Google+ Followers

wtorek, 27 sierpnia 2013

Rozdział 35

UWAGA ROZDZIAŁ ZAWIERA TREŚCI +18

Dziewczyna z kasztanową czupryną na głowie przeciągnęła się mocno, mrucząc tym samym słodko pod nosem. Uchyliła jedno oko, potem drugie i stwierdziła, że wciąż jest noc. W ciemności namacała swoją różdżkę i szepnęła zaklęcie, wywołujące małe, białe światełko. Przetarła dłonią oczy i poszła do kuchni po szklankę wody. Wracając, usłyszała siarczyste przekleństwo dochodzące z gabinetu jej profesora. Nie wiele myśląc, cicho podeszła do drzwi, po drodze gasząc światło. Lekko je uchyliła...

- Wiem, że tam jesteś, Granger – usłyszała lodowaty głos nauczyciela, a po chwili drzwi otworzyły się na oścież.
- Nie mogę spać – zamrugała kilka razy, przyzwyczajając się do jasności, po czym bez pozwolenia weszła do środka i stanęła pod ścianą, obserwując nauczyciela.
- Pozwoliłem ci wejść? - warknął nad kociołkiem. Jego ziemista dłoń poruszała chochlą pod odpowiednim kątem, a każdy ruch nadgarstka był przemyślany.
- Co pan robi?
- Nie odpowiedziałaś na pytanie.
- Sama sobie pozwoliłam – po czym prawie wsadziła głowę do kociołka. - To eliksir na moje łzy?
- Tak!
- Ładnie pachnie.
- Nie zaśniesz już?
- Raczej nie – powiedziała, udając skruchę i stanęła przy jego boku, uważnie obserwując pracę profesora.
- W takim razie przydasz się do pomocy – dziewczynie oczy powiększyły się do rozmiarów galeonów. On Severus Tobiasz Snape, naczelny postrach Hogwartu, wyrośnięty nietoperz, poprosił Pannę-Wiem-To-Wszystko-I-Jeszcze-Więcej o pomoc! Merlinie uwierzyłbyś?
- Coś podać? Pokroić? Posiekać? Odkręcić? Zakręcić? Albo przynieść?
- Zamknij się, Granger! - warknął poirytowany. - Niczego. Nie. Dotykaj! - powiedział przez zaciśnięte zęby, kiedy ręka Gryfonki sięgała po fiolkę, by zerknąć z ciekawości, jaką skrywa tajemnice.
- Przepraszam...
- Daj mi ten zielony słoik – zmniejszył płomień, wziął od dziewczyny daną rzecz i dodał nieznane jej liście do wywaru.
- Zmienił kolor!
- Naprawdę?
- Nie widział pan? - spytała wpatrując się w bulgoczącą w kociołku ciecz.
- Widziałem, Granger! - warknął.
- Och... - Snape ściągnął kociołek z płomienia i zabezpieczył go zaklęciem. - Posprzątać?
- Poukładaj to ostrożnie na tamtej półc... Granger! Ty idiotko! - krzyknął, opluwając się jadem.
- Ja nie chciałam... - powiedziała cicho, kiedy jedna z fiolek wyślizgnęła się jej z rąk, a cała zawartość poleciała wprost na czarną szatę Mistrza Eliksirów. Nie wiedząc co robi, złapała szybko jakąś szmatkę, usilnie próbując wytrzeć fioletową maź z szaty profesora. Ze swoim firmowym uśmieszkiem wpatrywał się w kasztanową czuprynę koło niego.
- Co ty wyprawiasz?! - warknął wstrząśnięty, kiedy młoda kobieta zaczęła rozpinać jego surdut.
- Zapiorę tę plamę... Inaczej będz...
- Pomóc? - jego głos podziałał, jak wiadro zimnej wody. Spojrzała na niego zdumiona i głośno przełknęła. Złapał ją za dłonie, odsuwając od siebie, po czym patrząc prosto w jej czekoladowe oczy, zaczął odpinać surdut.
- Merlinie... - jęknęła, widząc, że zrzuca na podłogę czarną szatę. Stał przed nią z włosami opadającymi na twarz, w czarnych spodniach i białej koszuli, na której plama zostawiła lekki ślad.
- Wystarczy profesorze – posłał jej złośliwy uśmieszek i złapał za guziczki białej koszuli, obserwując jej twarz. Dziewczyna poczuła dreszcze na całym ciele, a jej oczy pożerały go całego.
- Mrr... - wymruczała, a to zadziałało na niego natychmiastowo. Zrzucił z ramion koszulę, pokazując jej od pasa w górę nagi tors, na którym widniało wiele blizn.

Dziewczyna zbliżyła się do niego i położyła mu dłoń na bladej klatce piersiowej, delikatnie ją głaszcząc. On, pod dotykiem jej smukłych palców, westchnął cicho z tej miłej pieszczoty. Odgarnął jej włosy i pocałował w szyję, nie będąc dłużny. Dziewczyna zaryzykowała... albo teraz albo nigdy. Złapała profesora za szyję, stanęła na palcach i wbiła się w jego zimne usta, których od dawna pragnęła. Snape'a nagła zmianą postawy Gryfonki zdziwiła, uśmiechnął się wrednie i złapał ją za pośladki, a ona z cichym chichotem zaplątała nogi wokół  jego bioder. Mężczyzna z nią na sobie poszedł do ściany, a młoda czarownica z cichym echem uderzyła plecami o ścianę. Zirytowana, a jednocześnie pobudzona tą zmienioną pozycją, językiem oblizała jego wargi. Severus uchylił je, dając jej wstęp, po czym ich języki zaczęły namiętny, gorący taniec przeobrażający się w grę o dominację. Przez jej ciało przeszedł dreszcz ekstazy, kiedy poczuła na brzuchu zimną dłoń mężczyzny. W niepamięć poszedł pocałunek, a ona skupiła się na dalszych działaniach Severusa, które zakończyły się jękami rozkoszy, wychodzącymi z jej ust, kiedy jedna z jego dłoni znalazła się na jej piersi. Mruknęła i poczuła delikatnie ruchy ręką na jej kobiecych atutach, a usta partnera namiętnie składały pocałunki z jej szyi. Odchyliła głowę w tył, dając mu lepszy dostęp dla tej słodkiej pieszczoty.

Severus wdychał jej zapach, przypominający stare księgi i kokos. Zaprzestał wszystkich działań, kiedy poczuł kruchutką dłoń badającą przez spodnie jego, gotową do wszystkich zadań, męskość. Spojrzał półprzytomnym wzrokiem na pannę Granger, która z iście ślizgońskim uśmieszkiem wsunęła mu dłoń za spodnie, a potem wprost za bokserki. Jęknął, gdy poczuł tam ciepły dotyk, a ona z lekkim rozbawieniem wpatrywała się w jego oczy, po czym skradła mu słodki, niewinny pocałunek.

- Gr... Granger – westchnął.
- Coś nie tak, profesorze? - zapytała udając niewiniątko, jednocześnie bardziej się tam bawiąc, rozpalając i czując jego nabrzmiałą męskość w dłoni.
- Syp...
- Nie dojdziemy.
- Salon. Natychmiast! - po czym od razu z kobietą owiniętą wokół bioder, doszedł do wyznaczonego miejsca i delikatnie położył ją na dużym, zielonym dywanie. Machnął różdżką, a kominek przed nimi zapłonął, oświetlając sylwetki dwójki czarodziejów.
- Romantycznie...
- Ujdzie – poczuł, jak dłoń młodej czarownicy znajduje się na jego torsie, a on po chwili pada na dywan, obserwując, jak Hermiona siada na nim okrakiem z figlarnym uśmieszkiem. Uśmiechnął się pod nosem, oglądając, jak czarownica ściągnęła górę od piżamy i po chwili mógł zobaczyć jej piękne, młode, nagie piersi. Z ust kobiety wydał się głośny jęk rozkoszy, gdy jego zimne dłonie znalazły się na jej półkulach, ugniatając i masując delikatnie, sprawiając jej radość. Uśmiechnęła się kusząco, lekko się unosząc i zsunęła z siebie dolną część piżamy. Mógł podziwiać jej ciało, które miało zaraz się złączyć z jego w... jedność.
- Och...! - pisnęła, kiedy złapał ją w tali. Po chwili on górował, ściągając spodnie i bokserki, by wydostać do walki swoją męskość. Widok ten sprawił, że Hermiona się zarumieniła jak piwonia. Pochylił się i delikatnie ją pocałował.
- Jesteś pewna, że tego chcesz?
- T-tak... - westchnęła.
- Robiłaś to?
- Ja...
- Robiłaś?
- To znaczy...
- Jesteś dziewicą? - na te słowa, odwróciła wzrok i cicho mruknęła potwierdzając jego słowa. Delikatnie złapał ją za brodę i nakazał, by spojrzała na niego. - Nie wstydź się tego. Ja jestem dumny.
- Z czego?
- Że będę tą osobą, z którą przeżyjesz swój pierwszy raz.
- Na prawdę?
- Oczywiście i obiecuję, że zrobię to tak, byś poczuła jak najmniej bólu, tylko całkowitą przyjemność.

