a świeżo napadany śnieg skrzypiał pod jej stopami. Hermiona szła, spoglądając na budynki, a tylko nieliczne kwadratowe okienka domów się świeciły, dając do zrozumienia, że nie każdy śpi. Niebo było zakryte ciemnymi chmurami, gdzie księżyc czy gwiazdy miały problem, aby ukazać się w swej pięknej okazałości. Stanęła, spoglądając na sklepowy szyld z napisem „Apteka”, który powiewał na wietrze i skrzypiał złowrogo. Czarownica mimowolnie zadrżała. Podeszła bliżej i przycisnęła nos do zimnej szyby. Zmrużyła oczy, ale nie dostrzegła sylwetki czarodzieja. Ciemność. Westchnęła i próbowała sobie przypomnieć, którędy szła z Mistrzem Eliksirów do jego wujostwa. Pacnęła się w czoło drugi raz tego dnia. Przecież apteka była blisko ich domu czyli, jest praktycznie na miejscu. Spojrzała na lewo i prawo, po czym skierowała się do drzwi będących po prawej stronie apteki, przypominając sobie, że to są właściwe. Podniosła rękę w górę i znieruchomiała. Przecież jest noc, na pewno już smacznie śpią, ale przecież miała przekazać staruszkowi eliksir, który musiał być potrzebny, skoro sam Snape ją wysłał. Zapukała.


- Idę, idę... - usłyszała zza drzwi ciepły głos mężczyzny, który spowodował automatyczny uśmiech na jej twarzy. – Severusie, wiem, że masz klucze. Merlinie, co za człowiek uparty. - drzwi się otworzyły i ujrzała właściciela apteki w grubym swetrze. Jego siwa czupryna była w nieładzie. - Oj... nie jesteś Severusem.

- Dobry wieczór. Przepraszam, że tak późno.

- Hermiono! - Uśmiechnął się na jej widok, po czym przytulił Gryfonkę. - Gdzie on jest? - wychylił się za nią, szukając mężczyzny.

- Profesor mnie popro...

- Sam nie mógł przyjść? - przerwał jej - Co za człowiek. - pokręcił głową, jednak po chwili westchnął. – Pewnie robi kolejne... - dziewczyna zmarszczyła nos, nic nie rozumiejąc. Och, jak ona nie lubiła nic nie wiedzieć. To takie dołujące.

- Proszę. - uśmiechnęła się ciepło i podała mu flakonik, na którego widok mężczyzna odetchnął głęboko, jakby poczuł ulgę.

- Udało mu się! Dzięki ci Merlinie. - Hermiona stała i obserwowała radość mężczyzny. Eliksir musiał być naprawdę ważny, już chciała się zapytać, na co on jest, lecz ugryzła się w język w samą porę. To nie jej sprawa.

- Proszę wejść do środka, przeziębi się pan.

- Tyle lat na morzu spędziłem, że zima to dla mnie pikuś... - zaśmiał się wesoło i poklepał ją po ramieniu.

- Jednak w każdym bądź razie nalegam – powiedziała lekko roześmianym głosem. - Na mnie już pora. Dobranoc, proszę pana.

- Hermiono, jeszcze jedno – powiedział, kiedy już się odwracała. - powiedz Severusowi, aby przyszedł, jeśli znajdzie tylko wolną chwilę.

- Przekażę – obiecała, uśmiechając się w stronę staruszka.

- Wracaj ostrożnie i uważaj na siebie.

- Dobrze. – kiwnęła głową i zniknęła. Murry stał jeszcze chwilę, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze była niedawno dziewczyna, po czym wszedł do mieszkania, w którym czekała na niego Maria.





~*~


Misiaczki ♥



Merlinie...  :o Jak mnie długo tu nie było... Powiem krótko, może ktoś czytał na "Prologu (nie) codziennym", że zostanę pozbawiona laptopa do początku kwietnia i nie będę miała jak prowadzić Narkotyka. Jednak ten okres został przedłużony do końca maja :o  Ale w końcu jestem z Wami! <3


Przepraszam Was bardzo, że zaniedbałam Wasze blogi jednak nie miałam jak ich czytać... ;.; Dziękuję, że nadal wysyłałyście mi powiadomienia ^^ Postaram się nadrobić je jak najszybciej <3


Szybciutko do rozdziału... wypaliłam się? Chyba tak :o Rozdział nie wyszedł troszkę tak jak chciałam, chociaż pewne fragmenty podobają mi się, co jest dziwne c:  Mam nadzieję, że po pół roku mojej nie obecności ktoś jeszcze będzie zaglądał i czytał moje wypociny. Na razie... ściskam Was cieplutko <3



Tęskniłam! :c  <3


środa, 15 stycznia 2014

Informacja

Miśki... ♥  Nie, to nie jest nowy rozdział. Piszę w innej sprawie, która wyprowadziła mnie z równowagi. Musicie widzieć, że Narkotyk został skopiowany... Bloggerka (Anastazja Fill), jeśli można tak ją nazwać, skopiowała moje rozdziały, moją pracę. No rzesz kurde... Co to ma być?! Dziękować za komentarze i pochwały odnośnie rozdziałów, które ona nie napisała? Nonsens! Zacytuje słowa mojego znajomego: "Musisz być naprawdę zajebista jeśli ktoś kopiuje Twojego bloga!"...


Tu o to ten blog: http://ss-hg.blogspot.com/


A co jest najlepsze? Usunęła wszystkie komentarze moje, jak i dziewczyn, a teraz jej blog jest otwarty tylko dla zaproszonych czytelników! Trzymajcie mnie...


Znacie mnie, no większości z Was i wiecie, że ja tego tak nie zostawię. Po prostu nie odpuszczę w końcu jestem Jazz. Wiem, że mogę też liczyć na Waszą pomoc.





poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rozdział 40


Hermiona przycisnęła dłoń do piersi, szybko oddychając. Rozpalone policzki zaatakował chłód krążący w lochach powoli i mozolnie wyrywając na powierzchnię rzeczywistość. Poczuła, jak boleśnie zsuwa się pośladkami po kamiennych schodach, utraciwszy kontrolę nad swoim ciałem. Jęknęła cicho, zaciskając dłonie na zimnych stopniach, o mały włos nie wbijając paznokci w kamień.


Przymknęła kurczowo powieki, próbując skupić się na unormowaniu oddechu. No już Hermiono, mruknęła w myślach. Uspokój się, szeptała do siebie, nie mogąc pozwolić, aby myśli zawędrowały do serca, które biło mocno. Zbyt mocno.


Niezaprzeczalnym faktem było to, że Snape ją pocałował. Powoli. Niespiesznie. Jakby zapamiętywał tę chwilę, wyrywając ją głęboko w swojej pamięci. 


Drugą ważną kwestią było to, że się jej to podobało. Niewątpliwie sprawiło jej to radość, bo nie pozostała mu dłużna, równie ochoczo oddając tęskne pocałunki. 


Zacisnęła mocniej palce na kamiennym stopniu, powoli uchylając powieki. Jeszcze w bębenkach słyszała głos Snape’a, który był cichy i głęboki, jakby chwytał się resztek samokontroli. 


– Musisz już iść, bo naprawdę wlepię ci zaraz szlaban.


Wpatrywali się w siebie w napięciu przez dłuższą chwilę, skanując się spojrzeniem. Hermiona wycofała się powoli do tyłu, nie spuszczając z niego wzroku. Ciężko oddychał, jego postawa przypominała nieco spłoszone zwierzę, gdyż nagle zaczął odrobinę zaokrąglać barki, ostrożnie się wycofując. Jego spojrzenie pozostało mocne i dominujące. Nie pasowało ono do ciała, które ewidentnie nie wiedziało, co robi. Na jego twarzy pojawiła się maska, przypominając bezlitosnego złoczyńcę. Nieprzenikniony. Chłodny. Nieustępliwy.


Dłonią namacała klamkę i powoli ją nacisnęła. Zanim wyszła na korytarz, dostrzegła wewnętrzną walkę w spojrzeniu Snape’a. Toczył bitwę, a ona nie chciała jej przerywać. Nie mogła. Nie powiedziała ani słowa. On też się nie odezwał, gdy wycofała się na korytarz, bezgłośnie zamykając za sobą drzwi. 


Nagle poderwała się ze schodów, słysząc dobiegające z dołu głosy. Zacisnęła dłoń na barierce i niechętnie ruszyła przed siebie. Nie wiedziała jeszcze, że tej nocy sen nie przyjdzie tak lekko, na nowo przypominając jej o ustach, które dziś kosztowała.


***


Pośpiesznie przemierzała korytarze zamku, zaciskając kurczowo dłoń na pasku torby. Zaspała na śniadanie. W pośpiechu opuściła sypialnie dziewcząt, nie mogąc sobie pozwolić, aby spóźnić się na eliksiry, które na nieszczęście miały być pierwszą poniedziałkową lekcją. 


Próbowała o nim nie myśleć, ale ciemne, bezwzględne, hipnotyzujące czarne oczy, które skrycie sięgały jej ust podczas minionej nocy, w niczym nie pomagały. Przez połowę wieczoru wpatrywała się w baldachim, na nowo odtwarzając w umyśle ich zbliżenie, jakby był tuż obok niej, skrycie kradnąc pocałunki.


Zastanawiała się równie mocno nad wewnętrzną walką, którą dostrzegła w jego oczach, zanim opuściła gabinet. Zacisnęła dłonie w piąstki, prosząc Merlina, aby Snape kolejny raz się od niej nie odwrócił, aby nie ignorował jej, jak zrobił to po ich pierwszym pocałunku.


