Z zachodu nadciągnął porywisty wiatr. Drzewa w Zakazanym Lesie poruszały się w zawiłym, nieco chaotycznym tańcu. Mróz, który nie ustępował od dwóch tygodni, wdarł się w szczeliny zamku, ochładzając i wyziębiając stare kamienne mury. Nad Hogwart nadciągała zamieć. Śnieg zasypał wydeptane przez uczniów ścieżki prowadzące do szklarni i sowiarni. Chatka Hagrida była całkowicie niewidoczna z zamku, dym z komina rozwiewał wiatr, a światło w małych oknach bladło w oddali.
Świst wiatru wdarł się przez węzeł kominowy, sycząc i świszcząc nieprzyjemnie pomiędzy opustoszałymi korytarzami i salami lekcyjnymi. Rozpalony kominek odrobinę przygasł, a w komnatach profesora Snape’a nieznacznie pociemniało. Chociaż on, jak i stojąca obok niego Granger wyglądali, jakby wcale tego nie spostrzegli. Wpatrywali się w siebie nawzajem, a wokół nich unosiła się ciężka atmosfera, nie taka, która sprzyjała wielogodzinnym niekończącym się konwersacjom. Coś się zmieniło. Oboje o tym wiedzieli.
– Powtórz raz jeszcze – syknął cicho Snape. – Chyba się przesłyszałem panno Granger.
– To był błąd.
– Błąd? Co dokładnie pani zdaniem było błędem? – na chwilę, na krótką sekundę przymknęła powieki. Wypuściła ze świstem powietrze, zmuszając się, aby raz jeszcze wyrzucić z siebie nieprzyjemne słowa.
– Nasze pocałunki.
Oczy Granger zabłyszczały. Wcale nie dramatycznie i spektakularnie. Nie zalała się gorzkimi łzami. Nie zaczęła pociągać niezdarnie nosem. W blasku ledwie żarzącego się kominka Snape dostrzegł kłębiące się w kącikach oczu łzy. Coś ścisnęło go w okolicy żeber. Coś niewygodnego. Coś, czego nie mógł od siebie odepchnąć ani czego nie mógł się wyrzec.
Granger zagryzła wargę, kręcąc w bezradności głową. Wyglądała tak, jakby próbowała na siłę uporządkować wszystko to, co tliło się w niej od dłuższego czasu. Jednak milczący Snape, wciąż trzymający ją za dłoń niczego nie ułatwiał. Nie spojrzała na niego. Nie mogła. Bo to oznaczać mogłoby jedno, że dałaby sobie zalążek nadziei, który runąłby z chwilą gdyby tylko spojrzała w te bezwzględne, zimne i niewzruszone oczy.
Zrobiła krok w tył, lecz Snape nadal miał zaciśnięte palce wokół jej nadgarstka. Nie za specjalnie mocno, nie powodował bólu ani dyskomfortu, jednak sama jego bliskość, jego dotyk działał na nią tak, jak nie powinien.
– Profesorze Snape – wyszeptała. – Proszę mnie puścić.
– Nie.
– Profesorze…
– Nie. Nie puszczę cię Granger – usłyszała z jego ust warknięcie. – Nigdzie stąd nie pójdziesz.
– Czy pan mi grozi?
Znalazła w sobie odwagę, aby unieść głowę. Jednak to, co dostrzegła w zimnych i niewzruszonych jak podejrzewała oczach, sprawiło, że coś zakuło ją nieprzyjemnie w brzuch. Wcale nie spoglądał na nią w bezlitosny sposób. Jego spojrzenie rozpadało się, jakby walczył ze sobą resztkami sił, by nie opuścić przed nią swojej maski. Chociaż nieco głębiej kryło się zimne i wyrachowane spojrzenie, które znała aż za dobrze.
– Czy pan mi grozi? – powtórzyła z naciskiem.
– Gdybym zamierzał pani grozić, panno Granger nie miałaby pani co do tego żadnych wątpliwości.
– Mam się bać? – kącik ust Snape’a minimalnie drgnął.
– Gdybym chciał panią skrzywdzić, nie rozmawialibyśmy teraz.
– Profesorze Snape…
– Gdybym chciał panią skrzywdzić, nie przyszłaby pani do moich komnat z własnej woli.
– Profesorze Snape…
– Gdybym chciał panią skrzywdzić, nie doszłoby do pocałunków.
– Profesorze – westchnęła niemal błagalnie.
– Może się mnie pani bać, panno Granger – rzucił z obojętnością. – Zależy za kogo, mnie pani uważa.
– Za kogo mam pana uważać? – Za człowieka, który próbuje uratować ci życie, pomyślał gorzko Snape.
– To jest właśnie problem, panno Granger. To nie mnie powinnaś się bać.
– Więc kogo mam się bać? – Własnej klątwy, przeszło mu przez myśl.
– Tego, czego pani nie widzi.
