Jeszcze przez chwilę stała w miejscu, wpatrując się w drzwi jednego z rodzinnych domów w Hogsmeade. Mróz całkowicie ją otulił, a Hermiona wcisnęła skostniałe dłonie w kieszeń kurtki. Cofnęła się wpierw o jeden, potem drugi krok słysząc pod butami skrzypiący śnieg. Zanim ruszyła do centrum Hogsmeade, ostatni raz odwróciła się za siebie, dostrzegając między zasłonami twarz Murry’ego. Skinęła głową na pożegnanie i ruszyła samotnie przed siebie.
Hermiona zaczęła roztrząsać zdarzenie sprzed chwili. Kojarzyła Murry’ego jako człowieka radosnego z wesołymi iskierkami w oczach. Ich oficjalne pierwsze spotkanie podczas imienin Marii tylko utwierdziły w niej tezę, że był to człowiek niezwykle ciepły i serdeczny. Brnąc przez słabo oświetlone Hogsmeade, zdała sobie sprawę, że Murry nie wyglądał za dobrze. Zmarszczki na jego twarzy, jakby się powiększyły przez ostatnie kilka tygodni, blada cera i sińce pod oczami, nie były oznaką końskiego zdrowia. Z chwilą, gdy otworzył drzwi, wyglądał na zdumionego jej osobą. Wychylił się za jej ramię, poszukując spojrzeniem Snape’a, jakby naprawdę liczył na jego obecność.
– Nie przyszedł – powiedział wnet Murry.
– Profesor Snape poprosił mnie, abym to panu wręczyła – zaczęła przeszukiwać torebkę, zagryzając nerwowo wargę. – Powiedział, że to bardzo ważne…
Przez cały czas zastanawiała się, jaki eliksir dzierży w swojej torebce. Jak ważny on był, jaką pełnił funkcję i jak cenny musiał on być. Murry z chwilą, gdy ujrzał, jak Hermiona wręcza mu na lekko drżące dłonie, obłą fiolkę spojrzał na nią z niemałą wdzięcznością. Przez chwilę przytrzymał jej dłonie, zamykając w uścisku, a przez jego twarz przemknęła nić ulgi i spokoju. Sam Murry sprawiał wrażenie, jakby mógł w końcu spokojnie odetchnąć, jakby coś ciężkiego zsunęło się z jego barków.
– Dziękuję Hermiono za twoją fatygę. Naprawdę dziękuję… – zacisnął mocniej palce na fiolce.
– Jestem pewna, że profesor Snape osobiście by przyszedł gdyby… – urwała, poszukując odpowiednich słów. Dlaczego Snape nie odwiedził osobiście swojego wuja? Dlaczego wykorzystał ją, aby dostarczyć eliksir, który okazał się, naprawdę cenny dla Murry’ego? Zagryzła wargę, kręcąc lekko głową. Chciała obronić Snape’a, lekko nagiąć prawdę, jaka by ona nie była, aby dobrze wypadł w oczach swojego wuja. Wzięła spokojny wdech, nakładając na usta pokrzepiający uśmiech – Profesor Snape chciał tutaj być. Nie wyglądał na zbyt zadowolonego, prosząc mnie o przysługę, a jak pewnie pan wie, profesor Snape nigdy nie prosi o pomoc – Murry na jej słowa uśmiechnął się pierwszy raz tego wieczoru.
– Wiem, że przyszedłby tutaj – odpowiedział. – Severus zawsze dotrzymuje słowa. Pamiętaj o tym Hermiono. – odniosła wrażenie, jakby przez chwilę Murry spoglądał na nią nieco uważniej, jakby w jakiś kuriozalny i pokręcony sposób wiedział o ich relacji. Przełknęła niespokojnie gulę w gardle z chwilą, gdy Murry otworzył szerzej drzwi. – Zostaniesz na herbatę? Wyglądasz na zmarzniętą.
Spojrzała w dół. Sukienka do kolan, wysokie kozaki, pończochy i skórzana kurtka nijak się miały do srogiej pogody. Gdyby nie szła z wizytą do Murry’ego takie ubranie, które przyszykowała specjalnie na spotkanie z wokalistą Fatalnych Jędz dałoby radę. Uśmiechnęła się blado, starając się nie zgrzytać z zimna zębami.
– Dziękuję bardzo, ale muszę wracać do Hogwartu.
– Śmiem twierdzić, że odwiedzasz mnie przy okazji? – zagadał.
– Miałam spotkanie w Hogsmeade.
– Dlatego taki strój – zaśmiał się Murry, nieco mocniej otulając się swetrem.
– Proszę wracać do środka, przeziębi się pan.
– Hermiono dziękuję, że przyszłaś. Pozdrów, proszę Severusa i jemu też podziękuj. Będzie wiedział za co – powiedział wnet Murry.
Dygocząc z zimna, dotarła do Gospody pod Świńskim Łbem. Pchnęła ciężkie drzwi a ciepło panujące we wnętrzu, uderzyło ją w nos i zmarznięte policzki. Z ulgą weszła do środka, rozglądając się wokół. Właściciel baru polerował szkło, kilka stolików było zajętych, a czarodzieje tam siedzący dość głośno i dosadnie się śmiali, spoglądając w jednym kierunku. Hermiona również zerknęła z ciekawości gdzie oni, widząc siedzącą w rogu czarownicę. Nie taktownie było obdarowywać nieznajomą zbyt długim i nachalnym spojrzeniem, więc ruszyła w stronę baru, składając zamówienie.
Chwilę później zasiadła do stolika, kładąc na stole filiżankę z herbatą. Opadła na krzesło czując na plecach ciepło buchające z rozgrzanego kominka. Upiła łyk napoju przez chwilę, rozkoszując się rozlewającą się po ciele falą ciepła. Mężczyźni, którzy siedzieli nieopodal kolejny raz, zawyli gromkim śmiechem, usilnie próbując zwrócić swoją uwagę nieznajomej czarownicy. Takie Hermiona odparła wrażenie, bo nikt o zdrowych zmysłach nie zachowywałby się w tak niewłaściwy sposób, nawet uczniowie Hogwartu posiadali odrobinę powściągliwości, nigdy nie sprawiając problemów właścicielom gospód i karczm w Hogsmeade.
Odłożyła filiżankę na spodek, mozolnie przenosząc spojrzenie po lokalu. Mimowolnie jej wzrok uciekał ku nieznajomej czarownicy, a prawda była taka, że nie dało się odwrócić od niej wzroku. Była to kobieta po trzydziestce, z długimi, kruczoczarnymi włosami, które wdzięcznie opadały na jej drobne ramiona. Jej cera w kolorze kości słoniowej i krwistoczerwone usta dawałby niemałe wrażenie, jakby była to kobieta co najmniej chorowita. Jedyną tak bladą osobą, jaką Hermiona znała, był profesor Snape. Upiła łyk herbaty, przesuwając spojrzenie po nieznajomej. Obok kieliszka o burgundowym zabarwieniu, spoczywał papieros, jego dym unosił się leniwie w górę. Dość rzadko można było spotkać czarodziei świadomie trujących się mieszanką specyfiku. Jej nienaganna postawa, dumnie wyprostowane barki, noga założona na nogę, dawały niemałe przeświadczenie, że była to kobieta niezwykle dostojna, pewna siebie i subtelna, pomimo dość mocno odkrytego dekoltu, w który bez skrupułów spoglądali siedzący obok mężczyźni.
Niespodziewanie kobieta odwróciła głowę, a ich spojrzenia się spotkały. Hermionie przeszło przez myśl, że była to kobieta niezwykle piękna, a jej niecodzienna i nieco niespotykana uroda dodawały jej wdzięku. Prawie jak Królewna Śnieżka, pomyślała wówczas. Czarownica uniosła w górę kieliszek z winem i skinęła głową w stronę panny Granger. Nie wiedząc, co czynić, chwyciła za filiżankę z herbatą, i również uniosła ją w górę, lekko skinając głową. Kobieta uśmiechnęła się delikatnie, a następnie upiła łyk wina, odwracając od niej wzrok. Hermiona zaskoczona takim obrotem spraw, również zamoczyła wargi w gorącym napoju, decydując się już nie spoglądać w stronę nieznajomej.
Mimowolnie jej myśli powędrowały do Murry’ego. Zaczęła się zastanawiać, czy wuj Snape’a nie zaczął poważnie chorować, bo jak inaczej mogłaby wyjaśnić jego wygląd, czy radość na eliksir, który mu dostarczyła. Maria również się nie pojawiła, co dość zaskoczyło Hermionę. W duchu liczyła również na jej obecność. Chyba że już spała, pomyślała Hermiona, kolejny raz odpływając myślami do wujostwa Snape’a.
A potem tak gładko i niemal bezboleśnie jej uwaga powędrowała do profesora. Niemalże poczuła na swoich ustach ciepło jego warg. Jej nozdrza ponownie wyczuły mieszankę perfum mężczyzny, jakby dosłownie był tuż obok. Wypuściła ze świstem powietrze, czując przyjemny ucisk w podbrzuszu. Wiedziała, że powinna zganiać się za swoje postępowanie, za to, co zrobiła w jego gabinecie, ale wcale nie chciała się karać, wcale nie chciała czuć się źle i niewłaściwie. Jakaś cząstka niej, o której nie miała pojęcia, że w niej istnieje, poklepała ją po ramieniu. Z nieodpowiednią dumą, uśmiechnęła się pod nosem. Naprawdę mnie pocałował, pomyślała, przypominając sobie raz jeszcze swoją prośbę. Nie miała pojęcia skąd, wezbrała się w niej ta nagła odwaga, prosząc go o coś, czego nigdy nie powinna prosić. A on uległ, poddał się jej bez najmniejszego zawahania. Jemu też się podobało, pomyślała wówczas, przypominając sobie jego drapieżny wzrok na sobie. Bezgłośnie przełknęła gulę w gardle, zastanawiając się, jak teraz będzie wyglądać ich relacja. Czy znów Snape postanowi jej unikać? Czy będzie zachowywał się tak, jakby nic się nie stało? Nie, na pewno nie, powiedziała z niemałą zuchwałością, zakładając buntowniczo ręce pod biustem. Gdyby mnie nie chciał, nie pozwoliłby na to wszystko, dodała.
Właściciel baru zaczął uporządkowywać lokal, szykując się do jego zamknięcia. Hermiona obróciła się prędko za siebie, dostrzegając za ladą mały zegar. Zaraz jedenasta, pomyślała. W pośpiechu zarzuciła na siebie kurtkę. Nie miała pojęcia ile jeszcze jej zgoda na wyjście będzie ważna. Nie wiedziała również jak długo będzie aktywny kominek, do którego połączenia udzielił jej i Malfoyowi profesor Snape. Na samą myśl powrotu do Hogwartu przez śnieg w skórzanej kurtce, zadrżała z zimna. Przemknęła między wychodzącymi klientami do schodów prowadzących na górę. Wspięła się po nich niemal niezauważona, prosząc w duchu Merlina, aby nie zaskrzypiały. Stawiała szybkie kroki, nie mogąc pozwolić, aby właściciel baru przyłapał ją na kręceniu się po gospodzie, zwłaszcza że zamykał już lokal. Usłyszała dochodzące z dołu marudne pomruki mężczyzn.
Wychodząc zza zakrętu, wpadła całym ciałem na szafkę stojącą za rogiem. Zasyczała, czując ostry ból w biodrze. Ciężki wazon zachwiał się niebezpiecznie. Hermiona zaklęła w myślach z tą samą chwilą, gdy wazon przechylił się w bok. Nieporadnie wyciągnęła dłonie, aby złapać go przed upadkiem, gdy nagle spostrzegła, czyjeś dłonie. Ktoś chwycił wazon w ostatniej chwili. Hermiona przymknęła na moment powieki, czując paraliżujący ból promieniujący wzdłuż całej nogi. Zacisnęła dłonie na szafce o mało nie tracąc równowagi. Jednak ktoś, kto złapał wazon, chroniąc go przed potłuczeniem, również chwycił ją pod łokieć, chroniąc przed upadkiem. Dała sobie chwile na unormowaniu oddechu. Ból w udzie zaczął się normować, a Hermiona wiedziała, że formował się tam potężny siniak. Z chwilą, gdy poczuła, że stoi już stabilnie, uniosła niepewnie głowę, prosząc w duchu samego Merlina, aby dziwnym trafem nie okazał się to właściciel baru. Nie wiedziała, czy poczuła ulgę, czy zawód dostrzegając w blasku pochodni platynowe włosy. Zmrużyła oczy, uważniej mu się przyglądając.
Ostatni raz widziała Malfoya godzinę temu, gdy po spotkaniu z Myronem kazała mu wracać do Hogwartu. Nie wyglądał na zadowolonego jej samowolką, a Hermiona nie mogła mu przecież wyznać, że musi pilnie odwiedzić wuja ich profesora. Gdzie ty idziesz? Mamy wracać do Hogwartu Granger!, niemal słyszała w bębenkach jego głos. Machnęła na niego dłonią i czym prędzej opuściła pokój, nie mogąc pozwolić, aby ją dogonił, siłą zaciągając do kominka.
– Granger – syknął, niemalże drapieżnie. – Gdzieś ty na Merlina się szwendała? – zagrzmiał, w końcu puszczając jej łokieć.