Pocałował ją w policzek i ustawił swego członka przy jej wejściu. Nachylił się, by dać jej czuły, namiętny pocałunek. Kiedy ona zapamiętywała smak jego ust, on najdelikatniej jak potrafił wszedł w nią jednym ruchem. Poczuł, że kruszynka pod nim zastyga w bezruchu, by po chwili cicho mruknąć, przymykając powieki i odpływać w krainę rozkoszy. Poruszał się powoli, obserwując jej młodą twarz, która z każdym ruchem pokazywała, ile znaczy dla niej jego obecność. Teraz byli jednością a ich biodra złapały wspólny rytm. Mogła poczuć go w sobie i cieszyć się tą chwilą. Mężczyzna zwiększył ruchy, by po chwili słuchać pojękiwań kobiety. Był najszczęśliwszym mężczyzną na ziemi, kiedy z jej malinowych ust wydobywało się jego imię, ociekające czułością i polane odrobiną seksu. Sam nie był jej dłużny i cicho pomrukiwał przy jej twarzy, dochodząc i pozwalając, by ciepły płyn rozgrzał jej wnętrze. Delikatnie z niej wyszedł, łapiąc oddech i opadł koło niej. Hermiona wtuliła się w Severusa, ogrzewając się bliskością jego ciała. Uniosła lekko głowę, a na jej twarzy, którą oświetlały płomienie, ukazał się uśmiech.

- Severusie... - wyszeptała niepewnie.
- Hmm... - wymruczał, przyznając, że jego imię w jej ustach brzmi cudownie.
- Kocham cię!
- Naprawdę? - spojrzał na nią uważnie. - Dlaczego? Jestem starym nietoperzem.
- Tak jesteś nim.
- Ty... - warknął, lecz nie dokończył, czując jej ciepłe wargi na swoich, po czym kobieta spojrzała na niego czule.
- Jesteś starym nietoperzem, ale jesteś moim nietoperzem! - uśmiechnęła się, gdy poczuła, że całuje słodko jej szyję.
- Wiesz co?
- Hmm...
- Chyba cię kocham, moja mała lwico.
- Wiem.
- Skąd?
- A nie wiem... tak jakoś – po czym się zaśmiała i wtuliła w ukochanego, zasypiając. On spojrzał na nią szczęśliwy, mając w ramionach swoją ukochaną i zasnął po chwili wraz z nią.



***

Od przeszło kilku minut wpatrywała się tępo w sufit, uspokajając swój oddech. Przed oczami miała wciąż ją i Snape'a, kochających się przy kominku. Spojrzała w tamtą stronę, jakby z utęsknieniem, po czym usiadła opierając się plecami o zimną ścianę. Dziwne uczucie w brzuchu towarzyszyło jej, kiedy się obudziła i nie miało zamiar sobie odejść, tylko cały czas maltretowało dziewczynę. Nieopisane, a zarazem nie zrozumiałe ciepło zawładnęło całym jej wnętrzem. Na każdą myśl o nim, poczuła trzepot skrzydeł motyla tam gdzieś w brzuchu. Jestem tu pierwszą noc i przeżyłam swój pierwszy sen erotyczny... Pomyślała. Jak on całuje, a jaki ma tył... Hermiono! Wystarczy, to tylko Snape! Obślizgły nietoperz, który nawet na ciebie nie spojrzy. To był tylko jeden pocałunek. O jeden za dużo... Pomyślała smutno i odrzuciła od siebie kołdrę. Położyła stopy na ciemnych panelach i już miała wstać, kiedy przed oczami jej zawirowało. Poleciałaby do przodu, ale czyjeś silne ramiona złapały ją w porę w tali, przytrzymując ją w powietrzu. Podniosła lekko głowę i ujrzała jego czarne, jak dwa jeziora oczy, które we śnie wpatrywały się w nią z pożądaniem. Z wirującym obrazem profesora przed oczami, zamruczała cichutko, a potem leżała znów w ciepłym łóżku...

***

Zamknął już czwartą opasłą książkę z kolei. Nie znalazł niczego o krwawych łzach panny Granger, ale były jakieś wzmianki o łzach, które mogły go naprowadzić na odpowiedni trop. Musiał jak najszybciej rozwiązać tę zagadkę, aby skutki uboczne nie zostawiły piętna na młodej dziewczynie do końca życia. Machnął różdżką, odsyłając księgi, a sam oparł się w fotelu rozmasowując obolałe skronie. Zastanawiał się czy ją przeprosić... ale to była Panna-Wiem-To-Wszystko! Przecież on nic właściwie takiego nie zrobił... Warknął zirytowany i zajrzał do kubka, na którego dnie były tylko fusy. Ciekawy był, jak to Sybilla z nich wróży... odrzucił od siebie tą starą wariatkę i spojrzał na zegarek, który pokazywał siódmą dziewiętnaście. Już od dwóch dni nie zmrużył oka. Smętnie podniósł się z fotela i skierował się do kuchni, by nastawić wodę na kawę, po czym poszedł do łazienki. Wziął szybki prysznic i wyszedł do kuchni z ręcznikiem przepasanym na biodrach, gdzie wlał do kubka gorącą wodę, po czym upił łyk ukochanej kawy.

Wychodząc z sypialni, już ubrany w świeże, nieśmiertelne szaty, zobaczył ją, że usilnie próbuje utrzymać się na nogach. W dwóch krokach znalazł się przy niej i złapał ją, ratując przed bolesnym upadkiem. Kruszynka w jego ramionach powierzyła mu swoje życie. Jej wzrok był lekko rozkojarzony, ale mimo to na jego karku pojawiła się gęsia skórka, zawsze kiedy zatapiał się w jej czekoladowych oczach. Ostrożnie wziął ją na ręce i położył na łóżku, opatulając szczelnie kołdrą. Sam przysunął fotel do jej łóżka i zasiadł w nim, wpatrując się w dziewczynę, a czas mijał....

Hermiona otworzyła oczy i ujrzała swojego profesora siedzącego przy niej, z głową przechyloną w bok. Dziewczyna przyjrzała się mu, jego twarz pokazywała, jak jest zmęczony, a sińce pod oczami wszystko podkreślały. Teraz zasłużył sobie na odpoczynek i długi sen. Ostrożnie wstała i złapała się oparcia fotela, aby nie zaliczyć bolesnego upadku. Na palcach doszła do kanapy i wzięła koc, po czym przykryła nim mężczyznę i skierowała się do łazienki. Kiedy wyszła, jej profesora już nie było w fotelu. Cicho przeklęła pod nosem i rozejrzawszy się, ujrzała czarodzieja opartego o tą samą szafkę, co wczoraj z parującym kubkiem, zapewne kawy. Nie potrafiła niczego odczytać z twarzy mężczyzny.

- Dzień dobry, profesorze... - cicho mruknęła, unikając jego wzroku, którego nie powstydziłby się bazyliszek. Pościeliła łóżko i położyła w rogu piżamę, z której poprzedniego wieczoru się śmiał.
- Dzień dobry? - powtórzył i podszedł do niej, odstawiając kubek. - Granger, jest po południu! Już po 15!
- To...
- Dlaczego mnie nie obudziłaś? - przerwał jej i stanął naprzeciw czarownicy, gdzie mogła się bliżej przyjrzeć jego sińcom pod oczami.
Jak pan śpi to wygląda pan uroczo... - pomyślała. - Bo... nie chciałam pana budzić.
- A jakbym zostawił przez nieuwagę kociołek? - stał już blisko niej, patrząc na nią z góry. - I mógłby usunąć Hogwart z powierzchni ziemi? Nie pomyślałaś o tym?
- Ja... to znaczy przepraszam – mruknęła, spuszczając wzrok.
- Następnym razem... obudź mnie, Granger.
- Dobrze – powiedziała cichutko, wdychając jego perfumy, które działały na nią, jak narkotyk.
- Za 10 minut obiad – po czym odszedł.


Wchodząc do kuchni westchnęła, widząc rządek eliksirów. Jeśli to ma być jej obiad, to z uroczym uśmiechem podwija żwawo rękawy. Nauczyciel widząc jej minę, jakby miała iść na szczęście, przewrócił oczami i warknął coś niezrozumiałego pod nosem. Usiadła przy małym stoliku i oparła głowę na dłoni. Patrzyła, jak mężczyzna otwiera każdy flakonik, po czym postawił przed nią szklankę wody. Spojrzała na niego buntowniczo i wypiła pierwszy eliksir, krzywiąc się, jakby jadła cytrynę. Potem kolejne i opróżniła szklankę wody, którą miała popić tylko ostatni eliksir. Snape bez słowa zabrał puste flakoniki i machnął różdżką, a na stole pojawiła się zastawa. Nie złota, jak w Wielkiej Sali, tylko zwykła, jak w mugolskich domach. Dziewczyna rozejrzała się po kuchni, widząc wiele urządzeń i gadżetów, których używa jej mama. Jeśli miałaby wyobrazić sobie Snape'a w różowym fartuszku, wkładającego do piekarnika szarlotkę z uśmiechem na twarzy, którym nie powstydziłaby się przykładowa pani domu, prosto z reklamy nowego płynu do naczyń... Prędzej Hermiona dostałaby palpitacji serca albo najgorzej padłaby trupem.

Snape pstryknął palcami, tym samym wyrywając ją boleśnie z zamyśleń. Koło nogi Mistrza Eliksirów zmaterializował się skrzat domowy. Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie, rozpoznając Zgredka. Nauczyciel coś powiedział do skrzata, który po chwili nisko się ukłonił, zamiatając nosem podłogę i zniknął. Snape wytłumaczył jej, że wzywa skrzata wtedy, kiedy mu się nie chce samemu czegoś przyrządzać, czyli... raz w tygodniu albo co kilka dni, no praktycznie to zawsze, gdy nie jada razem ze wszystkimi w Wielkiej Sali. Wyjaśnił jej, że może korzystać z lodówki, kiedy tylko chce albo wezwać Zgredka. Na stole znikąd pojawiło się jedzenie, w tym samym momencie, kiedy profesor kończył swój wykład. Posiłek przemilczeli, nawet nie zaszczycając siebie ani jednym spojrzeniem, co nawet nie przeszkadzało dziewczynie.