Granger zacisnęła usta w wąską linię. Powoli czuła, że ma już dość słownej potyczki, której za nic nie rozumiała. Snape nigdy nie odpowiadał w jasny i klarowny sposób. Zawsze zostawiał sobie lukę na dopowiedzenie lub domysł, lecz tutaj, pogrywał z nią w coś, co tylko on rozumiał. Granger przetarła dłonią czoło, nie mając siły na dopytywanie ani domysły. Zrobiła krok w tył. Musiała opuścić jego kwatery. Teraz. Natychmiast.
– Profesorze proszę mnie puścić – raz jeszcze szarpnęła dłonią. – Profesorze!
– Nie.
– Czy to groźba? Będzie mnie pan przetrzymywać siłą?
– Nie – prychnął pod nosem na jej słowa.
– Więc co? Bo zachowuje się pan…
– Jak?
– Jak nie pan. Nie poznaję pana.
Sam siebie nie poznaję Granger, przeszło mu przez myśl. Granger umierała. To było pewne. Nie wiedział, ile zostało jej czasu. Dzień, tydzień, miesiąc? Czy Granger odejdzie spektakularnie w agonii i bólu? A może nagle i niespodziewanie osunie się na posadzkę? A może nie wybudzi się ze snu? Nie wiedział, jak ani kiedy Granger odejdzie z tego świata, ale wiedział jedno, że Szyszymora zrobi wszystko, by dopiąć swoją klątwę.
Snape przełknął ciążącą gulę w gardle. Dzierżył na barkach szalę etycznych postanowień i moralnych zasad. Był skazany na Granger. Oficjalnie przez samego Dumbledore'a. Granger była w niewiedzy skazana na niego, na tego, który miał zedrzeć z niej sidła śmierci. Tylko wyrywająca i odstawiająca nagłe ataki dramaturgii Granger niczego nie ułatwiała.
Pierwszy raz w swoim życiu… tak się bał. Obawiał się, że jeśli pozwoli jej odejść, pozwoli jej uwierzyć, że to do czego między nimi doszło, nie miało znaczenia, zniszczy wszystko, co udało mu się już zbudować. Zniszczy chwiejny pomost, który wzniósł pomiędzy nią a Szyszymorą. Odtrącająca go Granger, która nieświadomie pogardzi jego uczuciami stanie się trofeum Szyszymory. A wtedy Snape nie będzie mógł zrobić nic oprócz zdobycia w sobie odwagi, aby spojrzeć w oczy jej rodziców. Być może wyzna im prawdę. Być może zachowa to tylko dla siebie, budując w sobie poczucie żalu i beznadziejności. A potem złoży wiązankę na jej grobie unikając przeszywającego spojrzenia Pottera i Weasleya.
Snape minimalnie, niemal niezauważalnie zadrżał na tę myśl. W nozdrzach wyczuł zapach ziemi. Jednak nie takiej, która pachniała świeżą wilgocią, lekką goryczą i korzenną nutą, którą można było wygrzebać z domowego ogródka. Ta była ciężka i duszna, pozbawiona deszczowej lekkości. Pachniała wilgocią, starą zatęchłą piwnicą i rozkładającymi się korzeniami drzew. Tak właśnie pachniała głęboko wykopana ziemia. Ziemia przyszykowana pod grób.
Niemal boleśnie wrócił do rzeczywistości. W nozdrzach czuł jedynie metaliczny zapach krwi, która nadal utrzymywał się w jego komnatach, mieszając się z zapachem palonego drewna w kominku. Wspomnienie stęchłej ziemi odeszło, chociaż to go wcale nie uspokoiło. Wziął głębszy niż zwykle wdech. Oczy nadal pozostały zimne i niewzruszone. Jedyną oznaką, że Snape był niemal sparaliżowany strachem, były jego ramiona, które zadrżały niebezpiecznie.
– Przez chwilę myślałam, że mogę się zwrócić do pana o pomoc, że to mi się po prostu należy po tym… – Granger chyba nawet nie zwróciła uwagi na nagłą zmianę mężczyzny, albowiem wpatrywała się gdzieś w bok. – Po tym, do czego między nami doszło... Więc tak. Uważam, że to był błąd.
– Doprawdy panno Granger? Naprawdę pani tak uważa?
– Tak.
– To ciekawe – Snape niemalże prychnął pod nosem. Granger spojrzała na niego zaskoczona.
– Co?
– Jest pani niezwykle konsekwentna w doborze słów.
– Słucham? – zwęziła brwi. – O czym pan mówi?
– Od pięciu minut próbuje mnie pani przekonać, że nasze pocałunki były błędem.
– Bo były…
– Nie.