To poniesie za sobą srogie konsekwencje, usłyszała jakiś głosik w swojej głowie, gdyby tylko Snape postanowił nie traktować jej jak powietrza. Udźwigniesz odpowiedzialność?, odezwał się drugi, bardziej bezwzględny głos. Hermiona zagryzła wargę, niemal czując na języku słodką krew. Była jego pewna tak mocno, jak niczego innego na świecie. Jeśli miała upaść, to upadnie, ale wiedziała, że będzie to warte chociaż jednego skradzionego spojrzenia, jeszcze jednego tęsknego pocałunku.


Hermiona wciągnęła ze świstem powietrze, gdy na końcu korytarza spostrzegła go. Szedł prędko, a szata powiewała za nim jak skrzydła nietoperza. Dostrzegł ją, albowiem minimalnie zwolnił, nie spuszczając z niej wzroku.


Serce zabiło mocniej. Poczuła suchość w ustach. Palce jeszcze mocniej zacisnęła na pasku torby, gdy szedł prosto na nią, a uczniowie odskakiwali spod jego stóp. 


Świat zawirował boleśnie, gdy poczuła, jak czyjeś palce zacisnęły się na jej ramieniu, obracając ją. Odrobinę pociemniało przed oczami. Snape zniknął, ale za to pojawił się Harry z Ronem.


– Cześć Hermiona – powiedział Harry. – Nie było cię na śniadaniu…

– Ani wczoraj na kolacji – odezwał się Ron, którego nie widziała od niedawnej kłótni. Nieco oszołomiona Hermiona spojrzała na jednego, to na drugiego. Kątem oka widziała falujące ciemne szaty.

– Ja…

– Chciałem cię przeprosić. Nie chcę się kłócić, wiesz? Możemy przestać?

– Ron…

– Proszę. Zapomnimy o tym?

– Tak po prostu? – jęknęła skołowana.

– Ja… ja nie chcę się z tobą kłócić. Serio. Zrobiłaś to, co uważałaś za słuszne. Pewnie ja… pewnie bym postąpił tak samo – spuścił minimalnie wzrok. Spostrzegła, że jego uszy pospiesznie poczerwieniały. – Wiem, że to całkiem świeża informacja, ale pomyślałem, czy ty… czy my…

– No dajesz Ron – powiedział krzepiąco Harry.

– Co tu się dzieje? – nad nimi pojawił się Snape. Hermiona powoli uniosła na niego wzrok, lecz ten skanował ostrym, nieprzeniknionym spojrzeniem Harry’ego i Rona. Coś opadło boleśnie na dno jej żołądka. – Za pięć minut zaczynamy lekcje.

– My wiemy profesorze tylko… – odezwał się kulawo Harry.

– Czyżby pan Weasley nie mógł sobie znaleźć lepszej okazji, aby zaprosić pannę Granger na bal?


Wraz z Harrym spojrzała na niego. Jak możesz?, przemknęło, jej przez myśl, zaciskając kurczowo dłonie w piąstki. Odwróciła wzrok na Rona. Jeśli jego uszy wcześniej były czerwone, to teraz płonęły z zażenowania. Hermiona poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. Nie, nie!, jęknęła.


– Właściwie to… – odezwał się Ron.

– Ron nie tutaj – pisnęła zawstydzona. Spojrzała gniewnie na Snape’a, a ten jakby gdyby nic odwzajemnił spojrzenie. Jego wzrok był chłodny, bezwzględny, chociaż kąciki ust, zadrżały minimalnie, jakby powstrzymywał się, aby nie prychnąć śmiechem. Te same usta, które wczoraj całowała. Cholerne usta. Cholerny Snape.

– Pójdziesz ze mną na bal Hermiono? – wydusił z siebie.

– Ron ja… – dotknęła jego ramienia. – Ja…

– To nie może być aż tak trudna decyzja panno Granger.

– Profesorze Snape – syknęła, co spotkało się z pytającym spojrzeniem Harry’ego. Odwróciła się do Rona, który całkowicie już zbladł. – Ron ja… bardzo chętnie bym z tobą poszła, naprawdę, ale…

– Ale?

– Ale ktoś już mnie zaprosił – powiedziała łamiącym się głosem. –  A ja się zgodziłam.

– Tak szybko? – wydusił zdezorientowany.

– Przykro mi… naprawdę.


Ron otworzył usta, jakby chciał coś dodać, o coś dopytać, ale pokręcił głową zrezygnowany. Wycofał się, nie patrząc na nią. Jego barki opadły, policzki ponownie otoczył rumieniec, ale tym razem wstydu i upokorzenia, do którego postawił go Snape. Harry posłał jej lekki, nieco pocieszający uśmiech i ruszył za przyjacielem. Hermiona została sama, patrząc ostro na Snape’a. Otworzyła usta, aby coś powiedzieć, lecz ten okazał się szybszy.


– To przez niego płakałaś. Prawda? – zapytał z pogardą. 

– Pan… pan tak nie może – powiedziała drżącym głosem.

– Jeśli chodzi o ciebie Granger, to mogę. I zrobię wszystko, abyś była bezpieczna.


Powiedział za dużo. Zauważyła to w jego oczach. Na kilka chwil okrutna maska opadła z jego twarzy, ukazując strach i sponiewieranego przez los mężczyznę. Hermiona zadrżała. Snape obrócił się na pięcie i odszedł w pośpiechu, pozostawiając ją samą na środku opustoszałego korytarza.


Przełknęła gulę w gardle i ruszyła przed siebie. Co to do cholery było? Wyżywa się na Ronie, bo płakałam przez niego? 


Przemierzała szkolne korytarze niczym w transie, gdy poczuła, jak ktoś boleśnie na nią wpada. Upadła uderzając głową o posadzkę. Ktoś również syknął obok niej niemniej boleśnie. Hermiona dotknęła drżącą dłonią pulsującej głowy, oddychając płytko. Zamrugała kilka razy, starając się usunąć sprzed oczu zamazany obraz.


– Na Merlina Granger – usłyszała przy swoim uchu syk. 

– Malfoy – powoli spojrzała na niego, wciąż trzymając się za pulsującą głowę. – Muszę ci przypominać, że na korytarzach nie wolno biegać? 

 

Leżał obok niej na zimnej posadzce, trzymając się za bark. Spojrzał na nią oceniająco, jakby poszukiwał na jej twarzy ran czy zadrapań. Z jego gardła nie wypełzło, przepraszam ani żadne słowo, które mogłoby świadczyć, że na serio jest mu przykro. Malfoy jedynie zmrużył oczy, widząc, że wciąż trzyma się za głowę. Jego szczęka zadrżała minimalnie.


– Czy ty… 

– Zamknij się – syknęła, próbując się podnieść.

– Krwawisz? – zapytał cicho. 

– Nie... Nie wiem… 


Poczuła, jak chwyta ją za dłoń i odciąga od jej głowy. Pulsowało boleśnie. Malfoy jakby odetchnął z ulgą. Powstał z podłogi i chwycił ją pod pachę, pomagając wstać. Granger była w zbyt dużym szoku, aby jakkolwiek zareagować.


– Nie krwawisz, ale będziesz mieć sporego guza.

– A ty? – rzuciła na niego spojrzenie. – Jak twoja ręka? 

– Ah jest okay – poruszał barkiem, krzywiąc się minimalnie. – Granger, zaprowadzić cię do Skrzydła Szpitalnego?

– Nie trzeba.

– Uderzyłaś się w głowę…

– Gdybyś nie biegł i na mnie nie wpadł, nic by się nie stało – powiedziała z urazą, podnosząc z podłogi swoją torbę. Przez moment zawirowało jej przed oczyma. Zachwiała się. Malfoy raz jeszcze chwycił ją za łokieć, ale w porę się wyrwała. – Nie dotykaj mnie Malfoy – syknęła, idąc przed siebie. – Jeszcze szlamem się ubrudzisz.


Jednak ten nie odpowiedział. Szedł u jej boku, raz za razem rzucając na nią spojrzenie. Przez resztę drogi do lochów nie odezwali się słowem. Granger próbowała go jakkolwiek wyminąć, ale z nieznanych jej przyczyn cholerny Malfoy nie ustępował jej na krok. Stanęli przed pustą salą.


– Pięknie. Jesteśmy spóźnieni – jęknęła.


Malfoy zapukał, a potem otworzył przed nią drzwi. Wszyscy jak jeden mąż odwrócili się w ich stronę, patrząc na nich ciekawskim wzrokiem. Snape okrążył swoje biurko, robiąc kilka kroków naprzód. Dosięgnęła spojrzeniem Harry’ego i Rona, lecz ten drugi prędko odwrócił wzrok.


– Panna Granger – syknął Snape. – Pan Malfoy. Jesteście dziesięć minut spóźnieni.

– Proszę mi wybaczyć profesorze – odezwał się Malfoy. – To moja wina.


Snape zmrużył wściekle oczy. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się, wskazując na wolną ławkę pod ścianą.


– Siadajcie i nie róbcie zamieszania.


Oboje nawet nie zaprotestowali, zdając sobie sprawę, że muszą usiąść razem. Zdusili w sobie dumę i w ciszy, nieco ze spuszczonymi głowami zasiedli do ławki, każde odsuwając się na bezpieczną odległość w bok. Hermiona wyciągnęła z torby podręcznik, czując, jak wiele osób rzuca jej i Malfoyowi ciekawskie spojrzenie, póki nie zareagował Snape, nakazując im powrotu do czytania podręcznika.


– Strona osiemdziesiąta – usłyszała szept Harry’ego.