Po obiedzie kazał jej iść do łóżka i nawet nie próbować wystawiać poza niego nosa, bo Gryffindor skończy z marzeniami o pucharze domów. Hermiona próbowała wszystkich argumentów, ale on był nieugięty. Przekraczając próg jego terenu, miała świadomość, że to nie będą wakacje, a on nie będzie miły. Mogła już nawet kilka razy zauważyć docinki, czy też złośliwe spojrzenia, adresowane w jej kierunku. Kto jak kto, ale Snape nie darzy sympatią byle kogo. Weszła obrażona pod kołdrę i obserwowała nauczyciela, który przy stoliku sprawdzał zaległe eseje uczniów, co chwilę patrząc czy Gryfonka może nie uciekła ze swojej twierdzy. Co jakiś czas przez jego myśl przebiegały wzmianki na temat niewyjaśnionych 'krwawych łez'. Od tego momentu, w którym zaczął się nią opiekować, uczniowie, na swoje szczęście, nie mieli zajęć z Eliksirów. Zamiast tego mieli dodatkową godzinę Obrony Nad Magicznymi Stworzeniami, Zaklęć i Transmutacji. Obie strony były szczęśliwe. Uczniowie przez ten czas mogli zachować nienaruszone punkty, a on nie musiałby patrzeć na tę bandę bałwanów, potocznie zwanych uczniami.

Listopad był siarczyście zimny, co najbardziej można było odczuć w lochach. Dziewczynę dziwiło to, jak on normalnie siedzi, nawet nie zgrzytając zębami, co według niej było absurdem, wspominając, że w salonie było lodowato dopóki nie rozpalił w kominku. Sądziła, że tylko dlatego, bo ona jest w jego prywatnych kwaterach, z wielką niechęcią daje odrobiny ciepła do salonu. Prawda była taka, że przez te wszystkie lata był przyzwyczajony do chłodu, a nie miał zamiaru później przez rok wysłuchiwać warczenia Minerwy, że naraził jej Księżniczkę Gryffindoru na uszczerbek na zdrowiu.

Hermiona podciągnęła kołdrę pod uszy i przymknęła powieki, powracając do jej snu. Przez jej ciało przeszedł dreszcz, jakby rozkoszy, usilnie domagający się bliskości jego ciała przy swoim. W jej uszach nadal szumiały ich nierówne oddechy, jego seksowne pomrukiwanie czy i wyznanie miłości. Wtuliła się bardziej w poduszkę myślami powracając do swojego snu, w którym dał jej tyle rozkoszy. Motylki w brzuchu znów zaczęły histeryzować, domagając się, by znów posmakować jego ust.

***

Miał już po dziurki w nosie jej marudzenia i chodzenia za jego osobą, więc po kolacji, z wielką obawą, dał jej jedną ze swoich prywatnych ksiąg. Przez pierwsze dziesięć minut patrzył, jak ona obchodzi się z jego książką, ale szarpanie, czy też wyrywanie kartek nie miało miejsca. Dziewczyna siedziała skulona na łóżku i zachłannie pożerała co rusz to nowe słowa, dziękując Merlinowi, że dał jej coś do czytania. Jako nauczyciel był dumny, że chociaż jeden uczeń w swoim wolnym czasie czyta książki, a nie zbiera szlabanów na korytarzu. Kiedy zegar wybił dwudziestą drugą, ona w tym samym czasie zakończyła ze smutkiem lekturę. Odłożyła ją na stolik i poszła do łazienki mając nadzieję, że jutro też da jej do poczytania coś lekkiego. Kiedy wracała, postanowiła zrobić jedną rzecz. Stanęła przed drzwiami, których zapewne nie miała prawa nigdy przekroczyć. Policzyła do dziesięciu, wzięła wdech i zapukała, otrzymując zimne 'proszę'. Uchyliła drzwi i wślizgnęła się po cichu do środka. Harry i Ron nie uwierzyliby jej, że znalazła się w jaskini nietoperza, jakby to pewnie oni określili. Jego sypialnia była średniej wielkości, ale od razu rzuciło się w jej oczy duże łóżko z białą, satynowa pościelą i jej właścicielem, leżącym na niej. Snape miał jedną rękę za głową, a w drugiej trzymał książkę, w której szukał informacji dotyczących tej dziwnej zagadki. Podniósł na nią swój wzrok, a ona poczuła, że jej policzki płoną czerwienią.

- Słucham, panno Granger – powiedział spokojnym głosem, odkładając książkę na stolik.
- Chciałam życzyć panu dobrej nocy – wydukała nieśmiało, podnosząc na niego wzrok.
- To miłe z pani strony – jego głos był taki ciepły, którego nigdy by nie okazał przy jakimkolwiek uczniu. Teraz pomijając ją... - Znów pani będzie spać w tym?
- Przeszkadza panu moja piżama? - założyła buntowniczo ręce pod biustem, zagryzła dolną wargę i uniosła wysoko głowę. On zaśmiał się w duchu i zlustrował ją wzrokiem, w myślach pożerając jej brzoskwiniowe ciało.
- Będę mieć koszmary.
A ja będę mieć rozkosz... - pomyślała wspominając swój sen. - To może... poradzimy coś na to?
- Co masz na myśli, Granger? - prześwidrował ją spojrzeniem.
- Mam tylko tą słodką piżamkę – powiedziała uroczo, a jemu od nadmiaru tej słodyczy zrobiło się niedobrze.
- A co ja mam z tym wspólnego?
- Ma pan... - urwała.
- Co mam? – podszedł do niej bliżej.
- Jakąś, no nie wiem... - westchnęła, gdy ich spojrzenia się spotkały. - Emm... starą bluzkę, czy coś?
- Po co ci?
- Nie chce, by panu było nie dobrze. Pana życie jest takie mroczne, tylko czerń, a jeden słonik wszystko może zmienić...
- Zamknij się, Granger – warknął i ku jej zdziwieniu podszedł do szafy. Dziewczyna uśmiechnęła się triumfalnie, kiedy pojawił się przed nią i wcisnął coś w jej ręce.
- Co to?
- Zobacz – powiedział i z powrotem położył się na łóżko, otwierając różdżką drzwi. Zrozumiała i wyszła.

Kiedy znalazła się w łazience, spojrzała na to, co jej wręczył. Myślała, że da jej swoją mroczną, seksowną szatę, a on dał jej... bluzkę. Ciemnozieloną bluzkę z nieznanym jej napisem na plecach. Do swojej listy musi dodać to, aby się go przy najbliższej okazji wypytać o znaczenie tych słów. Ściągnęła swoją słodką piżamę i ubrała jego bluzkę, wdychając zapach, który usilnie kojarzył się jej z nim. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i się uśmiechnęła. Rękawy sięgały jej do łokci, a sama długość do połowy uda. Dziewczyna odesłała swoją piżamę do salonu i ponownie zapukała do jego sypialni, otrzymując pozwolenie, weszła do środka.

- Będzie miał pan teraz koszmary? - zagryzła dolną wargę, opierając się o framugę drzwi. Snape podniósł wzrok i oniemiał. Stała przed nim w jego koszulce, wyglądając bardzo pociągająco. Jej kasztanowe włosy rozrzucone były na iście ślizgońskim kolorze materiału. Musiał usiąść, bo ciasnota w jego spodniach, mogła się zaraz ukazać.
- Nie... panno Granger – zdołał tylko tyle powiedzieć, zatrzymując wzrok na jej nogach. Dziewczyna lekko się zarumieniła.
- Może być? - zapytała niewinnie, okręcając się wokół osi.
- Och tak – warknął, bo już nie mógł wytrzymać. Chciał się na nią rzucić tu, teraz, natychmiast! - Już późno jest... Dobranoc – powiedział, ostatkiem sił się kontrolując.
- Dobranoc... profesorze – uśmiechnęła się i zniknęła z jego pokoju. On opadł na łóżko, wyzywając się w myślach od starych zboczeńców, ale przecież panna Granger była już pełnoletnią czarownica... Więc prawnie nic nie stało na przeszkodzie. No właśnie. Przeszkodzie do czego? Ona była inteligentną, piękną, młoda czarownicą z planami na przyszłość. On zimny, sarkastyczny dupek z lochów i główny bohater koszmarów małych dzieci. Może oddała wtedy pocałunek, bo bała się jego reakcji? Przecież ona zachowywała się inaczej, kiedy w pobliżu zjawiał się on. Mimo wszystko kiedyś ją zdobędzie. Z takimi myślami powrócił do lektury.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

Witajcie kochane Misiaczki ♥
Teraz macie prawo wieszać na mnie psy, zesłać do Azkabanu czy rzucać klątwy... Wielu z Was nie spodziewało się, że w tym rozdziale będzie scena miłości. Mogło to Was zrazić bo przecież Hermiona jest dopiero pierwszy dzień a raczej noc w jego komnatach i już ma taką 'rozrywkę', mimo to, że to tylko sen. Wielu z Was wie, że scena łóżkowa miała być daleko, daleko... Wszystko się toczy szybko nawet za szybko... ehh. Kolejny rozdział będzie w miarę spokojny a kolejne? No nie będę ukrywać będzie trochę się działo, akcja się rozwinie, ale się nie zrażajcie, że to tak nagle wybucha. Cały pobyt jej u Snape'a będzie jedną wielką 'mieszanką wybuchową'.

Chcę Was mocno przeprosić za ten rozdział i wstrząs, który musieliście przeżyć także z opisem sceny łóżkowej. Nigdy nie pisałam takich scen i nie mam pojęcia jak to wyszło, mogłabym się usprawiedliwić na swój aktualny stan zdrowia ale nie zrobię tego. Do usłyszenia jeśli nie rzucicie na mnie Crucio czy Avady.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Rozdział 34

Spotkała anioła. Pięknego, blondwłosego mężczyznę uśmiechającego się ciepło z radosnymi iskierkami w oczach spoglądających w jej kierunku. Stała pod drzewem i wpatrywała się zachłannie w jego skrzydła, które wyglądały pięknie, mieniąc się w blasku księżyca. Blondwłosy anioł podszedł do dziewczyny i otarł łzę spływającą po jej rumianym policzku. Pod wpływem jego dotyku poczuła delikatne ciepło, które przyjemnie rozpłynęło się po całym jej wnętrzu, dając delikatny dreszczyk. On to zauważył i uśmiechając się promiennie spytał, a jego słowa były jak narkotyk dla uszu.