– Też się cieszę, że cię widzę Malfoy – odpowiedziała z wyczuwalną ironią w głosie, rozmasowując miejsce, w którym ją przytrzymał. Ślizgon zmrużył oczy, przesuwając po niej wzrok, jakby próbował odgadnąć, co przed nim ukrywa.
– Dobrze, że tutaj cię znalazłem. Pośpiesz się, sieć fiuu przestanie zaraz działać, a nie mam najmniejszej ochoty iść z tobą na piechotę do Hogwartu.
– Właściwie co tutaj robisz Malfoy? – zignorowała jego opryskliwy ton, gdy zaczęli kierować się do pokoju. Delikatnie zmarszczyła nos, czując pulsujące udo.
– Profesor Snape kazał mi po ciebie wrócić.
– Słucham? – zatrzymała się w połowie kroku.
Malfoy również przystanął. Zmierzwił palcami włosy i spojrzał na nią, jakby była wyjątkowo paskudnym okazem sklątki tylnowybuchowej. Hermiona w odwecie posłała mu chłodne spojrzenie.
– Wróciłem do Hogwartu jak zresztą i ty powinnaś zrobić – odezwał się z wyższością, niemalże zadzierając brodę pod sam sufit. – Kominek wyrzucił mnie gdzieś w okolicy Wielkiej Sali. Schodząc do lochów, natknąłem się na wychodzącego profesora Snape’a.
– I?
– I zapytał, jak poszło, no to mu powiedziałem, że załatwiliśmy Fatalne Jędze na bal, że spotkanie poszło wyjątkowo dobrze. No i wybacz Granger… – zbliżył się o krok, przybierając wyjątkowo irytujący głos. – Ale wymsknęło mi się to i owo, że poszłaś na samowolkę i nie zamierzałaś wracać ze mną do zamku.
– Doprawdy tak powiedziałeś? – zmrużyła oczy. Czego innego można było się po nim spodziewać? – Co na to profesor Snape? Szykuje mi się szlaban? – chciała brzmieć obojętnie, nie dając Malfoyowi żadnych przypuszczeń, że profesor Snape faktycznie zaplanował jej późniejszy powrót do zamku.
Szczęka Malfoya odrobinę zadrżała. Hermiona przez moment pomyślała, że profesor Snape musiał mu wyznać gdzie tak naprawdę, ją wysłał, jednak czym ta myśl prędko pojawiła się w jej umyśle, tak szybko zniknęła, gdy Malfoy prychnął pod nosem.
– Powiedział, że się sam z tobą rozmówi. Kazał mi wracać i czekać na ciebie tak długo póki się nie zjawisz.
– Tak powiedział? – dopytała, czując przyjemny ucisk w okolicy serca.
– Tak – westchnął Malfoy. – Powiedział, że nie ma czasu na papierologię dla Ministerstwa, gdyby jakiś troll odgryzł ci głowę.
– Profesor Snape tak nie powiedział – założyła ręce pod biustem.
– To byś się zdziwiła – powiedział z wyczuwalną ironią w głosie. – Rusz się Granger, zaraz sieć fiuu przestanie działać.
Znaleźli się w tym samym pokoju, do którego przeniósł ich kominek profesora Snape’a. Malfoy bez słowa wręczył jej gliniane naczynie z proszkiem fiuu, aby nawet na myśl jej nie przyszła kolejna samowolka. Z chwilą, gdy Granger zniknęła w płomieniach, sam chwycił proszek, zastanawiając się przez chwilę, gdzie taka roztropna i przestrzegająca zasad Granger mogła się szlajać. Nie wyglądała, jakby imprezowała gdzieś, ani spożywała samotnie alkohol. Wyglądała zbyt normalnie, aby dopuścić się tych wszystkich rzeczy. Z niemałą irytacją rzucił pod stopy proszek, mówiąc głośno i wyraźnie gdzie pragnie się udać. Wyszedł z kominka, widząc Granger, otrzepując z ramion popiół. Posłała mu zaledwie przelotne spojrzenie.
– Nie musiałaś na mnie czekać.
– Wcale na ciebie nie czekałam.
– Mam cię odprowadzić do wieży czy sama trafisz? Nie mam zamiaru znów cię nigdzie szukać.
Spojrzała na niego. Jego słowa powinny wybrzmieć nieco wrednie i chłodno, ale ton, w jakim je wypowiedział, zdawał się neutralny, jakby złość zaczęła z niego uciekać. Sama nie byłaby zadowolona, gdyby to ją wysłano, aby czekała na jego powrót.
Poprawiła na ramieniu torebkę i ruszyła w stronę drzwi. Mając dłoń na klamce, odwróciła się za siebie, uświadamiając sobie, że Malfoy stał wciąż w tym samym miejscu, uważnie się jej przyglądając, jakby naprawdę analizował, czy ma zamiar uciec.
– Trafię do wieży – rzuciła z obojętnością.
– Granger?
– Tak?
– Dobra robota. Załatwiliśmy koncert Fatalnych Jędz.
Hermiona powoli obróciła na niego wzrok. Nie spodziewała się takich słów ze strony Malfoya. Nie spodziewała się pochwały ani uznania, a Malfoy nikogo raczej nie chwali. Mimowolnie na jej ustach pojawił się mały, dość delikatny uśmiech, który starała się zakryć, poprawiając włosy.
– Dobra robota Malfoy.
I zostawiła go samego w opuszczonej klasie. Przystanęła przy schodach, które prowadziły do lochów. Coś ją kusiło, aby zajść do profesora Snape’a i przekazać informację, że dostarczyła eliksir, tak jak ją o to prosił. Jednak, gdy zsunęła stopę w dół, zaciskając dłoń na chłodnej poręczy, zadrżała. Gdzieś nieopodal zamknęły się drzwi. Co by pomyślał Malfoy, gdyby spotkał ją w drodze do lochów? Prędko skarciła się za swój pomysł i ruszyła dalej pustym korytarzem.
– Prosto do wieży Granger.
Odwróciła się ostatni raz za siebie. To Malfoy stał tuż pod schodami z dłońmi nonszalancko wciśniętymi w kieszeń płaszcza. Jego nienaganna postawa, dumnie uniesiona głowa dawały nieme wrażenie, że nie warto było go drażnić. Granger nie miała najmniejszej ochoty prowokować Malfoya, aby odprowadzał ją do wieży. Malfoy dość mocno bierze do siebie polecenia profesora Snape’a, pomyślała, wspinając się w górę. Nie pożegnała się z nim, nie kazała iść mu do lochów. Kompletnie zignorowała jego osobę, stawiając niepewne kroki. Nie odwróciła się ani razu za siebie. Nie wiedziała, czy Malfoy nadal tam stał, czy sobie już poszedł. Całą swoją uwagę skupiła na pulsującym udzie, które nie zapowiadało spokojnej nocy.
***
Tak jak przeczuwała przez niemal całą noc, kręciła się w łóżku, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Ból promieniował przez całą nogę raz na jakiś czas, mieszając się z tępym bólem, ogarniającym czaszkę.
Udało się jej zasnąć dopiero nad ranem, kompletnie przesypiając poranne wyjście Brown i Parvati. Zbudziła się pół godziny przed końcem śniadania. Zwlekła się z łóżka, rzucając tylko krótkie spojrzenie na stłuczone udo. Wykonała poranną toaletę i kroczyła do Wielkiej Sali, ciesząc się w duchu, że nie uczęszcza wraz z innymi na mugoloznawstwo. Nie widziała jak na wpół przytomna, mogłaby aktywnie uczestniczyć w zajęciach.
Wielka Sala była już niemal opustoszała. Stół nauczycielski był pusty, a pani Prince była ostatnią osobą, która właśnie od niego odchodziła. Przy stole Ślizgonów siedział jakiś pierwszoroczny, stół Puchonów, jak i Krukonów był zajęty zaledwie przez garstkę uczniów. Hermiona z ulgą zasiadła do pustego stołu Gryfonów. Nie miała najmniejszej ochoty na konwersację z kimkolwiek, póki wpierw porządnie się nie rozbudzi. Chwyciła za dzbanek z kawą, czując w nozdrzach przyjemny, pobudzający zapach palonych ziaren. Przymknęła powieki, rozkoszując się naparem.
Musiała zastygnąć w tej pozycji odrobinę za długo, bo gdy uchyliła powieki i ponownie upiła kawę, okazała się ona kompletnie zimna. Hermiona skrzywiła się posępnie, odkładając kubek. Wielka Sala niemal opustoszała, pozostała tylko ona i Ślizgon mozolnie kartkując poranne wydanie Proroka Codziennego. Spojrzała na zegar. Z ulgą stwierdziła, że miała jeszcze trochę czasu do pierwszych zajęć, więc chwyciła za lewitujący półmisek z tostami i chwyciła jednego z nich.
Nagle i niespodziewanie, nie wiadomo skąd pojawiła się przed nią szara płomykówka. Ptak spoglądał na nią z niemałą ciekawością, a Hermiona o mały włos nie zakrztusiła się pieczywem, spoglądając na zmaterializowanego ptaka. Chrząknęła, chwytając za wodę.
– I co tak patrzysz? – rzuciła w stronę sowy, gdy ta bezczelnie przechyliła głowę w bok. Hermiona miała niemałe przeświadczenie, że ptak miał z niej niezły ubaw. Odsunęła od siebie talerz, zerkając na mały rulon, przyczepiony do nóżki sowy. Nie był to Prorok Codzienny. Sówka nie miała przymocowanej sakiewki, do której mogłaby wrzucić galeona za prenumeratę magazynu. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że ta zwykła, niewyróżniającym się niczym sowa, należała do Hogwartu. – Masz coś dla mnie?
Sówka podsunęła w jej stronę nóżkę. Hermiona odwiązała rulon, a ptak pochylił się, dziobiąc ją w palec. Zasyczała lekko, czym prędzej przyciągając do siebie dłoń. Ptak ostatni raz posłał jej spojrzenie i zatrzepotał skrzydłami. Zanim wzniósł się w górę, dziobnął kilka winogron.
– Delikatny jesteś – mruknęła, jeszcze przez chwilę odprowadzając ptaka spojrzeniem.
Położyła rulon obok siebie, przymykając na moment powieki. Pulsująca i boląca noga nie były jedyną zmorą tej nocy. Przez niemal cały wieczór Hermiona miała niemałe poczucie osłabienia i zmęczenia organizmu, jakby co najmniej przebiegła maraton, a dodatkowy, pulsujący ból, który niemal rozrywał czaszkę, był jeszcze większym utrapieniem.
Przez cały poranek zastanawiała się nad swoim zmęczeniem. Nie był już to pierwszy raz odkąd, czuła się tak fatalnie we własnym, zmęczonym ciele, że nie wiedziała, co ze sobą począć. Może to przez teleportację?, zastanowiła się, uchylając powieki. Dla niewprawionych osób teleportacja mogła być bardzo wyczerpująca, a ona wraz z Ginny teleportowały się dwa razy w ciągu godziny. Była to również pierwsza samodzielna teleportacja po zdaniu egzaminów. Pokarało mnie, mruknęła pod nosem. Zdecydowanie nie powinny wybierać się z Ginny do Londynu, a poczucie winy ciążyło na jej barkach przez cały weekend. Sam Merlin mnie ukarał, pomyślała posępnie.
Przeszło Hermionie przez myśl, że być może głupim pomysłem nie byłoby odwiedzenie po południu Madame Pomfrey, prosząc ją o eliksiry wzmacniające. Z tą myślą chwyciła za rulon. Jednak wizja odwiedzenia szkolnej pielęgniarki nie powodowała pozytywnych emocji. Zbyt wiele razy leżała w Skrzydle Szpitalnym w ciągu tego roku i dobrym posunięciem byłoby spotykać szkolną pielęgniarkę jedynie na neutralnym gruncie. Z taką myślą chwyciła za rulon, a ze środka, wysunęła się niewielka koperta koloru brzoskwiniowego. Lekko rozprostowała ją w dłoniach, widząc na środku swoje imię i nazwisko, nakreślone dość schludnym pismem. Z tyłu widniała pieczęć Hogwartu. Więc to nie od profesora Snape’a, pomyślała z niemałym rozczarowaniem. Dalekie prawdopodobne byłoby to, że profesor Snape komunikowały się z nią w tak oczywisty sposób. Nie zaadresowałby koperty bezpośrednio do niej, a wyznaczyłby sowie dokładne dane adresata. Nie umieściłby również oczywistej pieczęci Hogwartu, stawiając na bezwzględną anonimowość.
Koperta nagle uniosła się w górę a ze środka, wyfrunął połyskujący pergamin. Hermiona momentalnie wyczuła w nozdrzach dość przyjemny owocowy, lekko kwiatowy zapach, którym musiał zostać nasiąknięty pergamin. Lekko podskoczyła ze zdziwienia, gdy z koperty zaczął wydostawać się melodyjny głos Cho Chang.
Picie – do krańcowej butelki,
jedzenie – do półmiska ostatniego,
zabawa – do rana białego!
My, prefekci Cho Chang i Ernie Macmillan wraz z dyrektorem Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, Albusem Dumbledorem, z radością zawiadamiamy Pannę Hermionę Granger, iż 22 grudnia 1996 roku o godzinie 20:00 odbędzie się Bal Zimowy w Wielkiej Sali. Zapewniamy dobrą muzykę, pyszne jedzenie i miłą atmosferę, a magiczna zabawa jest gwarantowana!