Poderwała głowę, uśmiechając się delikatnie w podzięce. Rzuciła krótkie spojrzenie na Rona, przyłapując, go jak obserwował ją zza ramienia. Przez moment ich spojrzenia się spotkały, lecz Ron prędko odwrócił wzrok.


Malfoy w tym czasie pochylił się nad nią, zaglądając w jej podręcznik. Sprawdził numery stron i jakby gdyby nic opadł na swoje miejsce. Hermiona zamrugała dwukrotnie. Tego już za wiele. Co jeszcze dzisiaj się wydarzy?, pomyślała z udręką, posyłając jedno, dość wymowne spojrzenie w stronę Snape’a.


Cholerny Malfoy od kilku minut kręcił się niespokojnie na krześle, co chwila, unosząc głowę i obracając się na boki. Hermiona tak była zirytowana jego zachowaniem, że zacisnęła dłonie w piąstki, ukrywając je pod ławką. Nie potrafiła się skupić. Przed oczami widziała jego, Snape’a i biednego Rona, który w okrutny sposób został potraktowany przez profesora. Gdyby nie Dumbledore i jego irracjonalny pomysł pogodzenia na siłę Gryfonów i Ślizgonów pewnie sama zaproponowałaby Ronowi, aby poszli razem na bal. Teraz musiała iść na tańce z zadufanym dupkiem, który siedział tuż obok niej.


 – Granger…


Odwróciła głowę, mrużąc niespokojnie oczy. Kiwnęła w jego stronę, patrząc ukradkiem w  stronę Snape’a, nie chcąc zostać przyłapaną, na czymkolwiek co wyprawiał Malfoy. Ostrożnie oparła się na krześle, patrząc na niego z ukosa. Ten w tym czasie podsunął w jej stronę kawałek pergaminu. Chwyciła go ostrożnie.


– Co to? – wyszeptała, a ten jedynie wzruszył ramionami.


Otworzyła karteczkę, widząc dość zgrabne pismo Malfoya. O północy w Pokoju Życzeń, przeczytała pod nosem. Zgięła kartkę i odrzuciła w jego stronę, przyciągając do siebie podręcznik. Po niedługiej chwili znów podsunął w jej stronę kartkę. Odtrąciła ją, nawet jej nie czytając. 


Przymknęła powieki, delikatnie oddychając. Wciąż czuła pulsujący ból z tyłu głowy. Ostrożnie namacała skórę, czując pod palcami guza. Syknęła delikatnie. Malfoy kolejny raz podsunął w jej stronę świstek papieru. Hermiona rzuciła na niego ostre spojrzenie, ale chwyciła go.


Spotkajmy się o północy. Musimy zabrać się za nasze zadanie, brzmiała treść. W odpowiedzi jedynie skinęła głową, nie mając najmniejszej ochoty bawić się z nim w liściki. Przez to wszystko nawet zapomniała o ich zadaniu. Pokręciła bezradnie głową, czując kolejny, przeszywający ból. Zacisnęła palce na grzbietach podręcznika. 


– Panno Granger? – odezwał się po kilku minutach Snape, dostrzegając w powietrzu dłoń.

– Czy ja… czy ja mogę wyjść na chwilę? 

– Lekcja kończy się za pół godziny – powiedział ostro. – Wytrzyma pani, cokolwiek to jest.

– Ja… ja muszę iść do Skrzydła Szpitalnego – powiedziała na wpół łamiącym się głosem.


Snape podszedł do ich ławki, patrząc na nią z góry. Zmrużył wściekle oczy, oddychając płytko. Pod maską chłodu i goryczy, kącik jego ust zadrżał niebezpiecznie. Coś opadło na dno jego żołądka, gdy zdał sobie sprawę, że dziewczyna nie próbuje się wymigać od lekcji. Była blada. Oczy mozolnie błądziły po ławce. Dłoń kurczowo podpierała głowę. Oddychała płytko. 


Czy to już?, pomyślał słabo. Czy ona umiera? Rozejrzał się po sali pełnej uczniów. Czy powinien wezwać Dumbledore'a?


– Panno Granger – pochylił się nad nią. – Co się dzieje? – zmrużył oczy.

– Słabo mi…

– Panie Malfoy – wskazał na chrześniaka dłonią. – Proszę zabrać pannę Granger do Skrzydła Szpitalnego.

– Oczywiście.


Obserwował, jak Malfoy wyprowadził z sali Granger. W głowie świtały mu najgorsze scenariusze. Spojrzał na zegar, którego wskazówki mozolnie mknęły w przód. Obrócił się za siebie, spoglądając na szepczących uczniów. Jego ostre spojrzenie zatrzymało się dłużej na bladej twarzy Pottera i Weasleya.


– Cisza – syknął, krocząc do biurka. – Wracajcie do czytania.


***


            Po zakończonych zajęciach Snape udał się do Skrzydła Szpitalnego, czując łomoczące serce. Na korytarzu tuż przed wejściem do oddziału zastał Malfoya siedzącego na krześle. Ślizgon, gdy tylko zobaczył wuja, powstał na równe nogi.     – Było tylko trzydzieści minut do końca zajęć i… – zaczął szybko wyrzucać z siebie słowa. – Jako prefekt uznałem, że powinienem zaczekać na Granger.



Snape patrzył na niego w taki sposób, jakby chciał powiedzieć, że nie interesuje go to czy wróciłby na resztę zajęć, czy postanowiłby zrobić sobie drzemkę. Zmarszczył brwi. Rzucił okiem na drzwi prowadzące do Skrzydła Szpitalnego, nim nie obdarzył Malfoya przenikliwym spojrzeniem.


– Co z Granger?

– Granger? No… 

– Draco. Mów.

– Chwilę przed wejściem do Skrzydła Granger zasłabła – Snape poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku. – Madame Pomfrey stwierdziła, że to dlatego, że uderzyła się w głowę.

– A kiedy to Granger uderzyła się w głowę? – zapytał ostro.

– Byłem spóźniony na eliksiry. Biegłem korytarzem i tam wpadłem na Granger – Malfoy spojrzał na czubki swoich butów, które okazały się wybitnie interesujące w tamtej chwili. – Ona… upadła i uderzyła się w głowę. Ja potłukłem sobie ramię – spojrzał gdzieś nad ramieniem Snape’a, unikając palącego spojrzenia wuja. – Dlatego się spóźniliśmy.

– Draco… – syknął Snape.

– Myślisz, że zrobiłem to celowo? – rzucił z urazą, jakby wuj wcale nie zamierzał mu wierzyć.


Spoglądali na siebie w absolutnej ciszy. W platynowych oczach Malfoya coś słabo zabłysło. Wyglądał, jakby był totalnie przerażony własnym wybrykiem, a z reguły zimny i bezwzględny Malfoy nie przejmował się innymi. Zwłaszcza Gryfonami. Snape wypuścił cicho powietrze z ust, starając się brzmieć spokojnie.

 

– Jak twoje ramię Draco?

– Jest w porządku.

– Czy Madame Pomfrey cię zbadała? – pokręcił przecząco głową. – Mam ją o to poprosić?

– Nie… – wciągnął ze świstem powietrze. – Jest okay. Niech zajmie się Granger. To ja… – wskazał dłonią na korytarz. 

– Idź już Draco.


Nie czekał, jak Malfoy zniknie mu z oczu. Obrócił się na pięcie i wślizgnął się do Skrzydła Szpitalnego. Jego wzrok skanował całą salę, poszukując Granger. Zatrzymał ciemne oczy w prawym rogu szpitala. Zza parawanu wyłoniła się Pomfrey, gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, kobieta uśmiechnęła się blado. Snape zacisnął dłonie w piąstki.


– Severusie – powiedziała z niemą ulgą w głosie. – Nie sądziłam, że tak prędko przyjdziesz.

– Pomfrey – lekko skinął głową. Próbował zajrzeć za parawan, ale Pomfrey zagrodziła mu drogę. Chwyciła go za łokieć, odciągając kilka metrów w bok. – Co z panną Granger?

– Na korytarzu był jeszcze młody Malfoy?

– Draco? Oczywiście, że tak. Pomfrey?

– Ja… ja nie wiem, czy nie powinnam złożyć raportu dyrektorowi.

– Jakiego raportu? – zmrużył oczy. – Co się dzieje?

– Pan Malfoy twierdził, że panna Granger upadła uderzając się w głowę.

– Powiedział mi to samo – pielęgniarka delikatnie wciągnęła powietrze.

– To nie moja sprawa, ale… mam podejrzenie, że pan Malfoy mógł zaatakować pannę Granger.

– Słucham? – jego oczy wściekle pociemniały. – Na jakiej podstawie tak uważasz? – wysyczał.

– Dobrze wiesz, że pan Malfoy i panna Granger…

– Nie znoszą siebie. Wiem o tym. Ty również. Tylko dlatego uważasz, że Malfoy byłby w stanie zaatakować pannę Granger? – prychnął z pogardą. – Zapewniam cię, Pomfrey, że tych dwoje nienawidzą siebie od pierwszego dnia szkoły. Jestem święcie przekonany, że nigdy nie załapią do siebie względną sympatią. Jednak to wcale nie znaczy, że pan Malfoy mógłby zaatakować pannę Granger. 

– Ja…

– Znam tego chłopaka od wielu lat. Nie ma znaczenia, na jakiego okrutnika Draco się kreuje, nie skrzywdziłby nawet smoka. Nadal chcesz rozmawiać z dyrektorem? 

– Severusie…

– Świetnie – niemalże klasnął w dłonie. – Wezwać go? A następnie pana Malfoya?