- Chcesz polatać? -młoda dziewczyna energicznie pokiwała głową, wywołując uśmiech u anioła. On wziął jej dłoń w swoje, przymknął powieki i po chwili jego cynamonowe oczy spojrzały na nią. - Rób to co ja, Hermiono.

Z trzepotem rozprostował piękne, długie skrzydła, od których dziewczyna nie mogła oderwać wzroku. Anioł posłał jej ostatnie krótkie spojrzenie i wzniósł się w górę uśmiechając się uroczo, a po chwili zniknął na tle granatowego nieba. Zrobiła krok na przód, ale prawdą ją dobiła. Niby jak miała to uczynić? Jak miała wznieść się w niebiosa? Ona nie była aniołem, nie była nadludzką istotą z parą śnieżnobiałych skrzydeł, nie mogła latać, chciała krzyczeć za nim, lecz nagle poczuła mrowienie w okolicy łopatek. Z duszą na ramieniu pomacała ręką plecy natrafiając na przyjemne w dotyku pióra. W ułamku sekundy poczuła, jak rozprostowuje skrzydła, co było najprzyjemniejszym uczuciem jakie ją spotkało.

- To nie takie trudne – ciepły oddech przy jej szyi sprowadził ją na ziemie. Odwróciwszy głowę napotkała parę cynamonowych oczu, wpatrujących się w nią z lekkim rozbawianiem. - Zamknij oczy – nakazał spokojnym tonem i poczuła, jak chwyta ją za drżącą dłoń i unoszą się nad ziemią.

Powieki razem z dłonią zacisnęła jak najmocniej, przerażona tym, co właściwie wyprawia. Spotyka anioła Merlin jedyny wie gdzie, wyrastają jej skrzydła, a ona lata... Lata? Otworzyła oczy i zaparło jej dech z zachwytu. Pod jej stopami było to samo drzewo, a dalej uroczy domek położony nad rzeką. Spojrzała na przyjaciela, a ten puścił jej dłoń i z gracją wzniósł się w niebiosa. Dziewczyna zrobiła to samo i poczuła chłodny, wiosenny wiatr, który rozwiewał jej loki. Latała! Całe jej wnętrze drżało z zachwytu, a jej wzrok podziwiał co rusz nowe rzeczy pod jej stopami. Przez jej ciało przeszedł przyjemny impuls, wywołując słodki dźwięk dzwoneczków zwracając na siebie uwagę anioła.

- Jeszcze się spotkamy – znalazł się przy niej. - Obiecuję ci to.
- Ale kiedy to się stanie?
- Nie mogę ci powiedzieć. Teraz masz życie, z którego chwytaj radość, ciesz się każdym dniem i kochaj – mówiąc to, posłał jej znaczące spojrzenie. - Ale nadejdzie taki dzień... w którym odejdziesz.
- Dlaczego tak to wszystko ukrywasz? - wygięła usta w uroczy dzióbek, a w tle było słychać jedynie trzepot ich śnieżnobiałych skrzydeł.
- Będziesz taka jak ja... taka jak my.
- Chcesz mi powiedzieć, że będę aniołem?
- Ty nim jesteś cały czas. Teraz jesteś tylko aniołem bez skrzydeł, Hermiono.

***

Pulsujący ból z tyłu głosy, wyrwał ją z pięknego snu, ustępując miejsca szarej rzeczywistości. Jakże było cudownie śnić o aniele, gdy niedawno stała oko w oko ze śmiercią. Może ona już jest dawno martwa? Może to jakiś proces czy bolesny etap, przez który trzeba przejść, by potem na wieki poczuć spokój i ulgę? Bała się, co ujrzy otwierając oczy... Napięła wszystkie mięśnie, czując niewyobrażalny palący ból na całym ciele, jakby stado zmutowanych Trolli goniło ją, a potem niby przypadkiem na nią wleciało. Powoli policzyła do dziesięciu i uchyliła ostrożnie powieki. Wszystko zawirowało jej przed oczami, a ona zamknęła je szybko, sycząc z bólu, tym samym zwracając uwagę starszej czarownicy. Dłonie zacisnęła na kołdrze tak mocno, że pobielały jej kłykcie, a ostry ból, który nie przestawał na sile wbijając jej w skórę miliony igiełek, doprowadził do tego, że po jej policzkach pociekły łzy. Kobieta spokojnie dotknęła jej dłoni, która wciąż była zaciśnięta na kołdrze i przemówiła opanowanym głosem. W drugiej ręce trzymała jeden z najsilniejszych eliksirów przeciwbólowych, uwarzony przez samego Mistrza Eliksirów. Hermiona z trudem pokręciła przecząco głową, nie zgadzając się na spożycie czegokolwiek. Chciała umrzeć tu i teraz. Była na to przygotowana... może spotkałaby znów tego pięknego anioła i nie czułaby już nigdy bólu? Przecież jej obiecał, że się spotkają... Może to jest ta chwila, kiedy otworzy oczy i ujrzy biały korytarz?

Poppy jeszcze chwilę uspokajała dziewczynę, po czym przeszła do jedynego wyjścia. Spojrzała na twarz młodej Gryfonki, która lśniła od łez, a następnie naszykowała strzykawkę i przelała eliksir do niej, by po chwili wbić go w skórę dziewczyny, aplikując lek. Gryfonka czuła, jak ból mija, a jej mięśnie już nie płoną żywym ogniem. Już pewniej uchyliła powieki, wpatrując się w sylwetkę pielęgniarki, którą po chwili zastąpiły obrazy, o których chciała zapomnieć... krew, drzewa, krzyk mrożący krew w żyłach, płacz Kevina i śmierć. Wszystkie bolesne wspomnienia powróciły. Zamrugała kilka razy, a obrazy zniknęły i na nowo pojawiła się pielęgniarka.

- Kev... - nie dała nawet jej dokończyć jednego słowa, które z ogromnym trudem wypowiedziała. Jej głos był tak cichy i słaby, jakby krzyczała przez tydzień zdzierając sobie boleśnie gardło. Czarownica potarła dłonią czoło.
- Obudziłaś się panno Granger – spojrzała na nią uważnie. - Co cię boli?
- Jak się czuj...
- Boli coś? - powtórzyła zdenerwowana, a jej brew drżała nerwowo.
- Nie po tym zastrzyku już nic... - pomijając fakt, że jej gardło było w opłakanym stanie. - Co z Kevinem?
- Ma się dobrze. Proszę odpoczywać – po czym zasłoniła parawan, zostawiając dziewczynę samą.

Jak ona mogła nic jej nie powiedzieć? Jak to stare babsko tak sobie wyszło? Hermiona oddychała głęboko, próbowała się podnieść, by dojść do chłopca i zobaczyć, jak się miewa, ale siły odmówiły jej posłuszeństwa, a łzy na nowo pociekły jej po policzkach. Chciała zawołać Kevina, ale nawet nie pisnęła. Złapała się za gardo i przymknęła powieki, znów widząc Szyszymorę.


***

Snape zamknął klasę po ostatniej lekcji z Puchonami i Krukonami, po czym poszedł do Skrzydła Szpitalnego. Odkąd Murry opuścił jego prywatne komnaty, on nie zmrużył oka. Pomijając fakt, że robił eliksiry dla Gryfonki, która się obudzi z siarczystym bólem, a po drugie i tak by nie zasnął. Pchnął białe drzwi i znalazł się w pomieszczeniu. Po lewej stronie nad jednym z łóżek stał dyrektor z paczką cytrynowych dropsów w ręce. Severus podszedł do niego i zatrzymał wzrok gdzie on. Her... Granger spała. Na jej twarzy widać było ból i piekło, przez które przeszła. Po kilku minutach wpatrywania się w nią, otworzyła oczy, spoglądając na czarodziejów.