Hermiona zesztywniała na krótką chwilę. Snape spoglądał na nią w dość nieprzychylny, lekko arogancki sposób. Zmrużyła buntowniczo oczy, czując gdzieś pod żebrami niegasnące uczucie niepokoju. To nie tak, że bała się profesora. Bywał opryskliwy i przerażający w samej swojej aurze, ale nigdy nie zrobił niczego co, mogłoby wzbudzić w niej poczucie niepokoju. Nawet to, że w dalszym ciągu trzymał ją w uścisku, mimo jej wyraźnego oporu, nie sprawiło, że się bała. Bardziej czuła rozgniewanie na samą siebie, że nie potrafi urwać tej rozmowy i wyjść z jego komnat raz na zawsze. Naprawdę chcesz to wszystko zrobić? Chcesz to zakończyć w ten sposób?, usłyszała w swojej głowie opryskliwy głos rozsądku. Hermiona właśnie zdała sobie sprawę, że niczego nie była pewna.
– Nie?
– Nie.
– Profesorze…
– Ani razu nie powiedziała pani, że ich żałuje.
– Przecież to jest to samo.
– To nie jest to samo – Snape niemal warknął.
– Dla mnie jest.
– Gdybyś naprawdę tego żałowała panno Granger, powiedziałabyś właśnie to – Snape pochylił się nieznacznie ku niej. Wyczuła w nozdrzach słodką mieszankę eliksiru, którą niedawno zażył. W dalszym ciągu nie widziała, co to była za mikstura. Z irytacją zmrużyła oczy. – A to zasadnicza różnica.
– Profesorze – westchnęła. Przymknęła powieki na kilka sekund, zbierając kłębiące się myśli. – Musi pan analizować wszystko to, co mówię?
– Jeśli chodzi o panią… to tak.
– To proszę przestać.
– Nie mam takiego zamiaru.
Hermiona próbowała wyswobodzić swoją dłoń z jego uścisku. Powinna go odepchnąć, krzyczeć na niego, być może wycelować w niego różdżką, którą miała schowaną za paskiem spodni. Jednak ona wciąż stała, mimo że wyswobodzenie dłoni nie mogło być takie trudne. To było niepojęte, ale nie bała się go ani trochę.
Jakaś cząstka niej kazała jej uciekać, bo każda chwila spędzona w komnatach profesora Snape’a mogłaby potwierdzić niewygodną prawdę, którą próbowała ze wszystkich sił od siebie odepchnąć. Otworzyła się przed nim. Nie udała, że nic się nie wydarzyło. Nie zachowała się jak ostatnio, totalnie wypychając z pamięci ich pocałunek. Na swoją niedolę sama mu o nim przypomniała, nazywając głośno i wyraźnie błędem.
Jednak jakaś cząstka niej również silna i dominująca kazała jej zostać i spoglądać w te bezwzględne, ciemne oczy. Cholerne oczy, które wpatrywały się w nią z zachłanną dokładnością. Oczy, które obnażały ją z każdej warstwy. Oczy, które zdzierały z niej skorupę, ukazując na światło dzienne to, co próbowała ukryć przed samą sobą.
– Tamten wieczór… on nie powinien się wydarzyć. Powinniśmy o nim zapomnieć.
– Który?
– Który?!
– Trzy wieczory – zauważył spokojnie Snape. Zbyt spokojnie jak na zaistniałą sytuację. – O którym dokładnie powinniśmy zapomnieć?
– O wszystkich – odpowiedziała szybko, zbyt szybko. Na ustach Snape’a pojawił się mały, nieco ironiczny uśmiech, który prędko zgasł, jakby wcale się tam nie zawieruszył. Hermiona nie była pewna, czy to się jej właśnie nie przewidziało.
– Doprawdy? O tym pierwszym, gdzie to pani mnie pocałowała? Czy tym drugim, gdzie to ja pocałowałem panią? – Granger minimalnie pobladła. – Czy może o tym trzecim, gdzie to pani mnie błagała o pocałunek?
– Którego pan żałuje? – odbiła piłeczkę, unikając odpowiedzi.
– Pierwszego.
– Ach tak… – wciągnęła powietrze ze świstem. – A jednak…
– Do pierwszego nie powinien był dopuścić. Drugi okazał się jeszcze gorszy.
– Dlaczego?
– Bo już wiedziałem, co robię. Pozbawił mnie wszelkich wymówek.
– A trzeci?
– Trzeciego… nie potrafię potępić.
Wiatr świszczał z wylotu kominowego. Przez moment temperatura nieznacznie spadła. Granger oddychała płytko, nie potrafiąc spuścić z niego spojrzenia. Nie mogła. Nie chciała. Nie była w stanie odrzucić z umysłu pary ciemnych oczu. Coś zakuło ją głęboko pod żebrami. Coś zaczęło się rozpadać w jej duszy, skomląc o pomoc. Nie wiedziała, czy były to resztki rozumu i samokontroli, czy może serce pragnęło wydać z siebie ostatni jęk rozpaczy.