– Wystarczy – syknęła. – Jeśli świadczysz za tego chłopca, niech tak będzie – powiedziała cierpko.


Snape nie sądził, że kiedykolwiek będzie musiał przeprowadzać tak bezsensowną rozmowę i to jeszcze ze szkolną pielęgniarką. Dobrze znał Dracona i wiedział, że mógłby poświadczyć za niego własną krwią. Ten dzieciak nigdy nie dopuściłby do pojedynku z Granger. Zagryzł dolną wargę, czując ogarniającą go frustrację. Stracił tyle czasu na obronę chłopaka, że zapomniał, dlaczego tu tak naprawdę przyszedł. 


– Co z dziewczyną?

– Wykonałam wstępną diagnostykę – powiedziała, przybierając nieco gorzki ton. – Uderzenie głowy nie wywołało wstrząsu mózgu. Będzie przez kilka dni borykać się ze sporym siniakiem. Poza tym… – westchnęła, odgarniając kosmyk włosów za ucho. – Porównałam jej wyniki z ostatnich kilku miesięcy. Panna Granger jest niezwykle osłabiona – dodała, mrużąc brwi w zamyśle.

– Czy to… zagraża jej życiu? – zapytał, starając się brzmieć obojętnie.

– Nie, spokojnie. Podam jej serię eliksirów wzmacniających, jak tylko odzyska przytomność. Martwi mnie jedynie zachwiana morfologia. Da się to naprawić miksturami. Panna Granger ma niezwykle niski poziom żelaza, ale to też jest do unormowania.

– Rozumiem.

– Czy podczas twojej opieki nad panną Granger zauważyłeś coś niepokojącego? – zapytała, wpatrując się w jej kartę.

– Miałbym się czymś niepokoić? Panna Granger przyjmowała niezwykle silne eliksiry, które miały ją postawić na nogi po incydencie w Zakazanym Lesie – mówił tak spokojnie, jakby wymieniał ingrediencje potrzebne do uwarzenia wyjątkowo prostego eliksiru. – Udało się wyeliminować krwawe łzy bez uszczerbku na zdrowiu. Sądzę, że jedynym zmartwieniem panny Granger będzie… – zabrał z jej dłoni kartę. Spoglądał na wykresy, diagramy i wyniki z ostatnich miesięcy. Snape zmrużył oczy. – Anemia?  – Pomfrey skinęła głową.


Kobieta jeszcze coś mówiła, ale Snape już jej nie słuchał. Wyminął ją bez słowa, wchodząc niemalże za parawan. Musiał mieć pewność, że nic jej nie było, że to wszystko było jedynie niefortunnym zbiegiem okoliczności, że Granger tak naprawdę nie umiera. Myślisz, że dostaniesz sowę z wcześniejszą informacją, kiedy zacznie konać?, usłyszał wredny głosik w swojej głowie. Chwycił za biały materiał parawanu.


Granger leżała oparta na poduszkach. Była przytomna. Patrzyła prosto na niego. Poczuł, jak coś ściska go za duszę. Zastanowił się, jak długo była świadoma. Czy słyszała ich całą wymianę zdań?


– Panno Granger – odezwał się cicho. – Wystraszyła nas pani.


Nie chciał tłumaczyć się przed samym sobą, co miał na myśli, mówiąc nas. Czy chodziło mu o zaniepokojonego pod salą Malfoya? Niemalże waleczną, próbując udowodnić swojej racji Pomfrey? Przerażonego Pottera i niezwykłe bladego Weasleya? A może miał na myśli tylko siebie? Zacisnął dłonie w piąstki, nie mogąc pozwolić, aby szepty podświadomości dotarły do serca.


– Nie taki był mój cel – powiedziała słabo.

– Panno Granger – Madame Pomfrey przepchała się tuż obok Snape’a. Popchnęła dziewczynę z powrotem na poduszki, gdy ta próbowała się podnieść. Wyciągnęła różdżkę, wykonując dodatkową diagnostykę. Snape odsunął się nieco w bok, pozwalając pielęgniarce pracować. Widział jak Granger wodzie ku niemu nieco przestraszonym spojrzeniem, gdy nad jej głową wirowały magiczne spirale. – Dobrze, bardzo dobrze… – mruczała pod nosem, odczytując wyniki. – Jak się czujesz panno Granger?

– Całkiem dobrze.


Madame Pomfrey zaczęła omawiać wyniki. Wyjaśniła, co niesie za sobą głęboka anemia oraz jak mogą temu zaradzić. Przywołała do siebie serię dość silnych eliksirów, przygotowując je na metalowej tacy w równym rządku.

 

– Mniemam, że zjadłaś śniadanie? Niektóre z tych mikstur nie mogą być spożyte na pusty żołądek.

– Nie jadłam.

– Panno Granger – syknęła, kręcąc z dezaprobatą głową. – Kiedy ostatnio pani jadła?

– Ja… 

– Jadła pani wczoraj kolację?

– Nie – spojrzała na mężczyznę. Oczywiście, że nie była na kolacji. Snape wezwał ją na osiemnastą, a wcześniej spała i wypłakiwała oczy. Hermiona spuściła głowę.

– Jadłaś wczoraj obiad? – gdy Hermiona pokręciła przecząco głową, pielęgniarka pobladła. – Śniadanie? 

– Umm…

– Panno Granger! 

– Uspokój się już Pomfrey – zareagował w porę Snape. – Granger, kiedy ostatnio jadłaś porządny posiłek?

– Ostatnio jadłam kolację w sobotę i… i to wszystko – nie mogła im przecież powiedzieć, że zjadła niemal całe pudełko pralinek. Już słyszała wywód pielęgniarki, że słodycze to nie jest wartościowy posiłek, więc jedynie wzruszyła ramionami. 

– Więc sytuacja prezentuje się całkiem inaczej. Sądziłam, że wypuszczę cię przed południem, ale obawiam się, że będę musiała cię przetrzymać do wieczornej obserwacji. Zaraz przygotuję ci posiłek, przyjmiesz eliksiry i będziemy czekać dalej. Severusie wydaje mi się, że możesz już iść. 

– Powiadomię profesor McGonagall, że będziesz nieobecna podczas dalszych zajęć.

– Dziękuję profesorze – powiedziała.

– Zaraz ci coś podam do zjedzenia – rzuciła pielęgniarka, oddalając się. 


Snape spoglądał na Granger jeszcze przez chwile, nim nie zrobił kroku w tył. Nie miał żadnego powodu, aby zostać dłużej przy łóżku dziewczyny. Nie chciał, aby Pomfrey zaczęła serię wścibskich pytań, więc odwrócił się za siebie. Wciąż żyje, nic jej nie jest, usłyszał cichy głosik w swojej głowie. Jest bezpieczna, dodał.


– Profesorze Snape – usłyszał jej głos, zanim zniknął za parawanem.

– Tak?

– Malfoy… on… – spuściła wzrok na swoje dłonie. – On mi niczego nie zrobił. Słyszałam podejrzenia Madame Pomfrey. 

– Wiem o tym Granger – powiedział dość spokojnie. Nawet Granger wyglądała, jakby oskarżenia pielęgniarki były mocno wybujałe. – Odpoczywaj.


Obdarował ją ostatnim, nieco cieplejszym spojrzeniem. Zanim zniknął, kątem oka spostrzegł, jak układa głowę na poduszce, przymykając zmęczone powieki.


***


Harry wraz z Ronem pomogli przejść Hermionie przez dziurę w portrecie. Ginny, która szła na czele, krótkim machnięciem dłoni wygoniła młodszych uczniów, wylegujących się na ich kanapie.


– Pilny przypadek, no już, z drogi – zarządziła Ginny, odpychając wścibskich Gryfonów. – O tutaj – poklepała dłonią miejsce na kanapie. – Tutaj ją posadźcie.

– Nie jestem umierająca – powiedziała Hermiona, czując się skrępowana wyraźną atencją.


Z ulgą opadła na kanapę, sapiąc pod nosem. Ron, który od samego rana nie odezwał się do niej ani jednym słowem, chwycił za koc z jednego z foteli i okrył nim Hermionę, błądząc wzrokiem wokoło. Hermiona chwyciła go ostrożnie za dłoń. Dopiero na nią spojrzał ewidentnie zaskoczony jej dotykiem.


– Usiądź obok mnie, Ron – zaproponowała nieśmiało.

– Jeśli tak chcesz.


Opadł obok niej, spoglądając nieśmiało na Harry’ego i Ginny, którzy zasiedli na drugiej kanapie. Siedzieli w ciszy, która przerywana była trzaskającymi płomieniami w kominku. Ludzie zaczęli się wykruszać, powoli opuszczając Pokój Wspólny. Została ich czwórka i kilkoro pierwszorocznych pochylonych nad eksplodującym durniem. 


– Dzięki, że odebraliście mnie ze Skrzydła Szpitalnego.

– Nie ma sprawy Hermiono – uśmiechnął się Harry. – Jak się czujesz?

– Zdecydowanie lepiej – wygładziła koc na kolanach. – Dostałam końską dawkę eliksirów wzmacniających.


Znów zapadła cisza. Ron siedział nieco spięty, nerwowo wykręcając palcami. Ginny machała nogą, a Harry nieustannie poprawiał włosy, które co chwila opadały mu na czoło. Hermiona przełknęła gulę w gardle.


– Czy możemy przestać się już na siebie dąsać?