- Jak się czujesz dziecko? - zapytał swoim łagodnym tonem dyrektor.
- Bywało lepiej – syknęła z bólu wypowiadając słowa.
- Czy ta kobieta musi tu pracować? - odezwał się Snape, zatrzymując wzrok na dyrektorze. - Nawet jej gardłem się nie zajęła... Stara jędza.
- Słyszałam – warknęła Poppy, która stała przy łóżku Kevina.
- Tak? Och jak mi przykro... - jego słowa ociekały jadem. Przywołał do siebie eliksir i zbliżył się do Gryfonki. Na moment ich spojrzenia się spotkały, kiedy wlewał jej do ust lek, a ona zatonęła w głębi jego oczu.
- Dziękuję profesorze – jej głos nabrał barwy, był głośniejszy, a gardło siarczyście już nie bolało.
- Taa... miło. Zostaw na później te podziękowania – powiedział od niechcenia.
- Może dropsa? - zapytał wesoło Albus wyciągając z kieszeni paczuszkę dropsów, którą niedawno schował.
- Nie, dziękuję – podziękowała, a Snape nawet nie odezwał się.
- Hermiono, opowiedz proszę wszystko, co tam się zdarzyło.
- Dyrektorze tam była Szy...
- Granger, od początku – warknął Snape.
- Ja poszłam się przejść – nie mogła im powiedzieć, że miała dość Rona i Ginny skaczących sobie do gardeł. Westchnęła i kontynuowała. - Miałam wracać do zamku, gdy usłyszałam krzyk. Na początku się tym nie przejęłam, ale potem on się powtórzył i był głośniejszy. Dochodził z Zakazanego Lasu, a ja nie chciałam tam wchodzić sama, ale nawet Hagrida nie było w chatce. Mogło to być coś poważnego i tam weszłam. Po kilku minutach udało mi się znaleźć Kevina, miał uwięzioną nogę. Kiedy ją uwolniliśmy, zaczęliśmy wydostawać się z lasu... - opowiedziała im, jak błądzili, a potem przeszła do krzyku. - Kevin był za moimi plecami, a naprzeciw mnie stała... Szyszymora – dyrektor lekko pobladł, a Snape się nie przejął. - Potem w ułamku sekundy znalazła się przy mnie i krzyknęła... - Gryfonka poczuła, że do jej oczu napływają łzy. - To było straszne, ja myślałam, że to koniec, że umrę razem z Kevinem, ale tak się nie stało. Coś mocnego szarpnęło mnie za ramię, a Szyszymora zniknęła i ukazał się Kuguchar. Wyczarowałam patronusa, a kociak walczył potem z Szyszymorą i na koniec... Kevin usiadł mu na grzbiet, a dalej nie wiem co było.
- Krążą pogłoski, że jesteś najmądrzejszą czarownicą naszych czasów... - zaczął Snape swój wywód. Coś czuła, że to nie będzie miła pogawędka przy herbatce. - A ty pokazałaś, jaka jesteś głupia i nie odpowiedzialna, Granger!
- Severusie... - położył mu dłoń na ramieniu.
- Nie! Czy ty musisz zawsze tych swoich Gryfonów ułaskawiać? - nie czekał na jego odpowiedź tylko zajął się przyjemniejszą częścią. - Gryffindor traci 10 punktów za nocne błądzenie po terenie zamku!
- Gryffindor otrzymuje 15 punktów za wyjście na świeże powietrze – dyrektor puścił oczko Gryfonce, a żyła na skroni Mistrza Eliksirów drgnęła.
- 5 punktów za głupotę – warknął przez zaciśnięte zęby.
- 10 punktów za logiczne myślenie – wyciągnął kolejnego dropsa i wsadził sobie do ust. Ten, kto widział teraz klepsydrę punktów Gryffindoru, miał zapewne niezły ubaw.
- 15 punktów od Gryffindoru za to, że panna Granger jest Gryfonką!
- 20 punktów za bycie odważnym Gryfonem – Hermiona lekko się uśmiechnęła na tą scenkę.
- Odbieram 20 punktów za postąpienie lekkomyślne i narażenie drugiego ucznia na śmierć!
- Przyznaję 40 punktów za uratowanie życia Kevinowi.
- Odbie... Albusie! Co to a być?! Czy do ciebie nie dociera, co ona zarobiła?! Przez swoją głupotę mogła zginąć, narażając też innych!
- Severusie, ale nie zginęła. Panna Granger jest cała i dziękujmy za to Merlinowi.
- Dyrektorze... - powiedziała powoli, kiedy Snape opanował swój mord w oczach na czarodzieju. Obaj spojrzeli na nią, a Mistrz Eliksirów prychnął pod nosem. - Dlaczego nikt mi nie chce powiedzieć, co jest z Kevinem? Jak on się czuje? - jej warga zaczęła drgać nerwowo, a Snape wyczuwał, że skończy się to płaczem.
- Pan Stoner jest w lekkim... szoku - powiedział nauczyciel eliksirów.
- Ale jak to w szoku?
- Czy ty naprawdę jesteś aż tak głupia? - warknął, a ona zacisnęła dłonie na pościeli nie pozwalając, aby łzy się wydostały. - Jaki 11 latek idzie na spacerek do Zakazanego Lasu i spotyka tam przypadkiem Szyszymore? Granger, on widział za dużo! Za dużo, jak na swój wiek.
- Niech pan nie krzyczy... - powiedziała cicho, zawieszając swój wzrok na zaciśniętych dłoniach.
- Teraz śpi – jego głos był już łagodniejszy. - Poppy dała mu eliksiry uspokajające.
- To moja wina... - po jej policzku poleciała łza.
- O czym pani mówi, panno Granger? - zapytał dyrektor.
- Profesor Snape ma rację. Kevin widział za dużo... ten atak Szyszymory i pojawienie się znikąd Kuguchara to dla niego za dużo. Mogłam do tego nie dopuścić!
- Hermiono, to nie jest twoja wina, że ten chłopiec wszedł do Zakazanego Lasu. Popełnił wielki błąd, który mógł przepłacić swoim życiem, ale ty byłaś w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie... - dziewczyna nie mogła powstrzymać łez. Może dyrektor miał rację? Ale czuła, że wtedy jego życie zależało od niej.
- Dostanie swoją karę... - Snape uśmiechnął się wrednie. - W każde dwa piątki miesiąca do końca roku szkolnego będzie miał szlaban u każdego z nauczycieli. Ja się zajmę nim już niedługo.
- Severusie... - starzec położył dłoń na ramieniu mężczyzny. Snape powędrował wzrokiem gdzie on i zatrzymał się na twarzy młodej kobiety, która lśniła od łez, ale coś było z nimi nie tak. Z jej oczu wydostawał się łzy, zamieniając się w szkarłatny płyn. W dwóch krokach znalazł się przy niej i złapał ją za brodę nakazując, by spojrzała na niego. Jej oczy były krwisto czerwone. Delikatnie otarł czerwoną kropelkę i przyłożył do swojego nosa.
- Krew – stwierdził krótko. Dziewczyna otarła szkarłatny płyn, zostawiając zaschniętą krew na policzkach.
- Co?! - spoglądała to na niego, to na dyrektora w istnym szoku.
- Coś mi się wydaje, że to efekt uboczny po spotkaniu w Zakazanym Lesie... Ale pan Stoner nie ma takich objawów... dziwne – mruknął bardziej do siebie niż do dziewczyny.
- Jest coś na to, Severusie? - spojrzał tym swoim łagodnym wzrokiem na Gryfonkę.
- Zapewne eliksir, ale będę musiał coś wykombinować – znów spojrzał na nią, a oczy przybrały dawną barwę. Nigdy się z czymś takim nie spotkał.
- W takim razie, panna Granger będzie pod twoją opieką – wyciągnął paczuszkę dropsów.
- Co?! - wręcz wykrzyknęli jednocześnie, spoglądając na siebie spod łba.
- Panna Granger spędzi jakiś czas u ciebie, tym samym pomożesz jej odzyskać siły i wrócić do formy. Hermiono, nie patrz tak na mnie, to dla twojego dobra.
- Ja nie jestem jakąś niańką, do cholery! - warknął, a dziewczyna znów otarła łzę, ale tak, by jej nie widział. Mimowolnie gdzieś tam w środku skakała z radości. Mogła spędzić z nim tyle czasu..
- Jestem pewny, że panna Granger będzie pod dobrą opieką – uśmiechnął się do Hermiony dobrodusznie, tym samym kończąc temat i wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego.
- Będę przed kolacją. Bądź gotowa – powiedział, kiedy Albus zniknął za białymi drzwiami.
- Dobrze – on nie zaszczycił jej ani jednym spojrzeniem i wyszedł z akompaniamentem sowim mrocznych szat, do złudzenia przypominając jej skrzydła nietoperza.


***

Otworzył szerzej drzwi, przepuszczając młodą kobietę do środka. Hermiona weszła i oparła się o ścianę oddychając ciężko. Z jej stanem było trudno dojść z czwartego piętra do samych lochów. Snape tymczasem mruknął coś pod nosem i zniknął w korytarzyku. Dziewczyna otarła z czoła kropelki potu i poszła za nauczycielem. Znalazła się w, jak myślała, salonie. Szara tapeta dodawały jakieś pikanterii na tle kominka i ciemnozielonego, dużego dywanu będącego przy kanapie i dwóch fotelach. Na ścianie był obraz przedstawiający krajobraz jesieni, a koło niego był barek, zapewne z ciekawymi trunkami w środku. Dziewczyna teraz zauważyła meble ściśnięte ze sobą mimo, że salon wydawał się nawet duży. Przy ścianie stało jednoosobowe łóżko, jak myślała, należące do niej.

- Skończyłaś podziwiać mój salon? - Hermiona teraz zdała sobie sprawę, że jej usta ułożyły się w 'O', a ten stan powiększył się, gdy ujrzała nauczyciela opierającego się o jakąś szafkę, której nie zauważyła wcześniej. W duchu przyznała, że ten nauczyciel wygląda kusząco...
- Ma pan świetny gust, profesorze.
- Taa... miło – zakpił. Wskazał ręką na fotel i poczekał, aż usiądzie. - Śpisz tutaj, a tam masz łóżko. Tam jest kuchnia – zaczął pokazywać ręką drzwi. - Łazienka, moja sypialnia, ale ta informacja jest raczej zbędna... i mój gabinet.
- To ma pan dwa gabinety?
- Tam przyjmuję na szlabany albo na rozmowy. W tym mam też małą biblioteczkę, ale raczej można to nazwać mini biblioteką... - zamyślił się nad tym. - Ale nie zadręczajmy się tym. Tu masz torbę – wskazał na stolik gdzie leżała jej własność, którą Ginny przyniosła w czasie lunchu.
- Dziękuję – wzięła ją i usiadła na łóżku.
- Przebież się w piżamę, a ja ci przyniosę kolację i zażyjesz parę eliksirów – po czym wstał i zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni.

Hermiona poszła do łazienki i znów była mile zaskoczona gustem nauczyciela. Pomieszczenie nie kąpało się w złocie, czy w marmurach. Było urządzone ze smakiem, a duże lustro zajmujące prawie całą ścianę przyciągało jej uwagę. W rogu stała średniej wielkości wanna, bez większych drobiazgów czyli olejków, czy też świeczek. Wyglądała, jak zwykła, mugolska łazienka, tylko z dużym lustrem w tle. Dziewczyna odświeżyła się, uprzednio rzucając zaklęcie na bandaż, aby się nie zamoczył, po czym ubrała się w piżamę i weszła do salonu, gdzie nauczyciel siedział już w jednym z foteli. Jego wyraz twarzy pokazywał, jak wielce jest niezadowolony goszcząc na swoim terenie Pannę-Wiem-To-Wszystko-I-Jeszcze-Więcej.