Dyrektor Albus Dumbledore
Prefekci Cho Chang i Ernie Macmillan
– No proszę – kąciki jej ust, delikatnie uniosły się w górę. – Wy również wywiązaliście się ze swojego zadania.
W nieco lepszym nastroju opuściła Wielką Salę, wciąż ściskając w dłoni oficjalne zaproszenie na bal. Przez krótką chwilę poczuła przyjemny ucisk w okolicy brzucha. Być może ten bal nie będzie aż taki zły?, pomyślała, widząc przed oczami wizję zbliżającego się wieczoru.
Krocząc ku schodom, Hermiona nagle przystanęła przy jednej z kolumn, niemalże padając na nią całym ciałem. Brała szybkie i niespokojne oddechy, czując łomoczące w piersi serce. Przymknęła powieki, czując przed oczami wirujący świat. Trwało to może z minutę bądź dwie nim nie poczuła się odrobinę lepiej, mogąc już spokojnie otworzyć oczy. Chwyciła się za głowę, rozważając kolejny raz wizytę u Madame Pomfrey.
– Za słaba kondycja, oj za słaba, Mionka – rzuciła pod nosem, powoli wspinając się po schodach, nie przejmując się ani odrobinę ciekawskim spojrzeniem portretów.
***
– Daj mi złapać oddech.
– Jak będziesz robić przerwy co pięć minut, nigdy nie skończymy tej próby.
– Malfoy – syknęła. – Potrzebuję chwili.
Malfoy machnął na nią dłonią, odchodząc z parkietu. Hermiona położyła dłonie na biodrach, biorąc szybsze oddechy. Ich dzisiejsza próba była istną katastrofą. Nogi plątały się jej, jakby była co najmniej utykającym trollem. Kilka razy wpadła na Malfoya tak mocno, że musiał przytrzymać ich oboje, aby nie padli na parkiet. Co gorsza, na próbę przyszła spóźniona i to Merlinie o dobre dziesięć minut. Malfoy oczywiście nie powstrzymał się, aby nie wytknąć jej braku punktualności i manier, rzucając na nią ostre, spojrzenie, gdy tylko przekroczyła próg Pokoju Życzeń. Hermiona była pewna, że gdyby spojrzenie mogłoby zabić, pewnie leżałaby już martwa.
Malfoy był poirytowany, wściekły i robił wszystko, aby dać jej do zrozumienia, że jej dzisiejsze towarzystwo jest istnym utrapieniem. Nie mogła mu się dziwić. Sama czuła wstyd własną osobą, bo zachowywała się tak, jakby dopiero wczoraj nauczyła się chodzić. Opadła na fotel, wyciągając nogi przed siebie. Spojrzała na swoje buty na niewielkim obcasie, a potem zerknęła na szmacianą torbę, która leżała tuż obok jej fotela. Róg podręcznika Kursu Tańca Dla Opornych Trolli (i nie tylko), wystawał spod materiałowej torby. Podręcznik towarzyszył jej niemal nieprzerwanie, podczas przerw, pomiędzy nauką, a ostatnio niemalże zasnęła z nim popołudniowych zajęciach. Hermiona miała nieodparte wrażenie, że gdyby Troll wyszedł z okładki podręcznika, godniej prezentowałby się w tańcu z Malfoyem niż ona. Zła i rozczarowana samą sobą, zacisnęła dłonie w piąstki, czując pod powiekami zmęczenie i coś, co kreśliło się na łzy. Przełknęła gulę w gardle, nie mogąc pozwolić, aby emocje wzięły nad nią w górę. Otworzyła oczy, prędko mrugając powiekami.
– Zachowujesz się tak, jakbyśmy nic nie ćwiczyli – powiedział z irytacją. – Znów mam traktować cię jak pięciolatkę i liczyć, abyś mogła wykonać jakikolwiek krok?
– Staram się.
– To postaraj się jeszcze bardziej. Nie sądziłem, że możesz być aż tak beznadziejna. A już pokładałem w tobie nadzieję.
– Wiesz, co Malfoy? – podniosła się z fotela, robiąc krok naprzód. Skrzywiła się odrobinę, czując ucisk w potłuczonym udzie. – Mam w nosie, co o mnie myślisz. Nie lubisz mnie, ja nie lubię cię. Nie udawaj, że zależy ci, abyśmy wypadli dobrze.
– Nie zależy mi? – zbliżył się do niej. Stał dość blisko, zbyt blisko jak na ich relację, zbyt blisko jak na zwykłą wymianę zdań. Granger niespokojnie przełknęła gulę w gardle. – Zależy mi – wysyczał niemal drapieżnie, a jego oczy pociemniały. – Nie mam zamiaru stać się pośmiewiskiem, bo ty nie potrafisz się ruszać.
– No, chyba że boisz się, że ludzie będą gadać, że to ze mną idziesz na bal.
Malfoy posłał jej chłodne spojrzenie. Jego szczęka zadrżała minimalnie, ale nie odpowiedział na jej zaczepkę. Nie takiej reakcji się spodziewała. Sądziła, że Malfoy wykorzysta okazję, aby pokazać jej, że bycie jej partnerem to największa kara, jaka go spotkała w całym jego życiu. Ten wycofał się, robiąc krok w tył. Machnął na nią jedynie dłonią, jakby odpędzał natrętną muchę sprzed nosa.
– Skończyłaś się nad sobą użalać? Możemy wracać do naszej próby?
– Nie użalam się nad sobą – skrzyżowała dłonie na biuście. Jej głos zadrżał niebezpiecznie, przez co brzmiała jak rozhisteryzowana nastolatka. On musiał to wyłapać, bo niemal natychmiast przeniósł na nią intensywne spojrzenie. Hermiona chrząknęła, oczyszczając gardło.
– Wyglądasz, jakbyś co najmniej się obijała i robiła wszystko, aby zepsuć bal. Nie będą patrzeć tylko na nas, ale na wszystkich prefektów. Pomyśl tylko, jak rozczarujesz profesor McGonagall swoim ignoranctwem.
Hermiona zagryzła wargę niemal do krwi. Cholerne słowa Malfoya sprawiły, że poczuła nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Chciała, aby dobrze wypadli, oczywiście, że tak. Jeszcze tego poranka trzymając w dłoni zaproszenie, naprawdę cieszyła się zbliżającym balem, wierząc, że może być to całkiem miły wieczór. Teraz stojąc tutaj z nim podczas kolejnej próby, pośród cholernych luster, które umieścił tutaj bez jej jasnego pozwolenia, miała wszystkiego dość. W myślach już nawet wrzucała swoją nowo zakupioną sukienkę do kominka, kompletnie niszcząc wizję balu.
– Co mam ci powiedzieć? – syknęła. – Że ledwo chodzę, bo mam stłuczone udo? – odrobinę podciągnęła spódniczkę w górę, pokazując mu ogromny rozlany siniak na bladej skórze. Malfoy pozostał niewzruszony, patrząc na nią, jakby naprawdę była, paskudnym okazem sklątki tylnowybuchowej. – Że nie jestem zaznajomiona z tańcami jak ty i twoja rodzina?
– Gdyby nie ja byłabyś cała obita – rzucił z obojętnością, ignorując wspomnienie bliskich.
– I mam wręczyć ci za to medal?
– Przestań być opryskliwa i niewdzięczna.
– Nie jestem opryskliwa.
– Jesteś. Użalasz się nad sobą. Weź się w garść Granger – wyrzucił przez zaciśnięte zęby. – Zaczynamy za minutę.
Zanim odwrócił się do niej plecami, chciała wytknąć mu, że stłuczone udo to nie jedyny problem. Chciała mu powiedzieć, że ledwo stoi na nogach, że nie czuje się za dobrze w swoim ciele i że kompletnie nie ma na nic siły, że nie wie co się z nią dzieje. Z chwilą, gdy otworzyła usta, prędko je zamknęła. Malfoy odpowiedziałby jej zapewne to, co już sama dawno wiedziała, że ma zjawić się u Madame Pomfrey. Ukryła twarz dłoniach, biorąc kilka spokojnych wdechów. Skarciła się w myślach za to, że jeszcze tego nie zrobiła. Czuła się fatalnie, jakby co najmniej miała smoczą ospę, a zachowywała się tak nieodpowiedzialnie, kompletnie bagatelizując sygnały wysłane przez jej własne ciało. Permanentne zmęczenie było czymś, co już dawno powinna przestać ignorować. Opuszczając dłonie, zauważyła, że Malfoy uważnie się jej przyglądał. Jego spojrzenie było chłodne i analityczne, jakby nieokiełznana dzikość nieco go opuściła, przynajmniej takie Hermiona odniosła wrażenie, bo wyglądał, jakby patrzył na nią w nieco łagodniejszy sposób.
– Jeśli ci pomogę, przestaniesz się mazać i możemy wrócić do naszej próby?
Z chwilą, gdy zbliżył się do niej z wyciągniętą różdżką, wciągnęła ze świstem powietrze. Jej własna różdżka została na fotelu. Rzuciła na nią błagalne spojrzenie, jednak Malfoy był już niecały metr od niej.
– Co ty chcesz zrobić? – zapytała niemalże szeptem.
– Ulżyć ci w cierpieniu.
W ułamku sekundy machnął różdżką w stronę jej uda. Malfoy okazał się tak zwinny, że Hermiona nawet nie zdążyła zareagować. W pośpiechu wymamrotał jakąś formułkę, a Granger nawet nie wiedziała, co tak naprawdę powiedział, bo w następnej sekundzie w jej stronę wystrzeliło białe światło. Coś, jakby ścisnęło ją w udzie tak mocno, jakby niewidzialna siła wyssała całe jej stłuczenie w nicość. W następnej chwili wokół jej nogi przemknęła chłodna poświata, jakby powietrze z samej Syberii otuliło ją swą mroźną aurą. Uczucie było tak krótkie, że niemal nienamacalne. Zrobiła krok w tył, ostrożnie podciągając spódniczkę. Po siniaku nie było śladu. Drżącą dłonią dotknęła uda. Nic nie bolało, nic nie ciągnęło, jakby wcale nie wpadła niezdarnie na cholerną komodę w przeklętym barze pod Świńskim Łbem.
Ostrożnie spojrzała na Malfoya. Stał obojętnie, poprawiając rękawy swojego swetra, jakby od ich idealnego ułożenia zależeć miał cały czarodziejski świat. Hermiona otworzyła usta, żeby zapytać, co to było za zaklęcie, skąd je zna, gdzie się jego nauczył, ale z jej ust, wyleciała jedynie bańka niewypowiedzianych słów. Jeśli już miała wrażenie, że zaczynała go rozumieć, zaczynał walić się pomiędzy nimi mur, tak teraz nie była niczego pewna. Draco Malfoy był zagadką, a Hermiona Granger nie lubiła niedopowiedzianych spraw. Zagryzła wargę, wygładzając spódniczkę.
– Podejdź.
Zbliżyła się do niego bez słowa. Ustawili się w pozycji, wpatrując się w siebie w niespokojnym napięciu. Nie chwycił jej za dłoń, nie ujął jej w talii. Po prostu stali, spoglądając na siebie w ciszy, a ta cisza była cięższa od jakichkolwiek słów. Malfoy nie spuszczając z niej wzroku, pstryknął palcami. Pochodnie odrobinę stłumiły swój blask. Byli tylko oni w otoczeniu luster i melodią, która zaczęła wydostawać się z niewielkiego magicznego radia. Malfoy wyciągnął dłoń przed siebie. Nie pochwycił jej, a czekał, jak sama postanowi do niego dołączyć. Granger ostrożnie położyła swoją dłoń na jego, a następne ruchy pojawiły się w ciągu kilku chwil. Gdy ona przypominała sobie o poprawnej ułożonej postawie, on zbliżył się tylko odrobinę, układając swoją dłoń między jej łopatkami.
Ruszyli. Bez wyuczonego raz, dwa, trzy. Malfoy prowadził, a Granger, chcąc czy nie chcąc, musiała mu zaufać. Prowadził ich wolnym krokiem, czekając, jak Granger zacznie czuć melodię w swoim ciele, jak przypomni sobie ich wcześniejsze próby, jak zacznie pokazywać, że jednak nie jest tak upośledzona ruchowo, jak wszem wobec demonstruje.
Ona jakby pomyślała o tym samym. Nie skupiła uwagi na pulsującym udzie, bo ból odszedł w zapomnienie z chwilą, gdy Malfoy rzucił na nią zaklęcie. Nie myślała o ogólnym osłabieniu, jakie w dalszym ciągu dzierży na swych barkach. Myśl o zakończeniu dzisiejszej próby, była silniejsza niż jej gorsze samopoczucie. Znalazła w sobie całą silną wolę, zagryzła od środka policzek niemal do krwi, nie mogąc mu pokazać, jak zmęczenie ogarnia jej ciało. Jedyną myślą, która podtrzymywała ją na duchu, było to, że jeśli pokaże mu, że nie jest taka beznadziejna jak myśli, ich próba zakończy się o ustalonej porze. Z tą myślą dała mu się poprowadzić, a Malfoy bez ostrzeżenie wykonał jeden, potem drugi, a na koniec trzeci obrót.
– Jesteś odrobinę mniej beznadziejna, niż myślałem – powiedział, gdy się zatrzymali. W jego głosie nie usłyszała sarkazmu ani ironii.