Poczuła się tak, jakby pierwszy raz ujrzała przed sobą profesora Snape'a. Był ranny i osłabiony. Być może majaczył, a być może mówił prawdę. Jednak pewność i maniakalna chęć udowodnienia sobie racji sprawiły, że naprawdę uwierzyła, że ich pocałunki… nie były błędem. Nie dla niej. Nigdy dla niej nie były. Przemawiał przez nią piszczący głos rozsądku, resztka samokontroli, którą odpychała przez ostatnie miesiące, teraz wydostały się na powierzchnię głośno i wyraźnie domagając się atencji.
Zdała sobie sprawę, jak jego dotyk, jego palce niemalże stopiły się z jej skórą. Jakby zawsze była jego, jakby zawsze miał do tego prawo, aby trzymać ją w ten sposób. A ona już wtedy wiedziała, że nie chce się wyrwać, nie chce uciekać, nie chce raz jeszcze okłamywać samej siebie, że nie czuje nic do mężczyzny o ciemnych hebanowych oczach. Serce łomotało w piersi. Szybko. Zbyt szybko.
– I co teraz? – rzuciła, starając się mieć nieco obojętny ton, chociaż struny głosowe ją zdradziły.
– Nie wiem.
– Nie potrafię spojrzeć na pana inaczej… nie potrafię ujrzeć już tylko profesora.
– Nadal nim jestem.
– Właśnie – westchnęła pod nosem. – Tutaj jest cały problem. Ja nadal jestem pańską uczennicą, a zachowaliśmy się tak, jakbyśmy oboje o tym zapomnieli.
– Panno Granger… – urwał na moment, jakby poszukiwał odpowiednich słów. – Pani złamała zasady. Ja złamałem granicę, której nigdy nie powinien był przekroczyć.
– Nie zmusił mnie pan do niczego, a zachowuje się pan jakby...
– Jakby co?
– Jakby tylko pan był winny.
Na ustach Snape’a pojawił się mały, nieco gorzki uśmiech. Zamiast udzielić odpowiedzi, spojrzał na Granger. Nie patrzył na nią powierzchownie. Zajrzał w głąb jej duszy, tak głęboko, jak jeszcze nie zajrzał nikt. I dostrzegł tam wszystko, na co nie zdobyła się Granger. Widział jej obawy i troski, nikłą nadzieję i radość. Widział tam upór i determinację. Widział lekki egoizm i bunt. Dostrzegł również paraliżujący strach i cień śmierci, próbujący wydostać się na powierzchnię. Zadrżał, spuszczając wzrok.
I złamię kolejny raz granicę. Raz jeszcze nagnę wszelkie reguły i zasady. Zhańbię morale i prawości, ale zrobię wszystko, abyś przeżyła, pomyślał wówczas Snape. Potem możesz mnie odepchnąć, możesz mnie znienawidzić, możesz się mnie wyrzec i przekląć. Zniosę wszystko.
Poprawił uścisk na jej nadgarstku. Jego palce zacisnęły się odruchowo. Dotyk nie był bolesny, nie sprawiał bólu ani dyskomfortu. Był raczej stanowczy, na co Granger zareagowała niemal natychmiast, wciągając ze świstem powietrze. A wtedy Snape uświadomił sobie coś jeszcze, coś tak błahego, że zaczął sam się zastanawiać, jak mogło mu to uciec ze świadomości. On zawsze dostawał to, co chce. Jako śmierciożerca nigdy nie prosił. Proszenie było oznaką słabości i wizytówką ludzi kruchych. Brał to, co było jego. Nawet to, co uważał, że będzie należeć do niego. Bez dyskusji, bez poczucia winy. Trzymając Granger, uśmiechnął się z zuchwałością, uświadamiając sobie to wszystko, a ciepła fala dreszczy spłynęła wzdłuż kręgosłupa. Zadrżał. Tylko raz.
Poległ, tracąc wszystkie moralne granice. Jego źrenice rozszerzyły się, puls przyśpieszył, oddech nieco osiadł w gardle. Zdał sobie sprawę, że największym zagrożeniem dla Granger nie będzie klątwa. Szyszymora nie była taka straszna i przerażająca. Największym zagrożeniem dla niczego nieświadomej Granger był on, człowiek, który miał ją uratować. Śmierciożerca z krwi i kości. Człowiek bez skrupułów, zimny i bezwzględny. Wyrachowany z tożsamością manipulanta. Nikt o zdrowych zmysłach nie spojrzałby na niego przychylnie. Na jego wąskich wargach pojawił się dość niepokojący uśmiech. Granger również przepadła dostrzegając w nim to, czego on nie posiadał. Pokręcił głową. Nie miał w sobie za grosz wrażliwości, którą mogłaby w nim poszukiwać stojąca obok niego Gryfonka. Dość naiwna i swoją drogą nierozważna Gryfonka.
– Decydując się na ciebie Granger, prawdopodobnie stracę wszystko. Stracę stanowisko. Stracę zaufanie dyrektora i Minerwy. Stracę nazwisko, na które pracowałem przez ostatnie lata. Jeśli wszystko wyjdzie na jaw, postawią mnie przed Wizengamotem. A przy odrobinie szczęścia wyląduje tylko w Azkabanie.