– Nie dąsamy się…

– Och Harry… – jęknęła. – Dobrze wiesz, że się dąsamy. Wczoraj powiedzieliśmy za dużo. Gdybym znała wasze stanowisko na samym początku, gdybym tylko wiedziała, że w ten sposób widzicie całą sytuację z Kevinem może wtedy… – urwała, nie potrafiąc znaleźć odpowiednich słów. – Może byśmy się nie pokłócili.

– To nie chodzi  o to, że mu pomogłaś Hermiono – spojrzała na Rona. – Zachowałaś się naprawdę odważnie. Zrobiłbym to samo na twoim miejscu, wierz mi, albo i nie. Tylko…  – rudowłosy wyprostował barki. – Baliśmy się o ciebie. Serio. To już nie były akcje, gdzie ratowaliśmy we trójkę świat. Byłaś sama, a nas nie było obok ciebie. Gdyby coś ci się stało… – Hermiona chwyciła go za dłoń.

– Już dobrze Ron…

– Tak jak powiedziałem rano… nie chcę się z tobą kłócić. Ja też nie zachowałem się właściwie. Nie powinienem na niego tak krzyczeć, a przede wszystkim nie powinienem w ten sposób odezwać się do ciebie. Przepraszam Hermiono.


Zamrugała, odpychając z kącików oczu łzy. Przybliżyła się do Rona i położyła głowę na jego barku, wsuwając dłonie pod jego ramię. Wtuliła się w niego, czując, jak Ron kilkukrotnie pogłaskał ją po głowie. Była w domu. Była bezpieczna.


Spod przymkniętych powiek dostrzegła uśmiechniętego Harry’ego. Ginny również spoglądała na nich, jakby miała zaraz uronić łzę. Hermiona chwyciła za poduszkę i rzuciła nią w przyjaciółkę, mówiąc: przestań Ginny, bo zaraz się popłaczę.


Siedzieli beztrosko, odpychając w niepamięć miniony weekend. Jakże Hermionie tego brakowało. Dopiero odzyskując spokój i harmonię zdała sobie sprawę, jak strasznie za nimi tęskniła. Eksplodujący dureń wybuchł, wypełniając Pokój Wspólny okrzykami przegranej. Hermiona zatrzęsła się odrobinę, usuwając rękawem łzę, nie pozwalając, by przyjaciele ją dostrzegli. 


– Ja nie zdawałem sobie sprawy, że tak blisko jesteście…

– Mówisz do mnie Ron? – poderwała głowę. – Przepraszam, ale na chwilę się wyłączyłam… Możesz powtórzyć?

– Mówię, że nie wiedziałem, że to było coś poważnego między wami.


Hermiona pobladła. Spojrzała na Ginny, ale ta zajęta była wyborem odpowiedniej poduszki, którą wetknie sobie pod plecy. Hermiona poczuła, jak zimne dreszcze oblały jej kręgosłup. Ramiona minimalnie zadrżały.


– O czym ty mówisz Ron? – zapytała cicho. Czy wiedzą o profesorze?, pomyślała przerażona. Czy poranne spotkanie mogło świadczyć, że coś między nami się wydarzyło? Podrapała się po karku.

 Mówię o tobie i Seamusie.

– A co z nami? – zapytała kompletnie zdezorientowana.  Sądziła, że przyjaciele już dawno pogodzili się z myślą, że zakończyła związek z Finniganem.

– Przecież to oczywiste Hermiono – Harry zabrał głos.

– Na Merlina, o czym wy mówicie? – wyprostowała barki.

– Głupi jestem, że wcześniej nawet o tym nie pomyślałem… – Ron podrapał się po zaczerwienionym policzku. – Przecież to wiadomo, że z Seamusem idziesz na bal.

– Ja… – coś opadło boleśnie na dno jej żołądka, wykręcając go na wszystkie strony. Hermiona przycisnęła dłoń do brzucha, oddychając płytko. Cholera, cholera! 


Tajemnicą nie powinno być to, że wybiera się na bal z Malfoyem. Jednak Hermiona czuła, że ta informacja nie powinna wyjść na światło dzienne do dnia balu. Czy wstydziła się tego? Czy było jej głupio? Gdy zastanowiła się nad tym nieco dłużej, nie czuła się ani głupio, ani nie była zawstydzona. Było to inne uczucie, którego nie potrafiła w tamtym momencie nazwać.


Czy Malfoy podzielił się ze Ślizgonami informacją, z kim idzie na bal? Gdyby tak było, od samego rana Hermiona czułaby na sobie spojrzenia innych, a większej atencji wśród uczniów nie zauważyła.


Naprawdę nie chciała stać w świetle reflektorów, pozwalając, aby przez najbliższe trzy tygodnie ludzie mówili o niej i o Malfoyu. Nie ukrywając, na pewno by gadali, a to nie było jej do niczego potrzebne. Im mniej zainteresowania wokół jej osoby tym lepiej. 


Z drugiej strony przecież mogłaby powiedzieć przyjaciołom, przecież to nie była taka wielka tajemnica, na pewno by zachowali względną poufność, ale Hermiona czuła, że nie ma ochoty się tymi z nikim dzielić. Nie chciała, aby czuli względem mniej współczucie, bo na pewno tak by było. Samo pójście na bal z Malfoyem było przygnębiające.


– Ja nie idę na bal z Seamusem. 

– Nie? – Harry, Ron i Ginny odezwali się jednocześnie. Hermiona wzruszyła ramionami.

– Ktoś inny mnie zaprosił.

– Kto? – zapytał Ron.

– Ja… ja nie mogę wam powiedzieć – wypaliła, czerwieniąc się po sam czubek głowy. – To jest niespodzianka.


Cudowna  niespodzianka. Nie ma co Hermiono.


Coś w spojrzeniu Ginny zabłyszczało. Otworzyła usta, jakby chciała powiedzieć, że ona chyba wie, z kim Hermiona idzie, ale gdy uniosła palec w górę, by zwrócić uwagę chłopców, ich spojrzenia się spotkały. Hermiona minimalnie, niemal niezauważalnie pokręciła głową, prosząc niemo Ginny, aby się nie odzywała. 


Ginny założyła ręce pod biustem, opadając na poduszki. Zanim odwróciła głowę w bok, wyłapała w spojrzeniu Hermiony coś, co mogłaby określić jako zakłopotanie. To nie jest profesor Snape. To skomplikowane, tak mogłoby brzmieć słowa Hermiony, gdyby tylko się odezwała.


Policzki Ginny nagle poczerwieniały. Chyba zdała sobie sprawę, jak nierozsądne mogłoby to być, dzieląc się swoim spostrzeżeniem z chłopcami. Przecież Harry i Ron nie mają pojęcia o profesorze. Wtedy to by była katastrofa.


***


Dość potężny ryk wydostał się z małego cielska Krzywołapa. Hermiona zastygła w bezruchu, trzymając dłoń kilka centymetrów nad klamką. Spojrzała zdenerwowana na kota, który wydał kolejny, głośny pomruk.


– Cicho bądź – syknęła – Głupi kot.


Lavender zaczęła kręcić się na łóżku, a Hermiona wstrzymała oddech. Stała tak przez dłuższą chwilę w ciemnej sypialni. Jedynym źródłem światła był nikły blask księżyca wpadający przez wąskie okno,  zarysowując niewyraźne kontury mebli.


Od pół godziny była gotowa do wyjścia, ale jak na złość Lavender i Parvati co chwila kręciły się po pokoju, wychodząc i wracając z łazienki. Hermiona siedziała niczym na szpilkach skryta za kotarami łóżka. Gdy usłyszała pierwsze, dość harmonijne pomruki pochrapywania współlokatorek, ostrożnie wygramoliła się z łóżka. Naprawdę nie miała najmniejszej ochoty, aby któraś z dziewczyn nakablowała na nią profesor McGonagall, że wymyka się nocą z wieży. A na pewno by tak było. Lavender szukała najmniejszego potknięcia, które mogłaby wykorzystać później przeciwko Hermionie. Wszystko po to, aby odegrać się za Seamusa.


– Ciii…


Upomniała Krzywołapa, który zaczął kręcić się wokół jej stóp. Próbowała go odepchnąć i wymknąć się z pokoju, ale na swoje nieszczęście ten mały gamoń, podążył za nią nawet na korytarz. Gdy wróciła się do sypialni, zrobił to samo, nie odstępując jej na krok. Hermiona położyła dłonie na biodrach, patrząc gniewnie na towarzysza.


– Nie możesz ze mną iść Krzywołap. Musisz tu zostać.


Napiął się i już otworzył pyszczek, aby wydobyć z siebie kolejny dziki pomruk, nim Hermiona prędko nie chwyciła go w ramiona. Spojrzała na niego z naganą.


– Dobra. Idziesz ze mną. Zachowuj się tylko.


Wymknęli się po cichu z sypialni, a następnie przeszli przez Pokój Wspólny upewniając się, że nikt niepowołany nie zaszył się nocą w salonie.


Przytulając Krzywołapa do siebie przeszli przez dziurę w portrecie. Wcześniej Hermiona rzuciła na nich zaklęcie Kameleona, aby ustrzec się przed nagannym spojrzeniem Grubej Damy, która o dziwo nie zadrżała nerwowo, gdy solidna rama jej obrazu zadrżała. Przewróciła się ona na drugi bok, pochrapując pod nosem.


Ściągnęła z nich zaklęcie Kameleona, gdy minęli pierwszy zakręt. Krzywołap niespodziewanie wyskoczył z jej ramion, sycząc na nią pośpiesznie. Hermiona pokręciła głową z dezaprobatą, uświadamiając sobie, jak bezczelny stał się ten kot. Poruszał się z gracją, a wysoko uniesiony pędzelkowaty ogon delikatnie majaczył w blasku pochodni.