– Dzięki za komplement.
– To nie był komplement – odpowiedział. – Nie robimy przerwy, bo zaraz znów zardzewiejesz.
– Żebyś sam zardzewiał… – mruknęła pod nosem.
– Słyszałem.
– I miałeś słyszeć – odpowiedziała, gdy gładko sunęli po parkiecie.
Dobra passa nie mogła trwać wiecznie. Hermiona zatrzymała spojrzenie na ich odbiciu w lustrze. Malfoy dumny i wyprostowany, zachowywał się tak, jakby z tańcem znał się nie od dziś. Ona niemalże jak niezdarne kaczątko w jego ramionach, sprawiając pozory, że wie, co robi. Przesunęła wzrok po jego barkach, włosach, a gdy wykonali obrót, spojrzała na swoją zmęczoną twarz. Coś zakuło ją w okolicy serca, widząc swoje sponiewierane odbicie w lustrze. Widziała niemalże obcą sobie dziewczynę, kompletnie nie przypominając Hermiony, którą znała.
– Cholera, Granger!
Zatrzymali się niemal od razu. Nadepnęła na niego, tylko dlatego, że zgubiła poczucie rytmu, wpatrując się w swoje odbicie. Zostawiła Malfoya, podchodząc do jednego z wysokich luster. Stanęła krok od tafli, spoglądając na siebie z niemałą udręką. Elektryzujące włosy spięte w niedbałego koka. Brązowy, nieco za duży wełniany sweter i czarna, lekko rozkloszowana spódniczka przed kolano. Buty na niewielkim obcasie, mające dodać jej złudne poczucie, że wie o wiele więcej po lekturze Kursu Tańca Dla Opornych Trolli (i nie tylko). Zbliżyła się o krok, zaglądając nieco głębiej niż powierzchowne opakowanie jej duszy. Zajrzała w czekoladowe oczy, czując przeszywającą pustkę.
Malfoy spoglądał na nią w milczeniu, a jego zimne i nieprzeniknione oczy nie zdradzały niczego. Przywołał do siebie butelki z kremowym piwem, które ponownie przyniósł ze sobą na ich próbę. Spojrzał na ciemne szkło, a następnie na Granger, która w dalszym ciągu spoglądała w swoje odbicie niczym zahipnotyzowana.
– Napij się.
Spojrzała na Malfoya, który w tym samym czasie wyciągnął w jej stronę butelkę z kremowym piwem. Sam upił łyk, nie spuszczając z niej przeszywającego spojrzenia. Intensywność, z jaką na nią spoglądał, była nieznośna. Odwróciła wzrok od dominującego spojrzenia Malfoya, bojąc się, że w jakiś pokręcony i kuriozalny sposób domyśli się, że tu wcale nie chodziło o stłuczone udo, że coś, kłębiące się głęboko w niej próbuje wydostać się na powierzchnię.
– Dzięki.
Chwyciła za butelkę, upijając łyk. Tak jak ostatnio z dozą powściągliwości i niepewności zaglądała w butelkę, tak teraz kompletnie odsunęła od siebie obawy otrucia. Gdyby chciał zrobić jej krzywdę, zrobiłby już to dawno, nawet za specjalnie się z tym nie kryjąc.
Ponownie spojrzała na swoje odbicie. Malfoy ustawił się tuż obok niej i również spoglądał na nich, upijając kremowe piwo. To wszystko wyglądało kuriozalnie. Oni potajemnie spotykający się przed wszystkimi, aby wykonywać swoje próby. On stający na wysokości zadania wyposażając Pokój Życzeń we wszystko, co im potrzebne, aby ich taniec miał namiastkę profesjonalizmu. Ona potajemnie czytająca Kurs Tańca Dla Opornych Trolli (i nie tylko), aby pokazać mu, że wie, co robi.
Gdyby ktoś na początku roku powiedział Hermionie, że będzie stać obok Malfoya dłużej niż pięć minut, nie rzucając w jego stronę obelg, na pewno wysłałaby tę osobę na zamknięty oddział do Świętego Munga. I gdyby ktoś tylko próbował napomknąć jej, że Malfoy bez słowa uleczy jej stłuczone udo, czy będzie szukać jej na polecenie profesora Snape’a, na pewno zaśmiałaby się temu komuś głośno w twarz.
Teraz stojąc w Pokoju Życzeń przy boku samego Dracona Malfoya, którego nienawidziła przez ostatnie lata, zdała sobie sprawę, że nic nie było już jak dawniej. Wszystko się zmieniło, jakby nie zmieniło się właśnie nic a dominujący i kontrolujący wszystko i wszystkich Malfoy wyglądał, jakby również to sobie uświadomił. Oboje nie wyglądali na zadowolonych takim obrotem spraw, lecz żadne z nich nie miało w sobie na tyle odwagi, aby wyciągnąć te lęki i obawy na powierzchnię.
– Nie obijaj się Malfoy, zaczynamy – powiedziała, stawiając pod stopy pustą butelkę, a ta w magiczny sposób zniknęła. Obróciła się na pięcie i zostawiła Malfoya samego. Ustawiła się na środku parkietu, poprawiając barki. Spojrzała na niego z dozą niecierpliwości. – Rusz się bo zaraz sam zardzewiejesz.
***
Metaliczny zapach krwi przecinał niemalże całe kwatery Snape’a. Na środku salonu, leżał ciemny płaszcz, rzucony jakby niechlujnie, jakby pospiesznie na dywan, jakby ten, kto go zostawił, nie martwił się zakrwawionym materiałem, który właśnie zostawił burgundowy ślad na wykładzinie. Salon przecinało delikatne światło wydostające się z uchylonych drzwi do łazienki. Rozmazany ślad dłoni tuż przy drzwiach odcinał się na tle buchającego kominka.
Snape stał oparty o umywalkę. Całe jego ciało było napięte niczym struna, lecz pojedyncze mięśnie na jego twarzy drżały niespokojnie. Oddychał płytko i powoli spoglądając z obojętnością na zaciśnięte dłonie na brzegu chłodnej umywalki. Po kilku ciągnących się w nieskończoność minutach wsunął dłonie pod ciepłą wodę a czerwona smuga, zaczęła mieszać się z nieskazitelnie czystą wodą. Nie wiedział, czy była to jeszcze jego własna krew, czy innych ukaranych przez Czarnego Pana.
Zgarbił się gwałtownie, czując przeszywający, ostry ból w prawym boku. Odgarnął prowizoryczny bandaż, widząc ostre, głębokie nacięcie, z którego ciekła strużka krwi. Niedbale założone jedną ręką szwy, wyglądała jak robota pijanego małolata, który nie wiedział, co robi. Jednak Snape doskonale wiedział, co robi, wiedział, jak oczyścić ranę, wiedział, jak samemu się opatrzyć, wiedział wszystko, jakby jednocześnie nie wiedział nic. Zagryzł wargę, ostrożnie dotykając poszarpanych szwów. Praca była szybka, prowizoryczna, robiona po macoszemu. Nie miał za dużo czasu, aby zająć się swoją krwawiącą raną, musiał działać instynktownie, robiąc cokolwiek tuż po opuszczeniu murów Malfoy Manor, gdy znalazł się w gęstym lesie. Bez medycznego sprzętu bez niezbędnych eliksirów. Tylko z tym, co znalazł w kieszeniach swojego płaszcza, aby jakkolwiek oszczędzić ciało przy wymagającej teleportacji. Dodatkowe rozczepienie nie było mu potrzebne. Nie chciał znaleźć swojego palca, czy naderwanej nogi rozrzuconej gdzieś na polu, bo nie był w stanie utrzymać wszelkich środków ostrożności przy teleportacji. Jego nogi zadrżały tylko odrobinę, gdy sięgnął po swoją różdżkę. Próbując opanować spazmy i niespokojne mięśnie, zbliżył końcówkę różdżki do sączącej się rany.
– Vulnera Sanentur – pierwsze powtórzenie zaklęcia spowolniło przepływ krwi. – Vulnera Sanentur – drugie zaczęło powoli leczyć ranę. – Vulnera Sanentur – przy trzecim powtórzeniu rana Snape’a całkowicie się zasklepiła.
Opadł na płytki, chowając głowę między kolana. Oddychał głęboko, pozwalając sobie na drżenie całego ciała, chociaż przez chwilę, chociaż przez minutę, dając sobie nieme pozwolenie na słabość. Gdy uznał, że wystarczająco ukazał przed samym sobą lukę w swojej samokontroli, powstał, nakładając na swoją twarz maskę obojętności. Nie zerknął na swoje odbicie w lustrze. Nie spojrzał nawet na zakrwawione odciski palców na umywalce. Stopą odsunął w bok prowizoryczny bandaż, jakby był co najmniej skażony jakimś kwasem, a potem zrzucił z siebie resztę ubrań. Wszedł pod prysznic, odkręcając kurki z wodą. Lodowaty strumień spłynął kaskadą po jego włosach, kręgosłupie, nogach i stopach, nie sprawiając, że zadrżał nawet na chwilę. Woda zmywała z niego pozostałości krwi, ukazując bladą i posiniaczoną w wielu miejscach skórę.
Nie miał czasu na użalanie się nad sobą, więc po chwili wyszedł spod prysznica, rzucając na siebie zaklęcie osuszające. Zignorował bałagan, jaki zostawił i wyszedł z łazienki, kierując się do swojej sypialni. Wciągnął przez głowę luźną mugolską koszulkę, aby nie drażnić wciąż pulsującej rany. Na barki zarzucił nieco niechlujnie wełniany sweter. Wciągnął bieliznę, spodnie, które pierwsze pochwycił z szafy i wszedł ponownie do salonu. Zatrzymał się na środku, spoglądając z niemą obojętnością na zakrwawiony płaszcz. Schylając się po niego, poczuł ostre, ciągniecie w ranie. Zagryzł minimalnie wargę, zaciskając dłonie na płaszczu. Bez najmniejszych skrupułów wrzucił go do kominka, gdzie języki ognia uczyniły z niego niezłą ucztę.
Niczym cień sunący nocą po cichych korytarzach zamku, wślizgnął się do swojej pracowni. Przebrnął przez cały rządek obłych eliksirów, trafiając na samotną fiolkę dyptamu. Dłonią otarł odrobinę kurzu, który zawieruszył się na ciemnym szkle. Rzadko kiedy sięgał po dyptam. Używał go nie raz i nie dwa podczas warzenia eliksirów, ale nigdy za specjalnie sam go nie zażywał. Magiczna funkcja dyptamu działała cuda zaraz po zrośnięciu ran, unikając powstawaniu blizn. Chociaż jego ciało było oszpecone przez wiele blizn i to nie tylko po walkach wewnętrznego kręgu, torturach, lecz były też takie, które przypominały mu o dzieciństwie na Spinner's End. Dzisiejsza rana mogłaby się babrać przez długie miesiące, pomimo wcześniejszego leczenia. Wiedział doskonale, że sztylety Bellatrix nie były za specjalnie sterylne, które nosiła przy sobie, niczym drogocenną biżuterię. Wylał niemal połowę zawartości dyptamu na gazę i przyłożył do rany. Zasyczał przez zęby, gdy substancja niczym żrący kwas przedarła się przez ranę. Zacisnął dłoń na gazie tak mocno, że jego kłykcie pobladły.
Odsunął od siebie gazę, spoglądając na wyschniętą, brunatną ciecz dyptamu. Rozcięcie wibrowało i pulsowało nieznośnie, aż w końcu niewidzialna siła zassała rozcięcie, a Snape wypuścił z siebie długo wstrzymane powietrze. Nie pozostał ślad, chociaż on doskonale widział oczami wyobraźni podłużne rozcięcie na swoim boku, jakby jego podświadomość nie pozwoliła mu do końca zapomnieć dzisiejszego wieczoru.
Raz jeszcze sięgnął do swoich zbiorów, wyciągając nowe fiolki. Bez zastanowienia wypił eliksir regenerujący krew. Mimo że nie działał magicznie od razu, przez noc mógł spokojnie pobudzić szpik do produkcji krwinek, przyspieszyć regenerację organizmu i zminimalizować ryzyko omdlenia. Później wypił całą fiolkę eliksiru przeciwbólowego, tłumiąc ogniska i stany zapalne, które szalały w całym jego ciele. Skrzywił się tylko odrobinę, wypijając fiolkę z eliksirem wzmacniającym. Poczuł jak przez jego ciało, przepłynęła ciepła fala, nieco kojąca, nieco odprężająca mięśnie. Niczym po dotknięciu różdżki poczuł zauważalną zmianę. Koncentracja się wyostrzyła, powracając do swoich pierwotnych ustawień, lekka dezorientacja została stłumiona, a drżące mięśnie, z którymi bezskutecznie walczył, jakby odpuściły, dając mu chwilę wytchnienia. Raz jeszcze wyciągnął dłoń po kolejną fiolkę. Tylko przez chwilę wpatrywał się w gęstą ciecz zanim nie odkorkował flakoniku i nie przełknął, paskudnej cieczy, która miała działać przeciw skutkom czarnej magii. A patrząc na całokształt Bellatrix, nawet jej perfumy były iście nasiąknięte czarno magicznymi zaklęciami. Jego dłoń zadrżała, zatrzymując się nad eliksirem uspokajającym. Z uważnością spoglądał na fiolkę, czując przepływające wzdłuż kręgosłupa niespokojne dreszcze. Kalkulował kolejny krok, zastanawiał się nad nim, nim w końcu nie zabrał w dłoni w tył, zamykając za sobą szafkę.