- Zjedz i wypijesz eliksiry, które ci naszykowałem – powiedział nie patrząc na nią i zaszył się w jakiejś książce. Dziewczyna usiadła przy nim na fotelu i wzięła tacę na kolana.
- Pan nie zje?
- Nie jestem głodny, Granger – tymi słowami zakończyli rozmowę. Westchnęła i zaczęła jeść tosty, popijając je sokiem dyniowym, a potem spożyła wszystkie eliksiry które jej naszykował.
- Zadanie wykonane.
- Nie jesteśmy na lekcji.
- W takim razie zjadłam.
- Dobrze – spojrzał na nią i się zaśmiał. Wyglądała całkiem uroczo. Dziewczyna była w istnym szoku, że nietoperz z lochów potrafi się śmiać. - Co ty masz na sobie?
- Piżamę, tak jak pan mi kazał... - nie wiedziała o co mu chodzi. Spodnie w szkocką kratę i bluzka z długim rękawem, przyozdobiona w słoniki wywołała w nim takie emocje?
- Ty chyba nie jesteś dzieckiem, Granger... - zlustrował ją spojrzeniem i powstrzymał śmiech. Czy naprawdę w jego oczach była tylko małolatą?
- Oczywiście, że jestem! Tak samo jak i pan dla swoich rodziców! - wstała, a po policzku poleciała jej krew.
- Kobieto, czemu ty ryczysz? - warknął, nie wiedząc co robić z nastolatką i jej buzującymi hormonami.
- Bo jestem dzieckiem i mam takie prawo – powiedziała, a warga drżała jej nerwowo. Położyła się do łóżka i odwróciła się do niego plecami. - Z łaski swojej może pan sobie pójść, bo chce spać!

Snape jeszcze chwilę siedział w fotelu, wpatrując się w sylwetkę dziewczyny. Czy on naprawdę był takim zimnym i bez serca czarodziejem? No racja, bo przecież był tylko dupkiem z lochów. Westchnął ciężko i wyszedł z salonu gasząc światło, zmierzając tym samym do gabinetu, aby poszukać jakiś informacji dotyczących skutków ubocznych spotkania z Szyszymorą. Jego myśli jednak wciąż zostały przy Gryfonce.



- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

Witajcie kochane Misiaczki ♥


Rozdział dedykuję:

Anthony'emu – za każdą pomoc przy sprawdzaniu rozdziałów, które w stanie 'surowym' wyglądają nie za fajnie xd Dziękuję, że poświęcasz swój cenny i wolny czas mimo że tego nie musisz robić ^^ Dziękuję Ci za każdą rozmowę, która się zaczyna i kończy na podłodze śmiechem :D Dziękuję, że jesteś ze mną i wytrzymujesz... ♥

Rozdział należy do tych, które pisało mi się najtrudniej i miałam z nim najwięcej problemów. Podoba mi się tylko jego jedna część a mianowicie... sen. Ogólnie cały jest... trudny do 'rozgryzienia' ale od właśnie tego mamy już coraz więcej tylko Sevmione ^^

niedziela, 11 sierpnia 2013

Rozdział 33

Podobno trzeba tonąć, lub spadać z trzeciego pietra, aby ujrzeć wstecz całe swoje życie. Ona nie chce ani tonąć, ani spaść z trzeciego piętra. Chce żyć, jak najdłużej – mimo to chciałaby dokładnie i wyraźnie ujrzeć całą drogę, którą już ma poza sobą, oczywiście nie ze ścisłością fotograficzną, ale jak kolorowy film, przerobiony z powieści z wyeliminowaniem rzeczy zbędnych i nużących publiczność.

***

Wysoki, szczupły mężczyzna o ziemistej cerze i charakterystycznym haczykowatym nosie wpatrywał się w witrynę sklepową, oglądając zagonionych czarodziejów kryjących się w pubach przed mrokiem i zimnem albo wracających pośpiesznie do swoich domów. Za jego plecami dobiegł cichy, wesoły głos staruszka. Właściciel tego głosu był niskim mężczyzną o przyjemnej wesołej twarzy i siwej czuprynce na głowie. Murry, bo tak nazywał się ten czarodziej pół krwi, pochodzący ze Szkocji, który w dzieciństwie razem z matka, ojcem, dziadkiem i dwójką młodszego rodzeństwa podróżował po morzu. Tam też na jednym statku spotkał swoją pierwszą i jedyną miłość Marie. Razem z małżonką przez ponad 30 lat mieszkają w wiosce Hogsmeade. Murry jest aptekarzem, u którego Severus kupuje niektóre ingrediencje do eliksirów. Mistrz Eliksirów, odkąd pamiętał, zawsze znał tego miłego staruszka, którego traktował, jak wujka już od wczesnego dzieciństwa. Człowiek Morza, bo tak było tłumaczone imię Murry'ego, położył na blacie małą paczuszkę. Severus kiwnął głową, uśmiechnął się lekko, schował zakupioną rzecz do kieszeni czarnego płaszcza i wyszedł ze sklepu. Uliczki były opustoszałe. Gdzieniegdzie można było spotkać czarownice wbiegające do pubów, chowając się przed listopadowym, zimnym powietrzem, które szczypało w nos i uszy.


Profesor Snape szybko dostał się do zamku, zostawiając w swoich komnatach płaszcz i z trzepotem swoich mrocznych szat wszedł do Wielkiej Sali na ostatni posiłek tego dnia. Uwielbiał ten stan, kiedy przechodził między stołami, a uczniowie tak się go bali, że spuszczali głowy, chowając wzrok w swoich talerzach. Zasiadł pomiędzy Albusem i Minerwą. Nalał sobie gorącej kawy i po chwili zamoczył zmarznięte wargi w gorącym napoju, a jego zbolała dusza zaczęła się powoli ocieplać.


W Wielkiej Sali trwała kolacja, która została nagle przerwana głośnym skrzypnięciem starych drzwi. Ci, co siedzieli najbliżej wyjścia automatycznie skulili się z zimna, które zostało przez kogoś wpuszczone. Kotka woźnego, pani Norris, dumnie przeszła przez długość sali kierując się do otwartych drzwi. Wychyliła główkę rozglądając się na boki i prychnęła tak głośno, że widelec Hagrida spadł na podłogę. Przebiegła pomiędzy stołami, prychając na około i wskoczyła na ramię swojego właściciela. Niecałą chwilę później w progu drzwi ukazała się biało-niebieska plama. W sali rozpoczęło się głośne poruszenie. Jeden Gryfon wstał jak oparzony i krzyknął patrząc na dyrektora:


- To patronus Hermiony! - wydarł się Potter.
- Cisza! - krzyknął dyrektor. Wielka Sala, która niedawno była spokojnym miejscem, zmieniła się w rozhisteryzowaną rzeź. Gryfoni zaczęli się wydzierać na całe gardła, a inni uczniowie biegać po sali, uciekając przed tymi, co wyciągnęli w akcie gotowości różdżki. Czarodziej przyłożył sobie różdżkę do gardła i po chwili Wielką Salę wypełnij stanowczy głos mężczyzny uspokajając wszystkich: - Cisza!
- Gryfoni na swoje miejsca - krzyknął prefekt Domu Lwa.
- Hermiona! - rudowłosy chłopak stanął przy swoim przyjacielu obserwując, jak patronus ich przyjaciółki przemierza odległość do stołu nauczycielskiego i zatrzymuje się przed Mistrzem Eliksirów.
- Mów, no! - Snape pogonił patronusa, który usilnie się w niego wpatrywał tym wzrokiem co zawsze ona i ledwo słyszalnym głosem powiedział:
- Zakazany Las... - poczuł, jakby ktoś wrzucił mu woreczek lodu. Znowu było tak, jakby miał w głowie film który tylko czekał żeby się wyświetlić. Przez  sekundę ujrzał Hermionę, leżącą we krwi... martwą. Szybko odgonił od siebie tą okropną myśl. Musiał ją znaleźć.
- Hagrid, bierz Kła! - krzyknął czarodziej wyciągając różdżkę.
- Prefekci, proszę odprowadzić uczniów do dormitoriów - krzyknęła McGonagall. - Natychmiast!


Severus biegnąc korytarzem zauważył, jak patronus jego uczennicy wyprzedza go poganiając mocnym syknięciem. Snape zacisnął palce na różdżce, zbiegając po schodach. Z daleka ujrzał gajowego wchodzącego z wielkim psem do Zakazanego Lasu. Szepnął zaklęcie wbiegając miedzy drzewa, które rozjaśniło mu drogę. Patronus zniknął mu z oczu, tylko po to, by nakierować gajowego do właściwego miejsca. Serce łomotało mu strasznie w piersi, a oddech był nierówny, kiedy przedzierał się przez gałęzie. Jego głowę zaprzątał tylko jeden obraz. Ona. Kiedy ich usta połączyły się w niewinnym pocałunku, ona obrażona, jak pięciolatka, ona uśmiechająca się słodko, ona płonąca szkarłatnym rumieńcem na jego widok. Niecałą minutę później, pół olbrzym szedł z kimś na rękach. Nie mogła to być ona, bo osoba na rękach mężczyzny była o wiele mniejsza.