Lumos.  


Hermiona raz za razem obracała się za siebie, będąc przekonaną, że słyszy jakieś głosy dochodzące z oddali. Mocniej zacisnęła palce na różdżce, błagając Merlina, aby nie wpadli na Irytka. Poltergeist na pewno postarałby się, aby obudzić cały zamek, nie pozwalając, aby ich nocna wędrówka przeszła niezauważona.


Szli dalej ostrożnie i rozważnie pokonując kolejne opustoszałe korytarze. Minęli portrety. Niektóre z nich spokojnie drzemały, a inne spoglądały na nią surowo, szepcząc pod nosem o  braku poszanowania. Hermiona opuściła niżej różdżkę, nie oślepiając czarodziei w portretach.


Krzywołap nagle zatrzymał się, Hermiona również przystanęła, płytko oddychając.


Nox – wyszeptała.


Niemalże pisnęła, gdy Krzywołap zaczął wspinać się po jej nodze, wbijając w jej udo pazury. Usadowił się w jej ramionach, chowając pyszczek w zagłębieniu jej szyi. Hermiona pogłaskała go kilkakrotnie po gęstym futrze, sama przylegając plecami do zimnej ściany. Zauważyła, nikły blask dobiegający z końca korytarza. Nie mogła tak stać, musiała iść dalej. Ktokolwiek się zbliżał, szedł w ich stronę. 


Merlin miał ją w opiece, gdy nieznajomy nagle zatrzymał się, skręcając w inny korytarz. Hermiona wypuściła prędko powietrze z płuc, niemal biegnąc przed siebie. Zatrzymała się dopiero przed ruchomymi schodami. Wybrała odpowiednie stopnie, gdy gwałtownie cała konstrukcja zadrżała, sunąc w lewo. Obróciła się za siebie, upewniając się, że nadal są sami. 


Wdrapała się na kolejne i kolejne stopnie, by w końcu znaleźć się na korytarzu na siódmym piętrze. Krzywołap w końcu wychylił łepek, miaucząc delikatnie. Pokój Życzeń znajdował się naprzeciw gobelinu z Barnabaszem Bzikiem tańczącym z trollami. Przez chwilę wpatrywała się w ruchomy gobelin, rozpamiętywając ile razy stała z nim twarzą w twarz. 


Przymknęła powieki, oddychając powoli i spokojnie. Ignorowała Krzywołapa, który zaczął się kręcić w jej ramionach. Skupiła się na swoich myślach i oczyszczeniu umysłu, aby mogła w ogóle się dostać do Pokoju Życzeń. Następnie ruszyła. Raz. Drugi. Trzeci.


Kroczyła wzdłuż ściany, myśląc tylko o jednym: Nie chcę, by ktokolwiek wiedział, że z nim pracuję. Potrzebuję bezpiecznego miejsca dla naszych spotkań.


Nie mogła się wycofać z zadania powierzonego przez Dumbledore'a. Jak bardzo tego nie chciała, musiała współpracować z Malfoyem. Im szybciej wywiążą się ze swojego zadania, tym łatwiej się od niej odczepi. W jej głowie świtała tylko jedna myśl, aby wykonać zadanie i więcej nie zbliżyć się do Malfoya. 


Ściana drgnęła. Hermiona obróciła się za siebie. Na chropowatej ścianie zaczęły wyłaniać się mosiężne okucia. Zrobiła krok w tył, patrząc z zapartym tchem na ogromne drzwi, które pojawiły się na pustej ścianie. Ostatni raz pogłaskała Krzywołapa i położyła dłoń na klamce. Nie było odwrotu. Miała tylko nadzieję, że będzie pierwsza w Pokoju Życzeń. Pełna nadziei weszła do środka.


Przełknęła gulę w gardle, zdając sobie sprawę, że Pokój Życzeń nie wyglądał wcale tak, jak sobie wyobraziła. Nie było miękkiego perskiego dywanu. Nie było wygodnej kanapy ani półki z książkami. Nie było niczego co, mogłaby określić namiastką ciepła i komfortu.


Przed nią stały dwa fotele w szmaragdowym kolorze. Okute solidnym materiałem, przepasany srebrną nicią. Odsunięte od siebie były na dość sporą odległość, a pomiędzy nimi był mały stolik. Prosty, minimalistyczny. Nie można zaprzeczyć, że był elegancki. Ściany były ciemne, sprawiając, że Pokój Życzeń skurczył się do niemałych rozmiarów. Hermiona poczuła się niekomfortowo. Za czasów, gdy Pokój Życzeń służył im do spotkań Gwardii Dumbledore'a, było pełno luster, ogrom przestrzeni i światła.


Przekrzywiła głowę w bok. Sufit nagle rozświetlił się gwiazdami, imitując sklepienie w Wielkiej Sali. Ten, kto zaprojektował pokój, chciał mieć poczucie kontroli, indywidualności oraz izolacji. A to na pewno nie była Hermiona.


– Spóźniłaś się.


Spojrzała w bok, skąd dochodził dźwięk. Z ciemności wyłonił się Malfoy, podciągając rękawy ciemnego swetra. Jego postawa była nieprzenikniona, pełna tajemniczości i wyższości.


– Nie tak łatwo było się tutaj dostać – stwierdziła. – Prawie na kogoś wpadłam.

– Filch kręci się po korytarzach. Dwa razy się na niego natknąłem. Kto to jest? – podszedł bliżej, wskazując palcem na coś, co trzymała w dłoniach. Hermiona całkowicie zapomniała o Krzywołapie, który spoglądał nieśmiało w stronę Malfoya.

– Ach… Krzywołap – westchnęła. – Mój kot. Krzywołap to jest Malfoy, Malfoy to jest Krzywołap.


Na twarzy Malfoya ukazało się coś, co mogłaby opisać jako imitacja uśmiechu. Podrapał się po głowie lekko zbity z tropu. Nie odpowiedział na powitanie. Zmrużył oczy, raz jeszcze wskazując na kota palcem.


– Ma wściekliznę?

– Sam masz wściekliznę Malfoy – odpyskowała, stawiając Krzywołapa na podłodze.


Odnajdując w sobie odwagę, Krzywołap ruszył w stronę Malfoya. Ten wyglądał, jakby został spetryfikowany. Nie poruszył się, tylko obserwował, jak kot kręci się wokół jego stóp. Hermiona spostrzegła, że dłoń Malfoya drgnęła, gdy Krzywołap zaczął go niuchać. Spoglądał na nią spod platynowych włosów, które opadły mu na czoło. Nie doszukała się niczego w zimnych, stalowych oczach. Malfoy boi się kotów?, pomyślała, widząc jego niecodzienną reakcję. Krzywołap był co prawda większy niż domowy kot, ale odbiegał rozmiarem od psa obronnego, którego Malfoy mógł mieć powody, aby się obawiać. 


Krzywołap dał sobie spokój z Malfoyem i podbiegł pod fotele, wskakując na jeden z nich. Malfoy również ruszył w ich stronę, patrząc z rezerwą tolerancji na miejsce, które zajął Krzywołap. Jego mina świadczyła coś, co mogłaby określić jako: to miał być mój fotel. Wzruszył ramionami i zajął drugie siedzisko.


Wciąż czując się niepewnie w stworzonym przez Malfoya pokoju, ruszyła przed siebie. Czarne ściany niemal przytłoczyły, posadzka w kolorze ciemnego drewna nie dodała uroku. Hermiona miała poczucie, jakby wchodziła na deski teatru a ona i Malfoy byli aktorami. Na swoją nieco zuchwałą myśl obróciła się za siebie, poszukując widowni. Nie dostrzegła niczego ani nikogo w ciemnych kątach pokoju.


– Jesteśmy sami – powiedział bez wyrazu Malfoy.


Krzywołap podniósł się z fotela, robiąc jej miejsce, a gdy je zajęła, wskoczył na jej kolana, usadawiając się tak, że miał doskonały widok na Malfoya. Ślizgon przełknął gulę w gardle, unikając jego spojrzenia.


– Byłem pewny, że nie przyjdziesz.

– Na prawdę? Sądziłeś, że stchórzyłam? – uniosła brew ku górze. – Nie boję się ciebie Malfoy.

– A jednak przyszłaś z kotem obronnym.

– Nie planowałam go zabrać – pogłaskała go po gęstym futrze. 

– Byłem pewny, że nadal jesteś w Skrzydle Szpitalnym. Nie było cię na kolacji.


Hermiona spojrzała na niego nieco zaskoczona. Nie wiedziała, czy usłyszała w głosie Malfoya zalążek strachu, czy być może było to czyste stwierdzenie faktu. Przełknęła gulę w gardle. Nie po to tu przyszła, aby studiować psychikę Malfoya. Sam pokój stworzony przez niego wiele o nim zdradzał. Już dawno wiedziała, że Malfoy był chłodny, zdystansowany, że uwielbiał mieć poczucie kontroli i wyższości. Pokój tylko to potwierdził. Zawiesiła spojrzenie na rozgwieżdżonym sklepieniu. Spokojne, harmonijne, majestatyczne. Gdzieś spadła gwiazda, a gdzieś zawieruszyła się kępka chmur, zakrywając księżyc. Spojrzała ponownie na Malfoya.


– Uruchomiłem kontakty.

– Uruchomiłeś kontakty? – zapytała, powstrzymując śmiech. Zabrzmiało to tak zabawnie, jakby Malfoy był co najmniej wysoko postawionym urzędnikiem mający dostęp do największych szych w magicznym świecie. Spojrzał na nią zbity z tropu. 