Opadł na fotel, przymykając powieki. Przed oczami przemykały przebłyski dzisiejszego spotkania wewnętrznego kręgu, których za nic nie mógł powstrzymać. Niepowodzenie misji, której wyjątkowo nie on przewodził, przelało czarę goryczy. Oznaczało to tylko jedno, że Voldemort popełnił błąd, wyznaczając kogoś innego na lidera. A Voldemort przecież był nieomylny. Z własnej próżnej postawy wściekły Voldemort, który w swojej furii był nieprzewidywalny a nieprzewidywalny Voldemort, był jeszcze niebezpieczniejszy niż zazwyczaj, rzucał wokoło wyjątkowo bolesne zaklęcia, raniąc i uśmiercając kilkoro niskiego szczeblu śmierciożerców. Bellatrix wpadła w szał, podłapując wściekłość Czarnego Pana. Rzucała na oślep zaklęciami tnącymi by na koniec, pośród krzyku rannych śmierciożerców cisnąć swoim sztyletem.
A pośród tego całego chaosu i zamętu był on. Snape, który odbijał od siebie pędzące zaklęcia, został ugodzony sztyletem Bellatrix. Zachwiał się odrobinę, a czas jakby zwolnił. Przez moment pociemniało mu przed oczyma, a z twarzy odpłynęła krew. Zakrwawiony sztylet padł bezgłośnie na posadzkę. Wokół skomlący, ranni śmierciożercy. Szaleńczy śmiech Bellatrix wbijał się w jego bębenki, a pośród tego wszystkiego była Nagini, pełzająca wokół rannych ciał, gotowa do ataku.
– Utrzymaj go przy życiu Severusie – Voldemort niczym czarny cień znalazł się obok Snape’a. Do nozdrzy Mistrza Eliksirów dopłynęła wyjątkowo odrażająca woń zgnilizny, przesiąkniętej metalicznym zapachem krwi. Voldemort zdawał się nie zwracać uwagi na odrobinę przygarbionego Snape’a. Nie chciał dostrzec, a być może zignorował fakt utratę formy przez najwierniejszego śmierciożercę. – Sługa to jednak sługa. Może się nam jeszcze przydać.
Ledwo dyszący Goyle Senior, wydał z siebie krótki jęk, gdy Snape pochylił się nad nim z wyciągniętą różdżką. Snape czuł, jak przecięty bok pulsuje nieznośnie. Szata zaczęła przeciekać, a lepki materiał drażnił rozciętą skórę. Odnalazł w sobie resztki zaparcia i samokontroli. Nie złapał się nawet na moment za bok, aby podeprzeć sączącą się ranę. Zamiast tego ucisnął rozcięcia na klatce Goyle’a. Z idealnie wyuczoną maską obojętności, dusząc w sobie ból, zaczął utrzymywać funkcje życiowe ledwo oddychającego śmierciożercy, szepcząc pod nosem podstawowe zaklęcia lecznicze. Ciepła krew śmierciożercy, spływała po jego dłoniach i nadgarstkach.
Goyle niespodziewanie otworzył na wpół przytomnie oczy. Dłonią próbował chwycić się za klatkę piersiową. Być może chciał odepchnąć Snape’a, być może chciał go do siebie przygarnąć, a być może chciał chwycić za własną różdżkę, która wystawała spod szaty. Goyle zamarł na moment, gdy nad nimi pojawił się Voldemort. Czarny Pan położył dłoń na ramieniu wciąż klęczącego Snape'a.
– Wystarczy Severusie – zasyczał cicho. Snape w dalszym ciągu uciskał głębokie nacięcia, a różdżką kreślił okręgi nad otwartymi ranami. Poczuł wówczas jak koścista dłoń na jego ramieniu, zacisnęła się mocniej. Siła nie była duża, ale wzdłuż kręgosłupa Snape’a przeleciał nieprzyjemny dreszcz. – Powiedziałem: wystarczy.
Snape opuścił dłonie, odsuwając się w bok. Voldemort pochylił się nad Goyle’em Seniorem, spoglądając na niego z odrazą. Panujący wokół gwar nieco ustał, oddając miejsca jedynie pełzającej Nagini. Ranni śmierciożercy powstrzymywali krzyki i jęki, latające zaklęcia wokół ustały, a nawet zdyszana Bellatrix opuściła swoją różdżkę. Voldemort wydawał się spokojny. Zbyt spokojny na to, co właśnie miało miejsce. I w tej całej otoczce Voldemort był najbardziej nieprzewidywalny, nieprzewidywalny nawet dla samego Snape’a, który balansował na granicy rzeczywistości a omdlenia, czując ciepłą krew, sączącą się wzdłuż boku.
– Sądziłeś, że co stanie się z dowódcą, który mnie zawiedzie?
Goyle milczał. Nie był w stanic odpowiedzieć, próbując odepchnąć odruch kaszlu. Snape zauważył, jak z kącików ust śmierciożercy spływa strużka krwi. Goyle, zaczął przybierać blady odcień na policzkach. Nagini zasyczała obok nieprzyjemnie.
– Śmierć byłaby wyjątkowo łaskawym zakończeniem – wycedził przez zęby Voldemort. – Severusie – powstał, stając oko w oko ze Snape’em. – Utrzymaj go jeszcze przy życiu.
– Jak sobie życzysz mój panie.
– Od teraz każdy oddech, który weźmiesz, należeć będzie do mnie – rzucił przeciągle Voldemort, ostatni raz spoglądając na dławiącego się własną krwią Goyle’a. Odwrócił się na pięcie, a czarna peleryna zatrzepotała za nim złowrogo. Zgromadzeni śmierciożercy odsunęli się w bok, nisko kłaniając głowy, gdy Voldemort opuścił salon Malfoy Manor wraz z pełzającą u jego boku wygłodniałą Nagini.
Snape jeszcze przez chwilę wpatrywał się w ciężkie drzwi, za którymi zniknęła wysoka postać Voldemorta. Żyłka na jego skroni zadrżała minimalnie, niemal niezauważalnie. Rozmowy powróciły, gdzieniegdzie ktoś krzyknął, ktoś jęknął z bólu. Snape powoli przenosił wzrok po zgromadzonych. Od teraz każdy oddech, który weźmiesz, należeć będzie do mnie, powtórzył w myślach ostatnie słowa Czarnego Pana.
Czy tylko on to zrozumiał? Voldemort nie zwrócił się wyłącznie do Goyle’a. Zwrócił się do niego, do Bellatrix, rodzeństwa Carrow, Malfoya, Crabbe’a Seniora, Dołohowa, Traversa, Rookwooda i do każdego obecnego śmierciożercy w salonie Malfoy Manor. Zwrócił się do tych wszystkich głupców, którzy naiwnie wierzyli, że mają własną wolę. Nie mieli niczego. Ich życie nie było już przywilejem. Stało się własnością Czarnego Pana.
Ledwo dyszący Goyle Senior, babrający się w kałuży krwi stał się rekwizytem Voldemorta. Snape zwrócił się do śmierciożercy raz jeszcze, wyciągając przed siebie różdżkę. Szeptał pod nosem zawiłe formułki lecznicze, nie potrafiąc odpędzić się od niewygodnego przeświadczenia, że on wcale nie ratuje Goyle’a. Przedłuża tylko jego karę.
Snape poczuł na karku nieprzyjemne ukłucie niepokoju, gdy powoli zaczął łączyć ze sobą fragmenty zawiłej układanki. Voldemort zaczął działać na oślep. Jeszcze kilka lat wstecz niepowodzenie misji kończyło się śmiercią dowódcy. Szybko. Bezwzględnie. Idealnie ukazując władzę Voldemorta. Śmierć była pewnością. Teraz Czarny Pan pozwalał żyć. Nie z litości, jak podejrzewał Severus, a z czystej chorej zagrywki, aby zademonstrować, że życie może stać się większym przekleństwem niż śmierć. A to zaniepokoiło Snape’a. Voldemort zaczął stawać się niepewny, zachwiany i bezwzględny. Do tej pory, przez wszystkie lata Voldemort działał według własnej logiki. Wszystko miało swój cel. Nawet okrucieństwo było przewidziane. Dziś po raz pierwszy Snape nie dostrzegł żadnej logiki w zachowaniu Voldemorta. Snape zrozumiał, że jeśli Czarny Pan przestanie kierować się swoją filozofią, przewidywalnością ruchów nikt wokół niego nie będzie już bezpieczny. Nawet ci najbardziej użyteczni słudzy.
Dłoń, w której dzierżył różdżkę, zadrżała. Zagryzł od wewnętrznej strony policzek, czując, jak rozcięty bok zakuł go niemiłosiernie tak mocno, że na chwilę osunął się na kolano. Nikt z zebranych nawet nie zwrócił na niego uwagi, a sam poszkodowany Goyle chwilę później stracił przytomność. Wstając z posadzki, podparł się boku, chwiejąc się zaledwie odrobinę. Wypuścił niemalże powietrze ze świstem, odciągając drżącą dłoń. Prędko wytarł krew w płaszcz. Wśród śmierciożerców bycie rannym czy poszkodowanym nie oznaczało współczucia. Wyznaczało jedynie cienką granicę eliminacji tych, którzy byli problemem. A Snape zdecydowanie był problemem wśród zwolenników Czarnego Pana. Stojący na samym szczycie, będący jego prawą ręką Snape mógł sobie pozwolić na więcej, niżeliby chciał. A to niezwykle godziło innych śmierciożerców. Zaufanie Czarnego Pana zdobywało się latami, a jego utracenie mogło trwać zaledwie chwile.
Wyprostował barki, powstrzymując chęć grymasu. Rzucił szybkie spojrzenie na zebranych wokół. Nikt nie martwił się leżącym w kałuży krwi Goyle’em Seniorem. Nikt nie patrzył na niego. Jedni skomlali pod nosami łapiąc się za rany, inni śmiali się na głos, ukazując próżną wyższość nad pozostałymi. Jakby to, że Czarny Pan ich oszczędził, miało jakieś znaczenie. Ci, co śmiali się najgłośniej, tak samo byli winni niepowodzeniu misji, jak Goyle Senior.
Z mieszaniną odrazy i irytacji odnalazł w tłumie Rookwooda. Podszedł do niego, kopiąc w bok zakrwawiony sztylet Bellatrix. Srebrne ostrze zatrzymało się niedaleko ciała jakiegoś martwego śmierciożercy.
– Rookwood – jego głos zadrżał jedynie odrobinę, ale było to niemal nieuchwytne w rozdrażnionym tłumie. – Rookwood – powtórzył, niemal warcząc.
– Snape – wysoki mężczyzna obrócił się w jego kierunku. Jego twarz zdobiły blizny po przebytej wiele lat temu ospie. Szatę miał poszarpaną i poplamioną w wielu miejscach krwią. Snape wątpił, aby to była jego własna krew. Rookwood wyglądał dobrze, za dobrze, jakby był nawet w najmniejszym stopniu ranny.
– Zabierz Goyle’a do lochów – machnął na nieprzytomnego mężczyznę dłonią. Rookwood zacisnął szczękę. Nie wyglądał na zadowolonego z rozkazów Snape’a. Zresztą nikt nigdy nie był, a Snape był jedyną osobą, która miała takowy przywilej nadany przez samego Czarnego Pana. Odmowa Snape'owi równo znaczyła się z odmową Czarnemu Panu, a tego nikt nie śmiał uczynić. – Niech skrzaty go doglądają.
– Przecież nic z niego nie będzie – rzucił z obojętnością, nawet nie spoglądając w stronę Goyle’a.
– Masz zabrać go do lochów – wycedził przez zęby Snape. – Jeszcze może się przydać Czarnemu Panu. Raczej z trupa nie będzie użytku – Rookwood zaczął analizować słowa Snape’a. Po dość długiej i wymownej ciszy w końcu wzruszył ramionami, podciągając rękawy szaty.
– Yaxley – rzucił przez tłum, dostrzegając mężczyznę o dość prymitywnej, zwierzęcej twarzy. Rookwood rzucił ostatnie, przelotne spojrzenie na Snape’a i machnął dłonią w stronę Yaxleya. – Robota jest do wykonania.
– Rookwood – zatrzymał go ostatni raz. Spojrzał przez ramię na Snape’a. – Posprzątajcie ten syf – machnął dłonią na zakrwawiony salon Malfoy Manor pełen rannych i pokiereszowanych śmierciożerców. Gdzieniegdzie leżało kilka martwych ciał.
Snape przedarł się przez tłum, ignorując ostre spojrzenie Rookwooda. A potem niczym cień przeszedł obskurnymi korytarzami Malfoy Manor. Nie pamiętał już, gdy znalazł się za posiadłością, jak przekroczył bramę i zabezpieczenia strzegące fortecy Voldemorta. Nie pamiętał, jak wszedł w gęsty las i pokonał zaledwie kilka kroków, nim nie złapał się najbliższego drzewa, osuwając się całym ciałem na zimny grunt.