– Czy to jest tego warte?
– Nie wiem.
– A jednak…
– Decyzje podjąłem już dawno – Granger wstrzymała oddech. – Z chwilą, gdy pierwszy raz przekroczyłem granicę, wiedziałem, że nie ma już odwrotu.
– Profesorze… – niemalże westchnęła, gdy wypuścił w końcu jej dłoń. Jednak nie pozostała bez dotyku zbyt długo. Objął ją w talii, przysuwając ku sobie. Władczo. Niebezpiecznie. Jej klatka piersiowa odbiła się od jego torsu.
– Granger – wyszeptał niemal drapieżnie. – Nie szukaj we mnie wybawienia ani spokoju. Nie zagwarantuje, że będziesz przy mnie się uśmiechać. Nie obiecuję ci łatwego życia. Nie dam ci powodów, abyś była ze mnie dumna. Być może nigdy mnie nie zrozumiesz. Nie stanę się lepszym człowiekiem, bo ty tego oczekujesz. Będziesz kwestionować moje decyzje. Będziesz mnie nienawidzić częściej, niż chciałbym. A któregoś dnia… pewnie uznasz mnie za potwora.
– Brzmi jak najgorsza decyzja, jaką mogłabym podjąć – stwierdziła cicho, niemal szeptem.
– A nadal tu stoisz...
– Dlaczego miałabym zostać?
– Jestem ostatnim człowiekiem, przy którym powinnaś zostać panno Granger – Snape przechylił głowę w bok, lustrując jej twarz. – Jako profesor powinienem ci powiedzieć, abyś odeszła – urwał na krótką chwilę. – Jako mężczyzna… nie jestem pewien czy potrafię pozwolić ci odejść.
– A jeśli mimo wszystko chcę zostać?
Snape patrzył na nią długo. Zbyt długo. Przełknął ciążącą gulę w gardle, czując niebezpieczne szarpnięcie w okolicy serca. Powietrze wokół nich zgęstniało, utrudniając oddychanie.
– To uznam, że jest pani odważniejsza, niż przypuszczałem… – zawahał się tylko na moment – ...albo wyjątkowo lekkomyślna – Hermiona delikatnie, niemal niezauważalnie uśmiechnęła się pod nosem.
– Jeśli jedno i drugie?
– To byłoby to typowo w pańskim stylu, panno Granger.
– Ma pan rację – zadarła brodę nieco wyżej. – Jest pan ostatnim człowiekiem, przy którym powinnam zostać.
– W czymś się zgadzamy – rzucił cierpko. Maska na jego twarzy nie zadrżała nawet na chwilę.
– Tylko problem polega na tym… że ja wcale nie chcę odchodzić.
– Panno Granger… – głos w jego gardle nieznacznie zadrżał.
– Profesorze Snape…
– Zadam pani jedno pytanie.
– Słucham?
– Tylko żądam szczerej odpowiedzi.
– Tak? – uważniej mu się przyjrzała.
– Gdybym teraz panią pocałował… co by pani zrobiła?
Uchyliła lekko wargi, ale z jej ust nie wypłynęła odpowiedź. Pojawiła się bańka niewypowiedzianych słów. Granger odrobinę zwęziła brwi, przez moment, przez krótką chwilę wyglądała buntowniczo, jakby próbowała wyglądać co najmniej wojowniczo. Jednak Snape w jej czekoladowych oczach nie dostrzegł niczego z wojowniczki. Granger nie wyglądała, jakby chciała z nim walczyć, jakby chciała go odepchnąć. Po prostu stała nieruchomo wpatrując się w niego z niemałą zachłannością, a jej płytki oddech wibrował w powietrzu.
A on pozostał cierpliwy. Nie zahaczył spojrzeniem o jej usta, nie przejechał wzrokiem po kościach policzkowych, ani pulsującej szyi. Obserwował jej oczy. Czekoladowe oczy, w których ujrzał rzeczy, których nie pragnął dzisiaj dostrzec. Spojrzał na jej długie, podkręcone rzęsy, brwi i kosmyki opadające w nieładzie na czoło. Spoglądał na jej delikatne, niemal niezauważalne piegi. Mały, dość symetryczny nos. Lekko zaróżowione policzki.
– Ja… – zaczęła.
– To całkiem proste pytanie.
– Nie wiem…
– Odpowiedź chyba już padła – żyłka na skroni Snape’a lekko zadrżała. Miejsce, w którym trzymał jej talię, delikatnie pulsowało, jakby co najmniej jego dotyk był palący i elektryzujący. Jego dłoń zadrżała.
– Dowie się pan… jeśli w końcu mnie pan pocałuje.