– Malfoyowie są wpływowi – stwierdził chłodno.


No tak, zgodziła się niemo. Malfoy to nie tylko Draco, ale także Lucjusz i Narcyza. I choć mieli inne poglądy w magicznym świecie, które były sprzeczne z wyznawanymi przez Hermionę, nie można było zaprzeczyć, że mieli oni władzę i względny respekt. A Hermiona? Kojarzona była jako Ta-Od-Pottera. Gdyby nie Harry i Ron, byłaby jedną z wielu czarownic mugolskiego pochodzenia, której imienia nikt by nie znał. Zdusiła w sobie paskudne uczucie goryczy i ugryzła się w język, zanim odpowiedziała coś wrednego. Chciała mieć to zadanie za sobą. Chciała odczepić się od Malfoya. Nawet jeśli oznaczała to, że to właśnie on przejmie kontrolę nad ich zadaniem, a ona stanie w jego cieniu.


– Dowiedziałem się, że Myron Wagtail będzie niedługo w Hogsmeade.

– Skądś kojarzę to nazwisko… – mruknęła bardziej do siebie niż do niego. – Czekaj… czy to jest wokalista Fatalnych Jędz?

– Dokładnie ten sam – odpowiedział, a w jego oczach zawieruszyły się iskierki triumfu. – Załatwię nam spotkanie – stwierdził.

– Jesteś niemożliwy Malfoy – stwierdziła, kręcąc głową. Dostrzegł na jej ustach delikatny, nieco nieśmiały uśmiech. Wyprostował barki, patrząc na nią uważnie.

– Dlaczego?

– Powiedziałeś to tak spokojnie, jakby umówienie spotkania z wokalistą jednego z najbardziej rozpoznawalnych zespołów w Anglii było dla ciebie drobnostką.

– Bo jest – powiedział typowym dla siebie zimnym głosem. – Mówiłem ci już, Malfoyowie są wpływowi. Dam ci znać, jak czegoś się dowiem.


Siedzieli w ciszy, każde spoglądając w innym kierunku. Malfoy uważnie studiował Krzywołapa, Krzywołap spoglądał na Malfoya, a Granger wpatrywała się w rozgwieżdżone niebo. Nagle przyszła do jej głowy pewna myśl. Spojrzała na Malfoya w tym samym momencie, gdy on zerknął na nią. Przełknęła gulę w gardle. W dalszym ciągu czuła się niekomfortowo w towarzystwie Malfoya, a pokój o ciemnych i depresyjnych barwach niczego nie ułatwiał.


– Malfoy czy ktoś wie, z kim idziesz na bal?

– Nie. Potter i Weasley wiedzą?

– Nie.

– Cóż nie ma czym się chwalić, co nie? – rzucił wrednie. 

– Ślizgoni nie dopytywali? – zapytała, udając znudzenie, jakby ta informacja wcale jej nie interesowała.

– Pytali.

– A co im odpowiedziałeś?

– Że to nie ich interes.


To byłoby na tyle, pomyślała. Krzywołap zeskoczył z jej kolan. Granger obejrzała się za siebie, jakby sprawdzała, czy niczego nie zapomniała. Różdżka była za paskiem spodni. Krzywołap krążył po pokoju. Wygładziła jeansy i spojrzała na Malfoya ostatni raz. Patrzył na nią w zamyśleniu, podpierając brodę dłonią. Załatwili, co mieli załatwić. Wszystko ustalone. Nie miała powodu, aby zostać dłużej w towarzystwie Malfoya. Skierowała się do wyjścia, gdy niespodziewanie doleciał do niej cichy głos.


– Bal to tańce – powoli obróciła się w stronę Malfoya. Stał kilka metrów za nią. Dłonie miał opuszczone wzdłuż ciała, a jego nieprzeniknione oczy błysnęły. – Mniemam, że potrafisz tańczyć?

– Ruszam się lepiej niż Pansy Parkinson – Malfoy na wspomnienie Ślizgonki, omalże nie zakrztusił się śmiechem. Chrząknął kilkukrotnie, przywołując się do porządku.

– To się jeszcze okaże. Szykuj się.

– Teraz? – zapytała zaskoczona.

– Tak. Teraz. Bal jest za trzy tygodnie. Nie mam zamiaru stać się pośmiewiskiem, bo ty Granger nie potrafisz się ruszać.


Hermiona wykrzywiła usta urażona. Co prawda nie była zawodową tancerką, ale wierzyła, że podczas Balu Bożonarodzeniowego dość przyzwoicie poruszała się z Wiktorem Krumem. Założyła ręce pod biustem, spoglądając buntowniczo na Malfoya.


 – Profesor McGonagall jest pewna, że tańczyć potrafimy. Bal rozpoczynamy dokładnie tym samym układem, który był podczas Turnieju. Nic skomplikowanego. Podejdź Granger – powiedział niemalże władczym tonem.


Stolik, który był dotychczas pusty, lekko się ugiął pod ciężarem radia, które pojawiło się znikąd. Malfoy machnął na nie różdżką, a Pokój Życzeń przecięła irytująca fala. W końcu trafił on na stację z wyjątkowo powolną i ckliwą melodią, która mogła imitować rozpoczęcie balu. Zbliżyła się do niego ostrożnie, kątem oka widząc krążącego wokół nich Krzywołapa.


– To walc – powiedział, przybierając odpowiednią postawę. – Wolny.

– Wiem.

– Granger to przestań wyglądać, jakbyś miała zaraz stąd uciec – burknął. – Podejdź.


Hermiona zacisnęła dłonie w piąstki i zbliżyła się do niego. Cóż zdecydowanie za blisko, jak na ich relację, a za daleko, aby mogli w ogóle rozpocząć próbę. Malfoy uniósł brew ku górze, wyglądając zupełnie, jak profesor Snape.


– Podejdź bliżej.

– Jestem blisko.

– Jeszcze – odpowiedział lekko poirytowany. Nie drgnęła. Malfoy musiał zauważyć brak ufności z jej strony. Nie spuszczając z niej wzroku, sam się zbliżył. Blisko, zbyt blisko, pomyślała przerażona. Chociaż wiedziała, że to, co mieli zaraz zrobić, można było w ogóle nazwać tańcem, między nimi nie powinien mieścić się sporej wielkości fotel. Kątem oka rzuciła spojrzenie na wyczarowane szmaragdowe siedzisko. Cóż ten pasowałby idealnie, dodała posępnie.


Malfoy uniósł swoją dłoń w górę, czekając na jej ruch. Hermiona odnotowała to w pamięci, że dał jej czas do namysłu i być może podjęcia decyzji. W końcu wsunęła ostrożnie swoją dłoń w jego. Ścisnął ją ostrożnie. Nie tak jakby miał połamać jej zaraz palce, ale stanowczo i dominująco, aby pokazać, że to on będzie prowadzić. Przeniosła spojrzenie z ich splecionych dłoni na jego twarz. Chłodne spojrzenie nie zdradzało za wiele. 


Spięła się, gdy jego dłoń ułożyła się na jej łopatce. Poszła za jego przykładem i ułożyła dłoń na jego ramieniu. Usłyszała prychnięcie.


– Za wysoko – powiedział. – Nie jestem poręczą – posłusznie opuściła lekko dłoń. – Lepiej – dodał. – Nie stój krzywo Granger. Wyprostuj się.

– Jestem wyprostowana – powiedziała urażona, poprawiając barki.

– Oddychaj.

– Oddycham.

– Wstrzymujesz powietrze – rzucił. Jego głos był suchy, nieprzenikniony. – Granger, rozluźnij się na Merlina. Czuję się, jakbym trzymał posag.


Hermiona ugryzła się w język, aby nie powiedzieć czegoś wrednego. W jednej chwili zwyzywała dyrektora za irracjonalny pomysł organizacji balu. Potem przeklęła tego samego dyrektora za to, że zmusił ją i Malfoya do wspólnego wywiązania się z zadania. Następnie znienawidziła taniec, ale nie w sam sobie, bo wcale jej nie uraził, ale znienawidziła go za to, że musiała tańczyć go z nim – z  Draconem Malfoyem, który zachowywał się, jakby był co najmniej wieloletnim tancerzem. A to absolutnie się jej nie podobało, bo oznaczało jedno, że Malfoy mógł być w czymś od niej lepszy. 


– Ja prowadzę – powiedział.

– Widzę, że to twoja ulubiona część.

– Skup się Granger – syknął cicho. Na jeden – ja w przód ty w tył. Na dwa – bok. – Na trzy domknięcie. Ruszył bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Hermiona spóźniła się. – Za wolno.

– Mogłeś mnie ostrzec – powiedziała urażona.

– Gdybym cię ostrzegł, nigdy byśmy nie zaczęli – powiedział cicho. – Granger patrz na mnie. Nie pod nogi. Na mnie. To ja prowadzę.


Hermiona przełknęła gulę w gardle. Taniec może mogłaby jeszcze jakoś znieść, ale kontakt wzrokowy z Draconem Malfoyem zdecydowanie ją przerastał. Niepewnie podniosła na niego wzrok. Chciała patrzeć wszędzie, tylko nie w zimne, stalowe oczy. Mogła zatrzymać spojrzenie nawet na jego nosie, czy platynowych włosach, ale nie – miała spoglądać w cholerne, zimne oczy. Powietrze zgęstniało, gdy odwdzięczył się jej nieprzeniknionym, dość ciężkim spojrzeniem.