Snape przetarł zmęczone oczy, wracając myślami do swojego gabinetu. Wypuścił cicho powietrze z ust, leniwie wstając z fotela. Odruchowo chciał się skulić, podeprzeć za swój bok, ale niczym bumerang uderzyła go myśl, że już nie krwawi, że rana zniknęła. Jednak w swojej podświadomości czuł na całym ciele pulsowania. Wszystkie wcześniejsze rany i blizny, które nosił na swoim ciele, odezwały się głuchym łoskotem. Starał się ignorować wytwór swojej wyobraźni. Zablokował wspomnienie, które pukało do ścian jego podświadomości, a było to wyjątkowo dawne i bolesne wspomnienie przypominające mu o podłużnej ranie na plecach, zdobytej jeszcze na Spinner’s End.
Znów zwrócił spojrzenie na szafkę z eliksirami. Chciał zaszyć się w swojej pracowni, odpędzając od siebie wspomnienia i wyjątkowo niewygodne myśli, które uporczywie zmuszały go do analizowania zachowania Voldemorta. Zacisnął palce na fiolce z eliksirem uspokajającym. Drżące dłonie podczas siekania i warzenia mikstur byłyby gwoździem do trumny. Nie mógł pójść śladem niedoświadczonych czarodziei, którzy zbliżali się do kociołków z buzującymi myślami i niespokojnym oddechem, nie będąc w stanie ujarzmić zachowania własnego ciała. Dłoń zadrżała, gdy zbliżył fiolkę do ust. Poczuł na wardze chłodne szkło. No nozdrzy doleciał słodki, nieco landrynkowy zapach eliksiru uspokajającego. Już miał przelać miksturę do ust, gdy wnet rozeszło się pukanie.
Znieruchomiał. Pukanie w każdym razie nie dochodziło od drzwi jego prywatnej pracowni, która była połączona z jego komnatami, a do której uczniowie i inni profesorowie nie mieli wstępu. Odczekał trzy sekundy, a gdy pukanie nie powtórzyło się, uniósł raz jeszcze fiolkę do ust.
– Cholera – rzucił wściekle Snape.
Pukanie powtórzyło się, co oznaczać mogło tylko jedno. Nie był to wytwór jego wyobraźni, nie było to przedawkowanie mikstur leczniczych, a ktoś naprawdę pragnął się do niego dostać. Jego słuch był tak wyostrzony, że słyszał aż tutaj, jak ktoś dobija się do drzwi jego gabinetu, mimo iż dzieliły ich grube mury.
Zabezpieczył fiolkę korkiem i schował ją w kieszeń spodni, zamykając za sobą drzwi do pracowni. Przeszedł przez korytarz swoich prywatnych kwater i znalazł się w gabinecie, z którego dochodził nieznośny dźwięk. Zwłaszcza teraz, wyjątkowo o tej porze pukanie było niezwykle irytujące. Nie było w nim nic z natarczywości, a raczej odkreśliłby je jako niepewne jakby ten, kto stał po drugiej stronie drzwi, rozważał, czy ponownie zaburzenie spokoju Snape'a było rozsądnym pomysłem. Nie spodziewał się nikogo. Zwłaszcza o tej porze, gdzie kolacja już dawno minęła a każdy rozsądny uczeń, czy wyjątkowo uprzykrzający profesor nie powinien kręcić się w okolicach jego kwater. Położył dłoń na klamce, ale zanim otworzył drzwi, przymknął na moment powieki. Wziął kilka spokojnych wdechów. Z chwilą, gdy otworzył drzwi, na jego twarzy zagościł dobrze znany grymas. Nawet ciemne oczy błyszczały złowrogo.
– Granger – syknął przeciągle, dostrzegając w mętnym blasku pochodni znajomą twarz.
– Profesorze Snape…
– Co tu robisz? – rzucił zdecydowanie zbyt ostro, rozglądając się po pustym korytarzu. Granger tylko odrobinę skuliła się w sobie na wyjątkowo życzliwy ton.
– Czy mogę zająć panu chwilę?
Zlustrował ją dość zimnym spojrzeniem. Nie miał ochoty na niczyje towarzystwo, nie chciał z nikim rozmawiać, ani nikogo słuchać. Chciał się zaszyć w swoim gabinecie aż do północy, warząc i tworząc skomplikowane eliksiry, wierząc, że tylko tak, jego myśli znalazłyby względny spokój. Nie miał najmniejszej ochoty wchodzić z nikim interakcje. Jednak Granger… Samo jej pojawienie sprawiło, że coś nieznośnego zacisnęło się w okolicy jego klatki piersiowej. Przełknął gulę w gardle.
– Wejdź.
Otworzył szerzej drzwi, zapraszając ją do środka. Gdy tylko przemknęła obok niego, do jego nozdrzy doleciał zapach jej przeklętych perfum, co oznaczało, że zachowanie powściągliwości może okazać się dzisiaj wyjątkowo kłopotliwe. Snape minimalnie, niemal niezauważalnie dla mało spostrzegawczego obserwatora spiął całe ciało. Dopiero teraz wspomnienia ich wczorajszego pocałunku przebijały się pomiędzy zakrwawionymi obrazami Malfoy Manor. Snape poczuł się przez chwilę tak, jakby wszedł w ciało innego człowieka. Człowieka, który stracił nad sobą kontrolę i spokój, a to było niebezpieczne, dla zwykle spokojnego i opanowanego Snape’a. Niczym klisza starego filmu widział przed oczami przebłyski ich wczorajszego spotkania. Wcześniej wyjałowił swój umysł ze wszelkich emocji i wspomnień, aby nie zostać zaskoczonym podczas spotkania z Voldemortem. Odepchnął w najdalsze zakamarki swojego umysłu obraz całującej Granger. Wyszło mu to zaskakująco dobrze, że przez moment, przez krótką chwilę zastanawiał się, czy wydarzenia z poprzedniego dnia były prawdziwe, czy jego ociężała od nadmiaru eliksirów podświadomość nie zaczęła działać przeciwko niemu. Całowałem wczoraj Granger?, zastanowił się w duchu, obserwując ją kątem oka. Z chwilą, gdy oparł się biodrem o krawędź biurka, poczuł, jakby zanurzył się w lodowatym oceanie. Rzucił okiem na fotel, ułożone w równym stosie dokumenty oraz pióro. Wspomnienia ubiegłego wieczoru zaczęły się budzić. A Snape nie wiedział, czy to mu się podoba.
– Panno Granger? – obserwował nieco zmieszaną, a jednocześnie dość dziwnie wyglądającą dziewczynę. Snape zmrużył oczy, próbując odnaleźć jej rozbiegane spojrzenie.
– Chciałam wczoraj pana odwiedzić, aby przekazać informację, że odwiedziłam pańskiego wuja jednak… – Granger zaczęła rwać rękawy swojego swetra. – Malfoy kręcił się obok i nie chciałam, aby zaczął coś podejrzewać.
– To dość rozważne zachowanie.
– Murry dziękuję za eliksir i przesyła pozdrowienia.
– Tak jak mogłem się spodziewać – Hermiona odniosła wrażenie, że nie zabrzmiało to ani sarkastycznie, ani niegrzecznie, co kompletnie gryzło się ze zwykle powściągliwym i obojętnym profesorem. – To wszystko, co chciała mi pani przekazać?
Policzki Granger były blade, wzrok nieco zamglony i nieobecny, a sama sylwetka Granger, nieco przygarbiona, nieco skulona nie świadczyły, że jest ona w najlepszej formie.
Spojrzała na niego uważnie. Mimo gorszej kondycji nie umknęło jej, że Snape również wyglądał inaczej. Gdy tylko przekroczyła próg gabinetu, zauważyła, że poruszał się odrobinę wolniej. Minimalnie niemal niezauważalnie zaciskał szczękę, a jego barki drżały nieznacznie. Hermiona odniosła niemałe wrażenie, że coś było nie tak. Ta myśl spowodowała niewielkie uczucie niepokoju, którego nie mogła od siebie odpędzić. Zimne oczy profesora zwróciły się ku niej. Zadrżała.
– Tak – rzuciła cicho, czując jak jej własny głos, zaczyna się lekko łamać. – To wszystko. Nie będę zabierać już pańskiego czasu. Dobranoc.
– Granger… – wyrzucił z siebie przeciągle, widząc, jak oddala się w stronę drzwi. Poderwał się od biurka, robiąc krok w jej stronę.
– Słucham profesorze?
– Masz ochotę na herbatę? – Hermiona zamrugała. Cóż taką ofertą Snape zaskoczył nawet samego siebie.
– Z przyjemnością.
– Więc zapraszam – wskazał dłonią drzwi prowadzące do jego prywatnych kwater. Policzki Granger przybrały nieznacznie purpurowy odcień, który próbowała ukryć, poprawiając włosy. – Mniemam, że pamiętasz drogę?
– Oczywiście.
Przepuścił ją w drzwiach. Wpatrywał się w jej plecy, gdy szła przed nim w głąb korytarza, rozglądając się na boki, jakby przypominała sobie ostatni raz, jak tutaj była. Snape poczuł się dość dziwacznie, a jednocześnie w kuriozalny sposób przyjemnie, zdając sobie sprawę, że przez chwilę jego komnaty nie będą zimne i puste. I jak bardzo nie chciał niczyjego towarzystwa, jak nie chciał wchodzić z nikim w interakcje, to właśnie uświadomił sobie, że to ona była tą osobą, której obecność mógł przez moment tolerować. Irytująca na swój własny sposób Granger, stała się jego kuriozalną oazą spokoju. Ta myśl zadrżała w jego umyśle niebezpiecznie. Nie, nie!, zaprzeczył gwałtownie umysł. Nikogo nie potrzebujesz w swoim życiu.
Granger weszła w głąb salonu. Przystanęła na środku, rozglądając się na boki. Snape momentalnie zatrzymał się w progu. Do jego nozdrzy doleciał ciężki, metaliczny zapach krwi. Na dywanie w blasku kominka widniała ciemna plama. Drzwi do łazienki były otwarte. Nadal stojąc w korytarzu, dostrzegł spod uchylonych drzwi zakrwawioną umywalkę. Na podłodze leżała pokrwawiona gaza. Zacisnął dłonie w piąstki tak mocno, że aż pobielały mu kłykcie.
Wycofał wzrok, czując szybsze bicie serca. Snape, ty głupcze!, zbeształ się resztkami sił. Dopiero teraz dostrzegł zaschniętą krew na drzwiach do łazienki. Stolik kawowy, o który musiał się podeprzeć również miał na sobie odciśnięte czerwone plamy. Brzeg kanapy także był pobrudzony, kiedy musiał się jej podtrzymać, przechodząc do łazienki. Nie pamiętał do końca swojego powrotu z Malfoy Manor. Coś nieprzyjemnie spłynęło w dół jego kręgosłupa.
Granger powoli odwróciła się w jego stronę. Jej spojrzenie stwardniało, a kącik jej ust delikatnie zadrżał. Zauważył, jak wzięła kilka szybszych wdechów, jak bacznie się w niego wpatrywała. Snape zignorował na moment jej osobę, przechodząc obok, jakby nic się nie stało. Kierował się do kuchni, gdy niespodziewanie zatrzymał go drżący głos.
– Powinien był pan lepiej posprzątać.
– Słucham? – Snape na ułamek sekundy odwrócił wzrok w jej stronę.
– Krew.
Zapadła cisza. Niewygodna i dość ciężka. Wpatrywali się w siebie niespokojnie. Granger zrobiła tylko jeden mały krok. Delikatnie uniosła dłoń w jego kierunku, jakby na coś wskazywała.
– Jest pan ranny – wyszeptała. Oczy Snape'a pociemniały złowrogo. Przez moment wyglądał, jakby rozważał wyrzucenie jej za drzwi. Granger wytrzymała jego ostre spojrzenie.
– To nie pani sprawa, panno Granger.
– Profesorze… – przełknęła gulę w gardle. – Jest pan ranny – powtórzyła raz jeszcze, starając się, aby jej głos nie zadrżał.
– Doprawdy… – prychnął pod nosem. – To błyskotliwy wniosek.
– To nie był wniosek.
– Nie przypominam sobie, abym poprosił panią o diagnozę – zbliżył się do niej. Górował nad nią, spoglądając w tak lodowaty, pozbawiony iskierek ciepła sposób, że Granger już dawno powinna drżeć z przerażenia. Nie wiedział, czy kierowała się głupotą, czy co innego ją opętało, bo stała i spoglądała na niego tak jakby, nie miała najmniejszego zamiaru nigdzie się ruszyć. Zastanawiał się, czy Granger totalnie postradała zmysły. Zbliżył się o jeszcze jeden krok, stając od niej zaledwie kilka centymetrów. Granger zadrżała, przynajmniej nie z przerażenia czując na swojej twarzy jego ciepły oddech.
– Profesorze – powiedziała z naciskiem. – Czy rana jest głęboka? Czy coś panu potrzeba?
– Jest na tyle płytka, abym był w stanie prowadzić tę bezsensowną konwersację – Hermiona z irytacji zwęziła oczy.
– To nie jest odpowiedź.
– Dla mnie jest Granger – warknął przez zęby. Za paska spodni wysunął różdżkę. – Chłoszczyść – wymamrotał formułkę zaklęcia, a wszystkie dowody utraty jego formy zniknęły. Nie było plamy na dywanie, kanapie, ani stoliku. Zaschnięta krew zniknęła ze ścian i umywalki. Zakrwawiony bandaż rozpłynął się w powietrzu. Został zaledwie ledwo wyczuwalny metaliczny zapach krwi. Hermiona założyła dłonie na biuście, spoglądając na niego z nieukrywaną złością. – Zadowolona? – machnął dłonią na salon.