Snape zmrużył delikatnie oczy. Milczał. Nie rzucił się na nią, nie pochylił się, skradając jej pocałunek. Na jego wargach pojawił się malutki, niemal niezauważalny dla mało bystrego obserwatora uśmiech. Hermiona także go nie dostrzegła, bo z równie z silną zawziętością wpatrywała się w ciemne oczy.
Uniósł powoli dłoń. Zatrzymał się na chwilę tuż przy jej policzku. Coś w spojrzeniu Granger pękło. Nie dramatycznie, lecz łagodnie, jakby osunął się z niej mur. Jego palce musnęły jej zaróżowiony policzek, a wnet Granger przymknęła powieki. Snape zbliżył się ku niej, zatrzymując się kilka centymetrów od jej ust. Z tej odległości piegi były wyraźniejsze. Coś w jego klatce, przyjemnie drgnęło na to spostrzeżenie. Pochylił się jeszcze niżej, czując na swej twarzy ciepły oddech Granger.
A potem powoli z najwyższą ostrożnością sięgnął do jej ust, składając na jej wargach delikatny pocałunek. Czas przestał istnieć. Nad Hogwartem nie było burzy śnieżnej. Nie znajdowali się w zamku pełnym wścibskich spojrzeń i tajemnic. Był tylko on i ona, bez niewygodnej łatki profesora i uczennicy. Nie było Szyszymory ani klątwy. Za rogiem nie czaiła się śmierć. Nie było wojny ani żadnych szaleńców, którzy chcieli przejąć władzę nad światem. Nie było dobra i zła. Nie było światła ani cienia.
Było tylko dwoje ludzi, skrycie i z delikatną nutą powściągliwości smakujących swoich ust. Para kochanków łamiąca wszelkie moralne granice. Dwójka skrajnie różnych od siebie czarodziei, która nie miała sobie nic do zaoferowania oprócz swojej obecności, a to w tych mrocznych i niebezpiecznych czasach było najwyższą ofiarą.
Otoczył ją mocniej ramieniem, pogłębiając pocałunek. Wyczuł, jak wargi Granger układają się w mały, dość nieśmiały uśmiech. Powoli oderwał się od niej, opierając swoje czoło o jej. Trwali w ciszy, nasłuchując własnych oddechów, nierównych uderzeń serc i trzaskającego ognia w kominku. Hermiona nadal nie otwierała oczu, wciąż uśmiechając się delikatnie pod nosem.
– Straciła pani swoją szansę, aby odejść.
– Być może – wyszeptała w odpowiedzi. – Pan też nie odszedł.
– Wiem.
– Obawiam się profesorze, że dość mocno pogorszył pan swoją sytuację.
– Doprawdy? – rzucił, uważniej się jej przyglądając.
– Teraz – wzięła spokojny oddech. – Będę miała znacznie mniej skrupułów, aby do pana przychodzić profesorze.
***
Wielka Sala powoli witała nowy dzień. Zaspani uczniowie, włócząc przeciągle nogami, opadali mozolnie na ławki. W akcie dramaturgii i desperacji podpierali głowy o dłoń, aby chociaż przez chwilę zaczerpnąć namiastki spokoju zanim rozpocznie się kolejny pracowity dzień, pełen testów i wyczerpujących zajęć praktycznych. W powietrzu unosił się zapach świeżego pieczywa, mielonej kawy, wyjątkowo mocno zaparzonej tego dnia różanej herbaty, kiełbasek i boczku, mieszając się ze słodyczą naleśników i gofrów.
Sklepienie Wielkiej Sali było białawe a z zaczarowanego sufitu, prószył śnieg, odzwierciedlając pogodę, jaka panowała za oknami zamku. W ciągu zeszłej nocy spadło tyle białego puchu, że od rana Filch z pomocą Hagrida odgarniali śnieg, aby odblokować najważniejsze ścieżki prowadzące do szklarni i sowiarni. W każdym rogu sali stały pokaźne choinki, jeszcze przed śniadaniem przyciągnięte z Zakazanego Lasu siłą mięśni Hagrida.
Hermiona dość pewnym i żwawym krokiem weszła do Wielkiej Sali wraz z grupą pierwszorocznych Puchonów. Jej spojrzenie natychmiast powędrowało do niemal zapełnionego stołu nauczycielskiego. Palce odruchowo zacisnęły się na pasku torby. Poczuła jak coś przyjemnie a w tym samym czasie nieco boleśnie, zaciska się w okolicy żeber. Był tam. Siedział obok pustego miejsca profesor McGonagall. Snape mozolnie przewracał strony Proroka Codziennego. W drugiej dłoni trzymał filiżankę z parującą kawą. Nie uniósł głowy nawet na chwilę. Obojętny, stwierdziła Hermiona. Jak na niego to całkiem normalne, dodała po chwili.