- Idź za światłem patronusa. Hermiony pilnuje Kuguchar.
- Co z nią?!
- Cholibka, wygląda źle. Traci dużo krwi. Zawiadomię Poppy, aby szykowała się już - po czym zniknął z dzieckiem i psem za drzewami


Kiedy znalazł się tam, patronus zniknął. Leżała na ziemi, a przy niej czuwał Kuguchar, który na widok czarodzieja cicho mruknął, pochylił się nisko, swoim nosem szturchnął nastolatkę w dłoń, po czym zniknął między drzewami. Snape podbiegł i uklęknął przy niej na ziemi, brudząc swoją mroczną, czarną szatę. Odgarnął jej z twarzy włosy, które były posklejane krwią, ziemią i lisimi. W jego oczach gościł smutek i ból który z każdą sekundą się pogłębiał. Dotarło to do niego, w takich fatalnych okolicznościach, ale dotarło. Ten stary gbur ją kochał, tą piękną, młodą czarownicę z planami na przyszłość. Na swoją odkrywczą myśl uśmiechnął się blado. Zawsze był przygotowany i miał przy sobie najważniejsze eliksiry. Wyciągnął z kieszeni mały, czarny flakonik, zębami wyciągnął korek i polał kilkoma kroplami ranę dziewczyny, aby zatamować krwawienie, później będzie musiał pozszywać cztery głębokie rany po pazurach Kuguchara. Ostrożnie wziął ja na ręce. Była taka krucha, słaba i bardzo delikatna. Snape spojrzał w jej zamknięte oczy, pochylił się i ostrożnie ja pocałował.


***

Szkolne korytarze były opustoszałe, nawet postacie w portretach chowały się w jednym obrazie, a dokładnie za dużym murem. Czarodziej warknął do nich, aby się nie wygłupiały, bo nie ma dla nich zagrożenia, aby się tak chować i mają wyjść. Ponure pomruki wypełniły korytarz i po chwili czarodzieje i czarownice przechodzili między ramami obrazu, lądując we własnych portretach. Snape poprawił sobie dziewczynę w ramionach i zacisnął dolną wargę tak mocno, że poczuł na języku słodką krew. Biegł zajął mu kilka minut. Białe drzwi, za którymi było Skrzydło Szpitalne, otworzył mocnym kopniakiem zwracając na siebie uwagę pielęgniarki, dyrektora i dwóch opiekunek. Mistrz Eliksirów podbiegł ostatkiem sił do najbliższego łóżka, po drodze przywołując na stolik nocny potrzebne eliksiry. Miał ją położyć ostrożnie, a wyszło tak, że rzucił ją na materac. Poppy wygoniła wszystkich i została w sali tylko z Mistrzem Eliksirów. 


- Cała blada – rzekła krótko. Dotknęła jej policzka i szybko zabrała rękę. - I lodowata! - wybrała czerwony flakonik, a zawartość wlała jej do ust i po chwili na policzkach Gryfonki pokazały się różowe plamki.
- Muszę jej zszyć ramię.
- Ja to zrobię.
- Ty? Pogięło cię, chyba! Nawet nie potrafisz nożyczkami po prostej linie przejechać, a ty chcesz człowieka zszywać! - rzucił oschle, patrząc na kobietę. Wyrwał jej gąbeczkę z dłoni, którą zdążyła szybko przechwycić i zaczął odkażać jej ranę. - Sam to zaszyję.
- Co tam było w lesie? - powiedziała cicho, jakby nie słyszała wcześniejszej wypowiedzi mężczyzny. - Hagrid mówił, że pilnował jej Kuguchar.
- Tak, był tam - zaszył jedno długie rozcięcie.
- Jak ściągnę jej szwy, trzeba będzie smarować ranę, bo będzie brzydka blizna - spojrzała na nieprzytomną dziewczynę. Wzięła do ręki Eliksir Wzmacniający i Eliksir Słodkiego Snu. - Niech trochę siły jej powrócą i po tym pośpi sobie, biedulka - dwa flakoniki wlała jej do ust.
- Prawie skończyłem – powiedział, kiedy odłożył do metalowego pojemnika, koło gąbeczki, zakrwawiony wacik, nożyczki i igłę. Zabandażował jej ramię.
- Teraz wyjdź.
- Niby czemu?
- Bo muszę ją przebrać – spojrzała ostro na niego. - No dalej, rusz się! - gdy kobieta odwróciła się do niego plecami, ściągając dziewczynie buty, warknął na to stare, upierdliwe babsko, po czym zasłonił białe kotary i usiadł na najbliższym łóżku, czekając.


Oparł głowę na śnieżno białej poduszce, a jego kruczoczarne włosy były porozrzucane na niej. Wziął kilka porządnych wdechów na uspokojenie. Odwrócił głowę w lewą stronę, patrząc na parawan, za którym leżała młoda kobieta, którą Severus kochał. Dzisiaj to do niego dotarło, mimo że jest starym nietoperzem i główną atrakcją koszmarów dzieci. Sam nie mógł tego pojąć, jak on może posiadać jakiekolwiek uczucia, odsuwając na dalszy plan te negatywne. Kiedy pielęgniarka przebrała dziewczynę i ewakuowała się do swojego gabinetu, on wszedł do środka. Spojrzał na jej lekko zaróżowione usta, brzoskwiniową cerę i niesforne loki, a jego zbolała dusza uradowała się. Severus Tobiasz Snape posłał pannie Granger słodki uśmiech, mimo że była po eliksirze słodkiego snu, co nie do końca mu wyszło, bo zamiast cudownego uśmiechu wyszedł jego markowy, mroczny uśmieszek.

***

Pokój Wspólny Gryffindoru był przesiąknięty nutką strachu, paniki i niedowierzania. Każdy obecny Gryfon siedział ze smętną miną na fotelu, kanapie, lub na podłodze. Wszyscy byli zszokowani atakiem na Hermionę. Ginny, Ron i Harry siedzieli na starej kanapie z dała od innych. Chłopcy byli w Skrzydle Szpitalnym już pięć razy, ale pani Poppy wyganiała ich groźnym syknięciem. Rudowłosa dziewczyna czuła w sobie ból, ból możliwością straty ukochanej osoby. Za każdym razem, gdy drżała, czuła silne ramiona Harry'ego mocno ją przytulając. Ron nachylił się nisko przy przyjacielu i siostrze i zapytał:


- Czułeś ból?
- Jaki? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Harry, no... blizna.
- Sądzisz, że Vol-Voldemort mógł coś knuć? - Ginny na własne słowa lekko zadrżała.
- Przecież ty dzielisz z nim jego emocje. Wiesz, co czuje i te sny co miałeś...
- Nie – stwierdził krótko chłopak. Gdzieś w głębi cieszył się, że nie czuł tak często tego bólu co rozsadza mu czaszkę i nie ma tych okropnych snów. - Blizna nie bolała.
- Więc... - chłopak rozejrzał się po pokoju i ściszył głos do szeptu. -... to dobrze prawda? Teraz wiadomo, że to nie on za tym stał.
- Ron! My nic nie wiemy – warknęła Ginny. - Nic!
- Spokojnie – Harry pocałował ją opiekuńczo w czoło, aby trochę uspokoić jej temperament.
- Nie będę spokojna! Nie wiemy, co tam się wydarzyło. Ona tam leży i nie wiemy czy... przeżyje. Nie pozwalają nam się ta zbliżyć i ja mam być spokojna?!
- Ginny – Harry mocno ją przytulił i poczuł na swojej szyi łzy dziewczyny. - Będzie dobrze. Wszystko będzie...
- Poproszę o chwilę uwagi – rozległ się kobiecy głos. Trójka Gryfonów obróciła się i ujrzała swoją opiekunkę opadającą na fotel, a kilka dziewczyn cicho pisnęło. Ron mocno chwycił siostrę za rękę bojąc się co usłyszy. - Jak wiecie, wasza koleżanka miała wypadek. Na razie nie wiemy, co dokładnie się zdarzyło... czekamy, jak się wybudzą.
- To Hermiona nie była tam sama? - zdziwił się Dean. Każdy myślał, że tylko Hermiona ucierpiała.
- Nie. Jest jeszcze jeden Puchon z pierwszej klasy – rzekła bezbarwnym głosem.
- Co z nią? Jak się czuje?! - wykrzyczał jakiś chłopak.
- Hermiona... jest w dobrym stanie. Na razie śpi i wszystko jest pod kontrolą – dało się wyczuć ulgę, która nastała nagle w Pokoju Wspólnym. - A wy do łóżek. Natychmiast!
- Pani profesor? - Ginny podeszła do opiekunki, gdy pokój zaczął się wyludniać. - Możemy iść do niej?
- Nie, przyszłam tu tylko, by przekazać informacje o stanie waszej przyjaciółki. Pani Poppy żaliła mi się, jak jej to trujecie życie – spojrzała wymownie na chłopców. - Uprzedziłam ją, że przyjdziecie, ale nie na długo.
- Możemy ją odwiedzić?!
- Panie Potter, proszę się nie wydzierać – skarciła go surowym spojrzeniem. - Idziemy, ale chce was ostrzec, że nie wygląda za dobrze. Ma siniaki i... och, zobaczycie. - w ciągu kilku minut doszli do Skrzydła Szpitalnego w zupełnej ciszy. Czarownica otworzyła białe drzwi i zaprosiła podopiecznych do środka. W sali były tylko zajęte dwa łóżka, otoczone parawanem. Z jednego wyszła pani Sprout – podopieczna Puchonów, przy drugim stała Poppy, dyrektor i na zmorę uczniów profesor Snape.
- Co ten tłustowłosy dupek tu robi? - szepnął Ron do Harry'ego, zbliżając się do czarodziejów.
- Ten tłustowłosy dupek ratował waszą przyjaciółkę – rozległ się jadowity głos. Obaj podskoczyli ze strachu. - Brak szacunku panie Wesley. Gryffindor traci...
- Severusie daj spokój – uśmiechnął się dyrektor. Podszedł do zielonookiego chłopaka i położył mu dłoń na ramieniu. - Harry pozwól na chwilę.
- Ale teraz? - spojrzał z utęsknieniem na białe kotary.
- Teraz – naciskał i odszedł z chłopcem w kąt pomieszczenia. McGonagall oddaliła się z Poppy i Snape'em, by dać chwilę uczniom. Ron odsłonił kotary i wpuścił pierwszą Ginny, która na widok przyjaciółki wybuchnęła płaczem i mocno do niej przywarła. Po dłuższej chwili oderwała się on niej i pogłaskała ją po lekko zaróżowionym policzku, kiedy Ron przysunął krzesło dla siostry, wziął drugie dla siebie i złapał dłoń przyjaciółki w której był wenflon.
- Hermiona... ty głupolu – mówiła do śpiącej dziewczyny. - Wystraszyłaś nas na śmierć – spojrzała ze współczuciem na siniaki na rękach i twarzy i zabandażowanie ramię.
- Przynajmniej jest cała. Ma dwie nogi, ręki nie straciła... – wszedł Harry i pocałował śpiącą dziewczynę w policzek.
- To nie jest zabawne... - pogłaskała ją po włosach. - O co chodziło?
- O bliznę – dwójka Gryfonów zrozumiała od razu temat rozmowy ich przyjaciela z dyrektorem. Harry z Ronem stanęli przy nogach łóżka, a Ginny pochyliła się nad jej uchem.
- Wybacz mi... - szepnęła. Wiedziała, że nie słyszy, ale nie miałaby odwagi powiedzieć jej wszystkiego prosto w twarz. - Jestem tchórzem. Cholernym tchórzem!
- Zostawmy je – szepnął Ron i razem z Harrym wyszli zasłaniając kotary. Ginny w duchu im za to dziękowała. Pogłaskała dłoń przyjaciółki, a jej sama mocno drżała.
- Wiem, że mocno was tym zraniłam – spojrzała na swoje ręce, gdzie pod warstwą swetra były blizny po samookaleczeniu. - Jestem idiotką. Nie wiem po co się zgodziłam na to... ale Hermiono to mi dziś pomogło. Wiem, że byś mnie za to zabiła, ale dziś zrobiłam kilka nacięć, jak się dowiedziałam, że miałaś wypadek. To było głupie i bardzo tego żałuję. Teraz to do mnie dotarło, późno, ale dotarło. Nie chce być w twoich oczach słaba. Chce być silna, jak kiedyś. Zmienię się dla ciebie, bo cię kocham. Wiesz... już nie będzie kreski, już krew nie spłynie po moich rękach, to koniec. Sama wątpię w to, czy mi się uda, ale zrobię to. Dla ciebie, Harry'ego i Rona. A teraz... masz się obudzić i to już! - uśmiechnęła się lekko i otarła łzy.
- Ginny – poczuła dłoń na ramieniu. Podniosła wzrok i ujrzała swojego chłopaka. - Musimy już iść. Poppy tryska jadem, jak Snape widząc mnie na zajęciach.
- Ale ja chce tu z nią zostać.
- Jutro przyjdziemy w czasie lunchu. Wtedy będziemy z nią mogli pogadać – wtrącił się Ron. Dziewczyna wiedziała, że nie ma sensu się kłócić. Przytulia ostrożnie przyjaciółkę i splotła dłonie z Harrym, po czym wyszli ze Skrzydła Szpitalnego.