– Nie.
– Cóż to cię rozczaruję panno Granger, bo nie zamierzam tracić ani chwili swojego czasu, aby coś pani udowadniać.
– Wcale o to nie proszę – ostrożnie chwyciła go za łokieć. Snape spiął się, ale nie wyrwał się z jej uścisku. Granger również wyglądała na nieco zaskoczona własną inicjatywą. Prędko opuściła dłoń. – Nie zapytam, co się stało ani… kto panu to zrobił – wyrzuciła z siebie niewygodne słowa. – Chcę tylko wiedzieć, czy coś panu potrzeba.
– Nie.
– Rozumiem.
– Właściwie – zawahał się na krótką chwilę. – Skoro już tutaj jesteś…
– Tak?
– Woda na herbatę sama się nie zagotuje.
Hermiona zwęziła oczy. Snape spoglądał na nią śmiertelnie poważnie, jakby wcale nie żartował. Przyjęła to z dumą, rzucając pod nosem, oczywiście. Wyminęła go, kierując się w stronę kuchni.
Mógł mnie przecież wyrzucić, pomyślała, wyciągając z szafki kuchennej filiżanki. Spostrzegła, że Snape dalej był w salonie. Wciąż stał w tym samym miejscu, w którym go zostawiła. Hermiona zagryzła niespokojnie wargę, wracając do przygotowywania herbaty. Co mu się stało? Kto mu to zrobił?
Zacisnęła dłonie na srebrnej tacy, dzierżąc dzbanek z herbatą i filiżankami. Prawie wychodziła już z kuchni, gdy spostrzegła, że Snape rękawem swetra ociera kącik ust, a potem dyskretnie chowa w kieszeń spodni małą fiolkę. Granger spięła się momentalnie. Snape próbował coś przed nią ukryć. Czy jego stan jest poważniejszy, niż wskazuje?, przeszło jej przez myśl.
Wchodząc do salonu, filiżanki delikatnie zadrżały na srebrnej tacy a wtedy Snape, obrócił się w jej stronę. Wyglądał, jakby przez moment zapomniał o jej obecności, a potem powoli jakby wynurzył się z transu. Jego twarz z delikatnie rozluźnionej na nowo ukazała maskę grymasu. Przejął od niej tacę. Hermiona poczuła w nozdrzach słodkawy zapach jakiejś mikstury. Z dziwnym ukłuciem niepokoju usiadła na kanapie. Snape nalał jej herbaty, podając filiżankę. Jego wyciągnięta dłoń delikatnie zadrżała, niemalże wylewając na spodek gorącą herbatę. Hermiona przejęła naczynie, a Snape czym prędzej wycofał dłoń.
– Dziękuje – odpowiedziała z grzecznością, nie zatrzymując na nim zbyt długiego spojrzenia. Nie chciała go w żaden sposób rozzłościć ani spłoszyć, więc jedynie otoczyła dłońmi ciepłą filiżankę, wpatrując się w parującą taflę.
– Nic mi nie jest – odezwał się po chwili Snape. Hermiona odniosła wrażenie, jakby profesor próbował usprawiedliwić swoją gorszą kondycję, a być może uśpić jej czujność. A Snape zwykle się przed nikim nie otwierał ani z niczego nie tłumaczył. Hermiona przeniosła na niego uważne spojrzenie.
– Profesorze Snape…
– Panno Granger – warknął. – Nic mi nie jest. Potrafię się sobą zająć. Nie wiem, po co w ogóle o tym pani wspominam. Zresztą to nie jest pani sprawa.
– Wiem, że pan potrafi się sobą zająć… – również na nią spojrzał, zwężając brwi. – Dlaczego mnie pan wpuścił?
– Słucham?
– Dlaczego mnie pan wpuścił? – powtórzyła pytanie, odkładając filiżankę na stolik. – Skoro nie był pan… w najlepszej kondycji.
– Dobijałaś się do moich drzwi – określił dość łagodnie jej natarczywe łomotanie. Granger założyła kosmyk włosów za ucho.
– Mógł mnie pan odesłać do wieży.
– Mogłem, ale było już za późno.
– Za późno?
– Otworzyłem już drzwi.
Hermiona delikatnie, niemal niezauważalnie uśmiechnęła się pod nosem. Oparła się wygodnie o poduszki, rozglądając się po salonie. Wyglądał zupełnie tak, jak zapamiętała go ostatnim razem. Nie sądziła, że raz jeszcze zawita w prywatnych kwaterach Mistrza Eliksirów. Jedynym brakującym elementem było prowizoryczne łóżko w rogu salonu. Snape również spojrzał w tamtą stronę, jakby odgadł jej myśli. W końcu złożył z dłoni wieżyczkę.
– Jak idą próby tańca?
– Malfoy coś panu mówił? – zapytała przerażona.
– A jest coś, o czym miał mnie poinformować?
– Nie oczywiście, że nie – żachnęła się, poprawiając barki. – Skąd to przypuszczenie – mruknęła pod nosem.
– Oboje zachowujecie się tak jakbyście… – Snape dolał sobie herbaty, robiąc wymowną pauzę. – Jakbyście… znaleźli nić porozumienia.
– Proszę mnie nie obrażać profesorze.
– Doprawdy? – kącik ust Snape’a delikatnie, niemal niezauważalnie drgnął. – Dawałem wam dwa dni zanim któreś z was przyjdzie do mnie lub profesora Dumbledore’a błagając o zmianę pary.
– Dwa dni? Cóż… chyba pana zaskoczyliśmy.
– Zaczęliście się tolerować.
– To za dużo powiedziane.
– Czyżby? – spojrzał na nią uważnie znad parującej filiżanki. Hermiona miała niemałe przeświadczenie, że profesor Snape miał z niej i Malfoya niezły ubaw. Lekko poirytowana założyła nogę na nogę.
– Oboje mamy za dużo do stracenia.
– Oczywiście – przytaknął Snape.
– Nie wierzy mi pan?
– Nie muszę pani wierzyć panno Granger. Z moich obserwacji wynika coś zupełnie innego.
– Doprawdy? – rzuciła mu lekko wyzywające spojrzenie. – Widocznie obserwował pan niewłaściwe osoby.
– Właściwe – odpowiedział, kończąc konwersację.
Hermiona splotła dłonie, wpatrując się w dywan, gdzie jeszcze niedawno była plama krwi. Snape ma na nich oko. Zauważa rzeczy, których ona jeszcze nie chce do siebie dopuścić. Widzi niemal niezauważalną dla zwykłego obserwatora różnice. Czy Snape był aż tak dobrym świadkiem, czy Granger z Malfoyem stali się nieostrożni? Co ty wygadujesz?, prędko żachnęła się, kręcąc głową. Nic nie ma. Nadal nienawidzę Malfoya, pomyślała prędko, odrzucając od siebie wizję ich ostatnich prób. Zakuła ją nieprzyjemna myśl, że Snape mógł mieć namiastkę racji, a tego Granger nie chciała mu przyznać, bo oznaczałoby to tylko jedno. Coś się zmieniło. Między nią a Malfoyem. Może nie była to tylko tolerancja drugiej osoby, ale jakaś dziwna i kuriozalna płachta akceptacji, leżąca nie tylko po stronie Granger, ale co gorsza, po stronie Malfoya również.
– Nie przyszłaś tu tylko po to, aby powiadomić mnie, że odwiedziłaś Murry’ego. Prawda panno Granger?
– Prawda.
– Więc po co tu przyszłaś?
Zerknęła na swoje splecione palce. Między nimi zapanowała tym razem nieprzyjemna, dość krępująca cisza, której nie przerwało żadne z nich. Granger wyglądała na zmieszaną, a jednocześnie przygnębioną, bo takie Snape odniósł wrażenie, widząc jej opadnięte barki i splątane, lekko drżące dłonie. Coś niebezpiecznie zaświtało w jego podświadomości. Chciał odepchnąć to odczucie od siebie, ale Granger jedynie potwierdziła jego przypuszczenia.
– Chciałam odwiedzić Madame Pomfrey.
– Doprawdy? – rzucił, siląc się na spokojny ton. – Skrzydło Szpitalne było zamknięte?
– Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Nie miałam odwagi tam pójść.
– Panno Granger?
– Profesorze Snape… Chyba jest pan jedyną osobą, która może mi pomóc.
Granger odwróciła wzrok w stronę kominka. Dostrzegł, jak zagryzła wargę, usilnie się nad czymś zastanawiając. Był pewien, że toczyła w swoim umyśle walkę i niemałą wojnę analizując niemal oczywiste dla niego fakty. Odłożył filiżankę na stolik, czując ściśnięcie w klatce piersiowej. Żyłka na jego skroni zadrżała niebezpiecznie, gdy przed oczami ujrzał odpychającą twarz Szyszymory. Przełknął niespokojnie gulę w gardle. A potem tak gładko i niemal bezboleśnie zawitało do niego wspomnienie z Gospody pod Świńskim Łbem.
Oczami wyobraźni widział swój salon. Wizja ta była co najmniej tak realna, jak siedząca obok niego Granger. Najpierw pojawiła się jedna pojedyncza kropla wody, skapująca z sufitu na wierzch jego dłoni. Potem kilka mocniejszych uderzeń wpadło do filiżanki i odbiło się od stolika kawowego. Nie wiadomo jak ani skąd jego sufit zaczął przeciekać, jakby ktoś nad nim wyciskał ogromną gąbkę. Następnie strużka wody zaczęła wydzierać się z uchylonych drzwi łazienki. W mgnieniu oka zaczęła pokrywać niemal cały salon, wnosząc się niebezpiecznie w górę. Granger, którą chwilę wcześniej widział w za dużym swetrze, teraz miała na sobie białą sukienkę. Rozpuszczone włosy opadały na ramiona. Granger ani na moment nie zadrżała, gdy jej gołe stopy zetknęły się z lodowatą wodą. Snape poruszył się w fotelu. Chciał się z niego podnieść, dostać się do Granger, ale jakaś niewidzialna siła zmusiła go do pozostania w miejscu i biernemu przeglądaniu się dziewczynie. A Granger spojrzała na niego ostatni raz. Wymownie z niemym wyrzutem i żalem, nim nie odchyliła głowę w bok, przymykając powieki. Woda sięgała co najmniej do pasa. Granger już się nie poruszyła.
Snape niemal podskoczył w fotelu, wracając myślami do salonu. Nie było wody. Granger wciąż siedziała żywa na kanapie, wpatrując się w swoje splecione dłonie. Złapał się za kark, wyczuwając pod palcami krople potu. Serce dudniło w piersi, a puls znacznie przyspieszył. Ostrożnie wyciągnął dłoń w stronę Granger, aby dotknąć jej i upewnić się, że wciąż jest ciepła i żywa nim nie zamarł, słysząc w zakamarkach swojego umysłu ochrypłego głosu.
Nie ma już czasu, opuścił dłoń, usłyszawszy znajomy głos. A Snape doskonale wiedział, że należał on do nieznajomego z baru. Jednak za każdym razem, gdy Snape doświadczał wizji z Gospody pod Świńskim Łbem ukazującą martwą Granger, czuł jeszcze większy ciężar i ucisk w klatce piersiowej. Pierwszy raz w swoim życiu poczuł się bezradny, nie wiedząc, co mógł tak naprawdę zrobić, aby ją ocalić. Zacisnął dłonie w piąstki tak mocno, że omal przebił paznokciami skórę.
Wypuścił ze świstem powietrze ponownie spoglądając na Granger. A ta w dalszym ciągu siedziała skulona na kanapie, nie będąc świadomą, że siedzący obok niej Snape kolejny raz doświadczył wizję jej śmierci. Zacisnął dłonie w piąstki. Granger w jego podświadomości umarła już po raz drugi.
– Jak mam odgadnąć czego ode mnie oczekujesz panno Granger jeśli ze mną nie rozmawiasz? – warknął w końcu, przełamując ciszę. – Granger.
– Przepraszam profesorze, to był błąd, że tutaj przyszłam – pospiesznie wstała z kanapy, trącąc kolanem o stolik kawowy. Filiżanka zachwiała się niebezpiecznie, a Granger jęknęła żałośnie, rozmasowując obolałe kolano. – Jest pan ranny… to znaczy był pan ranny. Musi pan odpocząć. Wrócę do wieży.
– Panno Granger.
– Przepraszam, że zakłócam pański spokój. Jeśli jest coś, co mogę dla pana zrobić, proszę dać mi znać.
– Granger…
– Chociaż wiem, że pan nigdy nie przyjąłby od nikogo pomocy – uśmiechnęła się blado. – Liczę, że nazajutrz poczuje się już pan lepiej. Spokojnego wieczoru.
– Granger – rzucił ostro. – Stój.
Zatrzymała się w połowie kroku. Znieruchomiała widząc kątem oka, jak powstał z fotela. A potem w ciszy podszedł do niej, chwytając ją za dłoń. Granger na moment przymknęła powieki, czując dziwny ucisk w okolicy klatki piersiowej. Snape delikatnie obrócił ją w swoją stronę. Pod palcami czuł ciepło jej skóry. Żywa. Wciąż żywa i upierdliwie irytująca, pomyślał.