Nie oczekiwała, że w ciągu jednej nocy świat stanie na głowie. Było normalnie, zwyczajnie, tak jak przypuszczała. Życie w Hogwarcie dalej biegło według znanego sobie rytmu. Gdzieniegdzie ktoś wybuchnął śmiechem, ktoś trącił kielich z wodą, a z jeszcze innego kąta sali dobiegło głośne ziewanie, znikając między setką stukotów sztućców. Nad głowami latały sowy, rozrzucając poranną pocztę. Profesor Snape pozostał niedostępny. Nie było żadnych oznak, że wczorajszy wieczór potoczył się tak, jak nie powinien. Na jego twarzy widniał dobrze znany grymas. Sylwetka dumna i wyprostowana, a oczy z niemałą uwagą sunęły po gazecie. Chociaż Hermiona doskonale wiedziała, że Snape ani na moment nie skupia się na artykułach. Zdradzać mogły go jego palce, które co jakiś czas żarliwie zaciskały się na krawędzi gazety oraz to, z jaką uporczywością spogląda na puste obok miejsce.
Przez krótką chwilę poczuła gniew. Nie na niego, bo to byłoby nierozsądne i infantylne. Czuła jak igiełki goryczy kłują ją nieprzyjemnie w kark. Dawno nie czuła zrezygnowania i złości na samą siebie. Przez sekundę naprawdę oczekiwała, że uniesie na nią wzrok. Nie liczyła na skinienie głowy ani półuśmiech, tylko na sam kontakt wzrokowy, chociażby przypadkowy, chociażby mimochodem jego wzrok powędrowałby ku niej. Zacisnęła dłonie w piąstki tak mocno, że omal nie przebiła paznokciami delikatnej skóry. Uspokój się Hermiono, skarciła się w myślach. Nie obiecywał za wiele, dodała pospiesznie, gryząc się boleśnie w język.
Hermiona w końcu odwróciła wzrok, zajmując miejsce obok samotnie siedzącego Harry’ego. Zwykle Harry wpadał na śniadanie na ostatnią chwilę, porywając w biegu jabłko i wypijając duszkiem kielich z wodą. Teraz wyglądał, jakby siedział tutaj od dobrych kilkunastu minut. Jego talerz był pusty, sok dyniowy wypity niemal do końca, a sam Harry wyglądał na dość rześkiego i wypoczętego, jakby od dłuższego czasu sen okazał się naprawdę regeneracyjny.
– Cześć Harry – przywitała się, siadając obok.
– Hermiona – spojrzał w jej stronę, a kąciki jego ust od razu powędrowały w górę. – Cześć.
– Spałeś dobrze?
– Oj tak – przeciągnął się potężnie, uśmiechając się zwycięsko pod nosem. – Ron wyjątkowo odpuścił sobie chrapanie tej nocy.
– A gdzie on właściwie jest?
– Pewnie już w drodze – wzruszył ramionami Harry, unosząc dzbanek w górę. – Kawy?
– Poproszę.
Gdy Harry nalewał świeżo zaparzonej kawy Hermiona tylko na krótką chwilę, zerknęła w stronę stołu nauczycielskiego. Snape tym razem rozmawiał z siedzącym kilka miejsc dalej profesor Flitwickiem. Hermiona czym prędzej odwróciła wzrok.
– Gdzieś byłaś wczoraj? Nie było cię w Pokoju Wspólnym.
– Zasiedziałam się w bibliotece – wzruszyła niewinnie ramionami. Potter jedynie skinął głową, rwąc z pobliskiego półmiska winogrono. – Och Harry mógłbyś mi w czymś pomóc? – odwróciła się do niego, wyciągając z kieszeni szaty krawat. – To nie mój dzień – stwierdziła żałośnie. – Trzy razy go wiązałam, a za każdym razem wyglądał jeszcze gorzej – pożaliła się.
– Coś zdziałamy…
Nie zajęło mu to dużo czasu, aby zarzucić na szyję Hermiony krawat. Odgarnęła włosy, rozglądając się po Wielkiej Sali, gdy Harry poprawiał konstrukcje. Gdzieś w tłumie dostrzegła Malfoya, który bez skrupułów obserwował ich znad kielicha. Hermiona momentalnie poczuła się przytłoczona stanowczością, z jaką spoglądał na nich cholerny Malfoy. Chwilę później odwróciła wzrok.
– Gotowe.
– Dzięki Harry – poprawiła kołnierzyk, posyłając mu lekki uśmiech.
Hermiona sięgnęła po owsiankę, nakładając niewielką porcję na talerz. Nie była za specjalnie głodna, ale chciała uniknąć zbędnych pytań ze strony przyjaciela, więc chwyciła za łyżkę, zbliżając ją do ust. Przełknęła małą porcję. Hermiona więcej mieszała owsiankę w miseczce, niż rzeczywiście ją jadła. Nagle i niespodziewanie zwęziła brwi, jakby przypomniała sobie coś oczywistego, coś, co jej umysł wypchnął z pamięci, a dziwna, nieco nieokiełznana fala ekscytacji oblała jej kręgosłup.
– Harry, jaki eliksir ma słodkawy zapach?
– Słucham?