Spróbowali raz jeszcze. Malfoy zatrzymał się niemal od razu, gdy Granger musnęła jego but. Spojrzał na nią dość chłodno, ale bez słowa poprowadził ich kolejny raz. Jej wzrok co chwila uciekał do ich stóp. Liczyła kroki, analizowała i gdy już była pewna, że był to idealny moment na następną figurę, wpadła na niego, niemalże stukając się nosami. Malfoy zrobił formalny krok w tył.


– Przestań analizować Granger – powiedział cicho. – Nie patrz pod nogi.

– Jak mam nie patrzeć pod nogi? Muszę wiedzieć, kiedy mam nimi poruszyć – powiedziała urażona, zakładając ręce pod biustem. Malfoy złapał się za nasadę nosa. Wziął kilka spokojnych wdechów i wydechów. W następnej chwili machnął różdżką na magiczne radio. Ckliwa muzyka przestała grać. Było cicho, zbyt cicho.

– Nie, nie, nie. To nie działa. Wystarczy.

– Kończymy na dziś? – zapytała z nadzieją. Malfoy obdarzył ją przenikliwym spojrzeniem.

– Nie – odpowiedział cicho. – Zmieniam taktykę. To – wskazał dłonią na przestrzeń między nimi. – To nie jest taniec. To istny chaos.

– Nie sądziłam, że będzie idealnie za pierwszym razem – rzuciła sztywno.

– Nawet nie jest blisko ideału – poprawił ją. – Za dużo myślisz i analizujesz Granger. 

– Co proponujesz? – zdusiła w sobie dumę. Cóż to ona cały czas niszczy ich układ, nawet jeśli nie robiła tego świadomie. Zerknęła na Krzywołapa, który zasnął na jednym z foteli. Bynajmniej jemu oszczędzi tego pośmiewiska.

– Będziemy liczyć.

– Liczyć? – zapytała zdumiona. – Ale co liczyć?

– Rytm Granger. Bez muzyki. Bez rozpraszania. Same podstawy, bo inaczej nie ruszymy dalej – ponownie ustawił się naprzeciwko niej. Nie uniósł dłoni, lecz zawiesił na niej spojrzenie. – Posłuchaj mnie uważnie – rzucił. – Ruszasz się, kiedy ja mówię raz. Nie, kiedy ty uważasz, że powinnaś ruszyć.

– Na raz?

– Tak. Na raz. Dwa i trzy są dla ciebie wskazówką, nie sygnałem.

– Idiotyzm – rzuciła poirytowana. – To bez sensu.

– Granger – mruknął cicho. – Jest już po pierwszej w nocy. Nie mam zamiaru siedzieć z tobą tutaj do rana i udowadniać ci moją rację, że liczenie zadziała. Zrób coś wbrew sobie i…

– I co?

– I zaufaj mi.


Hermiona zacisnęła usta w wąską linię. Chciała rzucić, że nigdy mu nie zaufa, chciała wytknąć mu, że jest dupkiem, że jest taki, siaki i owaki. Niespodziewanie zdała sobie sprawę, że odkąd pojawiła się w Pokoju Życzeń, nie zrobił ani nie powiedział niczego, co mogłoby sprawić, że przyznałaby mu odznakę: Dupek Nr 1 na świecie. Hermiona zagryzła wargę, czując na języku słodką krew.


– Dobrze – powiedziała gorzko. – Spróbujmy.


Uniósł swoją dłoń w górę. Hermiona położyła swoją dłoń w jego, a Malfoy przymknął palce, jak zrobił to wcześniej. Ponownie lekko ścisnął jej dłoń. Znów bez chęci łamania palców, lecz ukazując, że to on prowadzi, mając nad nią kontrolę. Ułożył dłoń na jej plecach, a miejsce, w którym jej dotykał, niemal paliło skórę. Hermiona położyła swoją dłoń na jego ramieniu nieco niżej niż wcześniej. Malfoy skinął głową.


– Zaczynamy. Raz.


Hermiona obudziła się z transu. Zawahała się o sekundę za długo. Malfoy pokręcił głową, zatrzymując ich. Uniósł raz jeszcze ich dłonie, patrząc na nią uważnie.


– Raz jeszcze – powiedziała, próbując zdusić w sobie dumę.

Raz.


Zaryzykowała. Zrobiła to bez wcześniejszej analizy, bez liczenia kroków. Czuła, jak Malfoy delikatnie ściska jej dłoń, jakby sygnalizował jej następny krok. Było to o dziwo pomocne.


Dwa – niemal wyszeptał. – Trzy.


Nie wpadli na siebie. Zachowali względną ostrożność. Hermiona nie podeptała butów Malfoya ani nie stuknęła jego ramienia. Zarumieniła się odrobinę, zdając sobie sprawę, że to jakkolwiek zadziałało. Zdusiła w sobie myśl, że w dalszym ciągu był to pomysł Malfoya. A zwykle wszechwiedząca Granger, nie chciała przyznać, że ktoś inny mógł mieć w czymś rację.


– Lepiej – powiedział bez cienia sarkazmu. – Masz dwie lewe nogi, ale coś da się z tobą zrobić.

– Pocieszające.

– Nie takie miało być – rzucił. – Raz jeszcze. Granger nie poprawiaj niczego w trakcie.

– Próbuje tylko nadążyć.

– Twoim zadaniem jest znalezienie poczucia rytmu. Nie musisz za mną nadążać – spojrzał na nią intensywnie. – To ja nadaję tempo. Ty masz je tylko przyjąć. Raz jeszcze. Szykuj się. Raz.


Ruszyli. Nie idealnie, ale względnie płynnie. Wykonała krok, który jej zdaniem był nie do końca poprawny, ale pozwoliła mu się wydarzyć. Malfoy zaakceptował jej wyczyn, bo nie zatrzymał ich, dalej prowadząc. Patrzyli na siebie w skupieniu, a jej wzrok co jakiś czas uciekał do ust Malfoya. Dwa. Trzy.


– Nie zatrzymuj się teraz Granger – rzucił cicho, wyczuwając niemały opór. – Nawet jeśli czujesz, że coś jest nie tak.

– A jest? – zapytała spanikowana. Zauważyła swój pierwszy błąd, ale czy w międzyczasie było ich więcej? Poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach. 

– Nie myśl o tym. Ja to koryguję.


Jesteś dość rzeczowy Malfoy, pomyślała, zdając sobie sprawę, że konsekwentnie podchodził do ich zadania. 


– Jeszcze jedno – usłyszała jego głos. – Obrót.

– Teraz? – zmarszczyła brwi, lekko spinając ramiona.

– Tak. Na trzy. Nie przyspieszaj Granger – syknął. – Ja prowadzę. Raz. Dwa. Trzy.


Cóż nie był to hiperpoprawny obrót, ale musiał stosunkowo zadowolić Malfoya. Przystanął, kończąc układ. Wykonał krok w tył, co Hermiona odnotowała w pamięci, jako budowanie dystansu, który taniec go nadwerężył. 


Malfoy przeczesał włosy, spoglądając na Hermionę. Otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale zacisnął je w wąską linię. Poprawił rękawy swetra i uciekł wzrokiem, gdzieś dalej, gdzieś gdzie Granger by go nie dosięgła. Hermiona uznała to za koniec tortur, bo również zrobiła krok w tył, odchodząc do śpiącego Krzywołapa. Poczuła, jakby nagle zrobiło się nieco dziwnie, nieco niezręcznie pomiędzy nimi. Przełknęła gulę w gardle, uspokajając rozpędzony oddech. Kątem oka dostrzegła postawną sylwetkę Malfoya. Wyglądał, jakby kompletnie się nie zmęczył ich próbą, czego nie można powiedzieć o Hermionie. Otarła kropelki potu z czoła.


– Było dość znośnie – usłyszała kulawą pochwałę Malfoya. Hermiona lekko skinęła głową. – Jutro o tej samej porze?

– Tak – zgodziła się bez zawahania. Malfoy lekko wyprostował barki, wcisnął dłonie w kieszenie spodni i nałożył na siebie maskę obojętności. Jego oczy stały się ponowne zimne i bez grama ciepła.

– Malfoy? – zerknął na nią przez ramię, trzymając dłoń na klamce. – Dzięki, że zabrałeś mnie dzisiaj do Skrzydła Szpitalnego.


Nie odpowiedział. Lekko niemal niezauważalnie skinął głową, po czym wyszedł, zostawiając ją samą w stworzonym przez siebie pokoju. Hermiona uklękła przy fotelu, na którym spokojnie drzemał Krzywołap, głaskając go po gęstym futrze. Jej myśli mimowolnie powędrowały do chłopaka o platynowych włosach. Coś w jej umyśle zaświtało nieprzyjemnie, powodując ostre kłucie w żołądku. Jak bardzo nie chciała dopuszczać tej myśli do siebie, jak bardzo nie chciała się jej poddać, coś szeptało jej, że obaliła z Malfoyem dzielący ich mur. 


Hermiona nie zdawała sobie jeszcze sprawy, że Malfoy gorączkowo myślał o tym samym, pośpiesznie przemierzając ciemne korytarze zamku.







~*~


Czarownice i Czarodzieje! ⚡ Przybywam do Was z nowym 40 rozdziałem! Uwierzycie, że Narkotyk już niedługo będzie mieć pierwsze urodziny? Jak ten czas pędzi 🤗 Co myślisz o nowym rozdziale? Podziel się swoją opinią w komentarzu, będzie mi bardzo miło🌸 Kolejny rozdział przewiduję już niedługo, także uważnie wyczekujecie sowy. Do usłyszenia! Całuję, Jazz ❤

P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.