– Przepraszam, że tutaj przyszłam – wyszeptała. – Przepraszam, że dałam sobie nieme pozwolenie, zwracając się do pana o pomoc.
– Granger oświeć mnie, co się zmieniło w ciągu minuty, że już nie potrzebujesz mojej pomocy?
– Właśnie sobie coś uświadomiłam.
– Co takiego?
– Nie ważne, proszę zapomnieć – chciała zrobić krok w tył, lecz w dalszym ciągu Snape trzymał ją za dłoń.
– Jeszcze chwilę temu było to ważne.
– Było – potwierdziła, uśmiechając się blado.
– Co się zmieniło?
– Zdałam sobie sprawę dlaczego do pana przyszłam i przez chwilę wydawało mi się, że mogę, że mam prawo, aby zakłócić pański spokój tylko dlatego, że…
– Tak?
– Że wcześniej popełniłam błąd.
– Błąd? Jaki błąd?
– Nasze pocałunki były błędem.
Czarownice i Czarodzieje! ⚡ Minął ponad rok od ostatniego rozdziału... 🙈💔 Mam nadzieję, że nadal trzymam wysoki poziom, a rozdział przypadł Was do gustu. Przyznam się, że jestem z niego dumna 😇 Co myślisz o nowym rozdziale? Podziel się swoją opinią w komentarzu, będzie mi bardzo miło🌸 Dziękuję Moony mojej kochanej Becie za ulepszenie rozdziału. Jesteś niesamowita 💖👏
Dziękuję również wszystkim czytelnikom, którzy wytrwale czekaliście na mój powrót. Kocham Was ❤️
Kolejny rozdział przewiduję już niedługo, także uważnie wyczekujecie sowy. Do usłyszenia! Stęskniłam się za Wami! Jazz ♥
P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.
No rozdzial suuuper mimo tak długiej przerwy. Napewno sie nie wypalilas mowy nie ma. Oj biedna Miona mam nadzieje, że wszystko sie uda i będzie życ... troche chaotyczny kom, ale musisz mi wybaczyc malo czasu duzo mysli ;-)
OdpowiedzUsuńCzekam na nn kochanienka
Pozdro i weny
POISON
Tak myślisz? Hm... ;.; Autorka też ma taką nadzieję heh ;) Oj wybaczam kochanie przecież :* Dziękuję za miłe słowa! :)
UsuńJazz ♥
Nareszcie tak długo wyczekiwany rozdział <3
OdpowiedzUsuńZaczęłam czytać, aż tu nagle koniec. Oj kochanie ty moje pewnie, że nie wypaliłaś się w pisaniu! Świetny rozdział ^^
Ciekawa jestem kim jest ta intrygująca kobieta z początu rozdziału. Mam nadzieję, że jeszcze się na nią natkniemy *.*
No i z kim to się spotyka ten nasz Malfoy?!
Oczywiście chyba nie muszę tu nic pisać o całej scenie między Sevem i Hermi :3 Czekam na ciąg dalszy!
No to tak jak przed chwilą napisałam...Czekam na NN, który mam nadzieję, pojawi się dość szybko :D
Weny mycho! :*
Całuję: To$ka
Tosiek! *o*
UsuńMogę obiecać, że jeszcze się pojawi ta nieznajoma c: Oj Tosiek co tyle pytań hm? :p Nie zdradzę Ci nic :* :D I nie wyciągniesz tego ze mnie... chociaż wiem, że potrafisz to nie ulegnę. Hah c: xd
Dziękuję za miłe słowa! :*
Buziaczki ^-^
Jazz ♥
Świetny rozdział.
OdpowiedzUsuńNie mogę się doczekać następnego rozdziału.
Życzę weny na kolejne rozdziały ;-)
Alis
Ohh...! <3 Jak mi miło, kurczaczki :33
UsuńDziękuję bardzo za komentarz :*
Ściskam,
Jazz ♥
Rozdział taki hjdjkasdasndjas, że tak to ujmę <3
OdpowiedzUsuńKońcówka baardzo Sevmione, lubię to! Oj, zły Severus, zły i okrutny. Moment, kiedy walnął ją drzwiami bezcenny ;)
I ta nasza sexy woman! Kimże ona jest? Czekam na następny rozdział i więcej Murry'ego i Seva i Miony <3
Ściskam mocno ♥
Haha! ♥ W sumie co się dziwić skoro to Nietoperz z Lochów *-* A dowiesz sie już nie długo :33 Postaram się Murry'ego wcisnąć gdzieś c:
UsuńDziękuję kochanie za komentarz! :*
Jazz ♥
Powiem szczerze,że nigdy jakoś nie przyszedł mi do głowy ten paring ale jakoś tydzień temu tak się natknęłam na twojego bloga i wsiąknęłam całkowicie ! Pokochałam ich że 2 dni minęło mi na przeszukanie całego internetu na poszukiwaniu coraz to więcej blogów. Twój styl pisania jest taki lekki,świetnie i płynnie sie to czyta... Chcę więcej i więcej . Będe stała czytelniczką -Gosia
OdpowiedzUsuńO kurczę! *-* Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa :* Przyznam się szczerze, że też kiedyś nie przyszło mi do głowy aby połączyć nauczyciela z uczennicą... no ale zaczęłam pisać c: Gosia na prawdę dziękuję za miłe i budujące słowa i bardzo się cieszę, że jesteś moją nową czytelniczką! :* :)
UsuńJazz ♥
Piękny rozdział <3 i co jest dla mnie bardzo ważnie nie przesłodzony *-* brakowało mi tego bloga ponieważ. tak naprawdę, jest to jeden z tych blogów dzięki którym zakochałam się w Sevmione. nie wiem co mam jeszcze napisać. pustka w głowie. po prostu jestem w siódmym niebie że do nas wróciłaś :)
OdpowiedzUsuńDziękuję kochana! *-* Na prawdę? Kurczę strasznie mi miło ^-^ Też się strasznie cieszę, bardzo się stęskniłam za tym wszystkim :c no ale już jestem! ♥
UsuńBuziaczki,
Jazz ♥
Super rozdział. Spokojnie to że minął rok nie zmieniło na gorsze twojego pisania. Ciekawe kim jest ta kobieta i z kim spotyka się Draco. Hmmmy bal zimowy ciekawie ciekawie :). Moment z drzwiami genialny ;). Biedna Miona, a niedobry Severus knuję swoją intryge... :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
AW
A dziękuje, dziękuję! :) Oj nie dobra ja, że tak wszystko to ukrywam, ale nie długo coś ujawnię :D Cieszę się, że Ci się podoba :33
UsuńJazz ♥
Mimo że minął rok to rozdział jest świetny i myślę że nie wypaliłaś się w pisaniu. To chba pytanie rozdziału ale kim jest ta kobieta z baru? (Napięcie jak przy losowaniu liczb w lotto kiedy jest kumulacja :D). Bal zimowy tak? Może być całkiem ciekawie. Moment kiedy Hermiona przychodzi do Severusa boski *,*
OdpowiedzUsuń"A co mam napisane na czole "pielęgniarka""
"-Profesorze!
-Granger! Jak ty leziesz?!
-Jak ja?! Ledwo odeszłam a dostałam drzwiami, ot co!" hahahah leżę i nie wstaje. Severus i jego intryga z której podejżewam że sam pewnie nie wyjdzie tak jak chciał
Pozdrawiam
S.A
Haha lotto, nie mogę :D pobiłaś tym internety xd Dziękuję kochana za komentarz gdzie wciąż po jego przeczytaniu mam banana na twarzy :D :3
UsuńŚciskam,
Jazz ♥
Omnomnomnomn! *O*
OdpowiedzUsuńJestem! Przeczytałam sobie wszytko jeszcze raz, więc jetem na bieżąco :D Och, Severusie! Taki słodziak z niego, ale musi się pośpieszyć! A zachowanie Malfoya było po prostu boskie xd Ciekawa jestem z kim go zeswatałaś :D Kurde, a Hermiona jest chyba jakaś głupia XD Stoi tuż przed drzwiami i ani myśli się odsunąć XD I to romantyczne zmrożone mięso! ^.^ <3 Czemu mi tak słodzisz? ;_; Kurde, gdyby była starsza, ale mino wszystko ją całuje... MATULU! <3 Więcej takich akcji ^^ A końcówka była po prostu zarąbista... po pristu jak czekolada <3 Nie wiem, czy pamiętasz, co to znaczyło, ale natknęłam się na to w moim dużo wcześniejszym komentarzu :D No zobaczymy co mój Jazzik wymyśli ^^
Życzę Ci morza weny, najlepiej się nią udław :D Pisaj, aż Ci dłonie i wzrok wysiądą, no i uśmiechnij się, bo świat jest piękny! ^.^
No i oczywiście jeszcze więcej rozmów na GG :D
Pozdrowionka, BellatriX :D
Awwwww! *-*
UsuńAle co Ty mówisz? :c Severus taki rozmach drzwiami wziął (jak zawsze), że aż Mionka dostała i bęc... na podłodze się znalazła ;.; xd A lubię słodzić kochanie hihi ^-^ Hm... nie pamiętam, haha... w sumie mam sklerozę ;o co się dziwić ;.;
Moja kochana tyle... złego mi życzysz hahaha no ale i tak Cię kocham :* ;p
Całuski!
Jazz ♥
Zaczęłam czytać Twojego bloga i muszę przyznać, że jest to jeden z najlepszych, jakie znam. Jest to mój pierwszy komentarz pod Twoimi notkami (i na pewno nie ostatni). :) Będę Ci bardzo wdzięczna, kiedy dodasz następny rozdział. Podziwiam Ciebie i Twoją wyobraźnię ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i czekam na ciąg dalszy
Dominika
Na prawdę dziękuje za miłe słowa! Kurczę... aż cieplej się na sercu robi jak czyta się takie rzeczy, na prawdę :* Dziękuję Ci Dominiko :3
UsuńJa ze swoją wyobraźnią jesteśmy bardzo szczęśliwe a na dodatek się rumienimy, ot co! <3
Ściskam cieplutko,
Jazz ♥
Przeczytałam Twojego bloga w ciągu dwóch dni ^^
OdpowiedzUsuńJestem zachwycona tym opowiadaniem, jest niesamowite ;)
Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy <3
Pozdrawiam Cię gorąco ;)
O jejku *-* strasznie dziękuję Ci za miłe słowa i komentarz :)
UsuńCałuski! :*
Jazz ♥
Super rozdział...ogólnie bardzo mi się podoba Twój blog ♥♥♥ To było FE, to było FE to było...FENOMENALNE, FANTASTYCZNE I GENIALNE, PO PROSTU SUPERRRR...Hah 😊 Czekam z niecierpliwością na następną notkę!!❤😎💝💘
OdpowiedzUsuńAle mam banana na twarzy po Twoim komentarzu! :D :3 haha <3 Cieszę się ogrooomnie, że Ci się podoba! *-* I dziękuję, dziękuję bardzo :* :33
UsuńŚciskam cieplutko!
Jazz ♥
Przeczytałam wszystko jednym tchem...
OdpowiedzUsuńNie mogę się doczekać tego balu :). Napisz długaśny rozdział ;) i pisz dalej.
Ach ten Severus...
~ M
O jak mi miło! *o* :3 Planuje by był bardzo dłuuuugi hihi <3 Dziękuję za komentarz :*
UsuńJazz ♥
Jestem nieziemsko chora więc postanowiłam przeczyć twoje opo, i tak mi się spodobało, że czytała mimo gorączki 38... Piszesz cudownie masz naprawdę talent jakich mało, wszystko stanowi spójną całość. Jednym słowem genialne. Czego mogę Ci życzyć? Napewno weny,czasu na pisanie bo to jest najważniejsze z reguły gdy brak czasu to i wena się marnuje a do tego nie można dopuścić! Oj nie! Zaczynam mówić jak potłuczona...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam wierna czytelniczka - Itami
Na brodę Merlina! ;o No kurczaczki jak to? Masz leżeć i odpoczywać :* Ale strasznie dziękuję za miłe słowa :) Tak mi się miło zrobiło jej *-* <3 A za życzenia, nie dziękuję ;3 Aby nie zapeszyć :D Hihi ^-^
UsuńZdrowa już? c: Mam nadzieję, że tak :)
Ściskam cieplutko!
Jazz ♥
O tak! Już jest w porządku dziekuję za troskę :)
UsuńItamiś ;3
Nie ma za co :) Taka już jestem c:
UsuńJazz ♥
Mam nadzieję że wkrótce pojawi się rozdział bo nie mogę się doczekać :)
UsuńItamiś
Rozdział jest w trakcie tworzenia :)
UsuńJazz ♥
Ale się dzieje :D w końcu jakis komentarz ode mnie :D genialnie czekam dalej dalej i dalej :D
OdpowiedzUsuńPs. Zaczelam pisać tez swojego bloga przy okazji zapraszam na
Grangervelsnape.blog.pl
O jak miło! *o* Dziękuję ślicznie :* :)
UsuńJak mi się uda to wpadnę do Ciebie :3
Jazz ♥
Bosko ^^ <3 czekam Na kolejny rozdział *-* ;3
OdpowiedzUsuńAww *-* ! Dziękuję, dziękuję ślicznie <3
UsuńBuziaczki :33
Jazz ♥