***

Severus wytarł puchatym ręcznikiem kropelki wody z twarzy. Założył szlafrok i wyszedł z łazienki, kierując się w stronę gabinetu. Machnął różdżką, usuwając zaklęcia zabezpieczające i otworzył drzwi. Nie mógł uwierzyć, że odwiedził go ten miły staruszek. W Severusie kumulowała się złość, spowodowana głupotą Gryfonki, że weszła do Zakazanego Lasu. Na drugi plan odłożył uczucie do niej, jak się obudzi to da jej ostre kazanie. Teraz musiał założyć maskę, jaką zawszę przyjmował, gdy spotykał się z tym czarodziejem.

- Żona kazała ci spać na kanapie? - powiedział na powitanie drugi raz w tym dniu.
- Nie ma jej w domu – uśmiechnął się Murry. - Pojechała odwiedzić dzieciaki.
- A ty szalejesz, jak jej nie ma. Co tym razem... sklejasz modele statków? - otworzył szerzej drzwi zapraszając go do środka.
- Mam coś lepszego – wyciągnął spod płaszcza butelkę Ognistej. - Chyba nie masz nic przeciwko?
- Murry... zapraszam.
- Musimy coś opić – usiadł w fotelu, a jego głos drżał z radości. Teraz rzuciłby się Severusowi na szyję i krzyczałby ze szczęścia.
- Maria jeszcze cię z domu nie wygoniła? - warknął jadowicie, zamykając się w sypialni i zakładając świeże ubrania. - Ja bym cię dawno wykurzył – zażartował.
- Severusie... mój drogi, życie jest piękne.
- Co ty brałeś? - wyszedł z sypialni i skierował się w stronę barku, wyciągając dwie szklanki.
- Szczęście – podskoczył żwawo na fotelu, pomimo swoich lat, i szybko poprawił okulary na nosie, aby nie znalazły się na kolanach albo w najgorszym przypadku na podłodze. Severus spojrzał na swojego przyszywanego wujka z nutką ciekawości. Ten czarodziej zawsze był promienny, a teraz radość buchała od niego, że Severus poczuł ciepło na policzkach.
- No dobra... - nalał bursztynowy płyn do szklanek i podał jedną mężczyźnie. - Mów.
- Po raz trzeci zostanę dziadkiem!
- O, moje gratulacje – uścisnął dłoń mężczyźnie. Murry razem z Marią mają trójkę dzieci. Dwóch synów i córkę, którą jego wujek usilnie chciał zeswatać ze Severusem, na co mężczyzna prychał pogardliwe. W końcu po kilku latach prób Murry'ego, aby wydać córkę za profesora Eliksirów, dał sobie spokój. Kobieta znalazła lepszego kandydata na męża, zdaniem Severusa oczywiście, i razem żyją już od 8 lat ze sobą z wrednym synkiem. - To komu się powiększy rodzina? - opróżnił szklankę do połowy.
- Carl będzie miał drugie – wyszczerzył zęby w miłym dla oka uśmiechu.
- Czyli Maria jest u nich, tak? - wolał nie mówić imienia jego synowej, bo szczerze nie pamiętał.
- Och, tak. Jak ona się cieszy... - i zaczął opowiadać, jak to dowiedział się, że po raz pierwszy będzie dziadkiem, wcześniej mówiąc o tym, jak to Maria zaszła w ciążę z ich pierwszym dzieckiem - Carlem. Kiedy skończył opowiadać spojrzał z zaciekawianiem na młodszego mężczyznę. - Wpadniesz w przyszłym tygodniu?
- Robię to od lat. Nigdy nie opuściłem imienin twojej uroczej małżonki.
- Chciałem się upewnić, bo mogłeś mieć inne plany.
- Niby jakie?
- Może... no wiesz, Severusie, byś się spotkał z jakąś kobietą? - mężczyzna przygryzł wargę. Nie nawiedził, jak Murry usilnie próbuje go zeswatać z każdą kobietą i natarczywie schodzi na temat związków.
- Wieczór mam wolny. Spokojna twoja rozczochrana – polał do pustych szklanek.
- Kiedy ty się ustatkujesz?
- Mam pracę, przecież! - warknął, opróżniając całą szklankę.
- Chodzi mi o kobietę. Severusie... ty chyba nie jesteś, no wiesz..
- Nie jestem homo, jeśli to masz na myśli! Może nie chce się związać z kobietą, bo to jest głupie! Chce być sam i nie utrudniaj mi tego - warknął
- Zmieńmy temat – powiedział szybko staruszek.
- Z przyjemnością – jego słowa ociekały jadem.
- Słyszałem, że mieliście wypadek w szkole.
- No tak... - i Severus opowiadał, jak to Hermionę zabrał z Zakazanego Lasu. Murry widział błysk w oku Mistrza Eliksirów, kiedy mówił o tej młodej kobiecie. Mimo swoich lat wiedział, że Severus nie mówi o niej, jak o zwykłej kobiecie. Kiedy opowiadał jego głos był miękki i łagodniejszy, po prostu edycja limitowana. Człowiek Morza wiedział, że ta Gryfonka zawróciła mu w głowie, z czego był zadowolony. Może Murry doczeka się dnia, kiedy Severus przedstawi mu swoją ukochaną?

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

Witajcie kochane Misiaczki ♥


Wasza nieogarnięta agentka Jazz w nocy nie mogła spać ;x Z tego powodu od 2 do 5 nad ranem czytała całkiem przyjemne opowiadanie. Potem zrobiła sobie mocną, kawę po której już nie zasnęła i jeszcze jedną i jeszcze... I tak w ten sposób wyszedł rozdział nie zbyt przyjemny, pisany pod wpływem dużej dawki kofeiny w organizmie za co przepraszam najmocniej. Nie jest ciekawy i pewnie oczekiwaliście innego obrotu sprawy za co przepraszam.


Ogromnie Wam dziękuję, za bardzo miłe komentarze pod ostatnio notką! Ja nadal nie mogę uwierzyć  że to ponad 20.000 wyświetleń i co najważniejsze, że ktoś tu zagląda i czyta te moje marne wypociny. Kocham Was! ;* Gdy czytałam Wasze komentarze to zrobiło mi się tak miło na sercu och... wcale nie płacze. Nie myślcie tak :3

Ahh... w opowiadaniu pojawiła się nowa osoba :D Szukałam długo jakiegoś zdjęcia by odzwierciedlał Murry'ego. Zaczęłam szukać w innej kategorii i tak Woddy Allen jest moim Człowiekiem Morza :3 Myślę, że polubicie tego staruszka :)