– Zapach niemal landrynkowy – dodała pospiesznie.
– Mamy niezapowiedziany test z eliksirów? – Potter pobladł.
– Nie… oczywiście, że nie – żachnęła się prędko. – Mam przynajmniej taką nadzieję – dodała, ale Harry tego już nie usłyszał.
– Hermiono bądźmy poważni… skąd ja mam to wiedzieć? – wzruszył ramionami, dziwiąc się samemu sobie, że Hermiona Granger zadaje mu tak niedorzeczne pytanie, zwłaszcza o tak nieludzkiej porze. – Dlaczego pytasz?
– Och… – poczuła, jak policzki oblewają się czerwienią, więc czym prędzej chwyciła za kubek z kawą. Upiła dość spory łyk, zanim odpowiedziała. – Przyśnił mi się ten eliksir.
– Przyśnił?
– Dziwne, co? – wzruszyła ramionami. – Jedynie co pamiętam to słodki zapach. Za nic nie mogę sobie przypomnieć, który eliksir może tak słodko pachnieć.
– Idź do Snape'a.
– Chyba jesteś niepoważny Harry – skarciła go ostrym spojrzeniem. Na krótką chwilę spojrzała w stronę stołu nauczycielskiego. Snape właśnie pił kawę, a potem rzucił krótkie spojrzenie na puste miejsce profesor McGonagall. – Przez tyle lat pracowałam na swoją pozycję Panny-Wiem-To-Wszystko, że nie stracę jej tylko dlatego, że nie znam odpowiedzi na jedno pytanie.
– To nie błąd zapytać.
– Nie – odpowiedziała ze stanowczością. – Sama się dowiem.
– No jak tam chcesz.
Przy stole Krukonów Hermiona spostrzegła blondwłosą. Uśmiechnęła się w stronę znajomej twarzy, jednak Luna jej nie dostrzegła. Wyglądała, jakby znajdowała się w swoim wyimaginowanym świecie. Z łagodnym, niemal błogim uśmiechem, wyglądała na całkowicie ogarniętą oazą spokoju. Hermiona zwęziła brwi, czując nagle szybsze uderzenie serca. Chwyciła za swoją torbę. Wyciągnęła podręcznik eliksirów dla zaawansowanych. Błogi stan. Spokój, mruknęła pod nosem, widząc przed oczami twarz Luny Lovegood. Harry jedynie rzucił na nią przelotne spojrzenie, jakby takie zachowanie Hermiony Granger, która w połowie śniadania zasiada do książek, było czymś tak naturalnym, że rozpoczął rozmowę, z siedzącym nieopodal Neville’em.
Hermiona rzuciła spojrzenie na spis treści. Czym prędzej przerzuciła strony, odnajdując rozdział poświęcony eliksirowi spokoju. Kilka stron dalej znajdował się podrozdział omawiający pobieżnie eliksir stabilizujący układ nerwowy. Informacji nie było za wiele, jakby sam autor podręcznika nie miał wystarczającej wiedzy, ani nie przeprowadził dostatecznej ilości badań na ten temat. Hermiona zacisnęła kurczowo palce na brzegach podręcznika.
Eliksir stabilizujący układ nerwowy należy do eliksirów mistrzowskich, przeczytała pod nosem. Używany jest w przypadku silnych drżeń mięśni, przeciążenia magicznego oraz zaburzeń precyzji ruchów po ciężkich urazach. Eksperci spierają się, czy eliksir jest odpowiedni w sporadycznym leczeniu osób z głębokim lękiem utajonym. Ze względu na swoją trudność i złożoność pracy oraz wysokie ryzyko przedawkowania, eliksir nie został objęty programem nauczania.
Hermiona wypuściła cicho powietrze z ust. Charakterystyczny słodkawy, landrynkowy zapach wywaru uzyskuje się dopiero po odpowiednim leżakowaniu mikstury. Z reguły jest to od 10 do 12 miesięcy. Eliksir zażyty przed dojrzewaniem może prowadzić do destabilizacji, utraty skuteczności, albo wywołać senność osoby go spożywającej. W skrajnych przypadkach może prowadzić do śpiączki.
Eliksir stabilizujący układ nerwowy został jedynie wspomniany w niniejszym podręczniku. Uczniowie realizujący rozszerzony program nauczania nie znajdą ingrediencji ani instrukcji sporządzenia eliksiru. Wywar jest wymagający, jego przygotowanie jest niezwykle niebezpieczne, wobec tego odradza się go uczniom. Eliksir stabilizujący układ nerwowy jest rzadko spotykany poza pracowniami mistrzów eliksirów. Uczniom i pasjonatom alchemii, Autor tego podręcznika proponuje eliksir spokoju, którego przygotowanie jest mniej złożoną i bezpieczniejszą procedurą.
Hermiona zamknęła podręcznik. Tak nagle i niespodziewanie wspomnienia ubiegłego wieczoru uderzyły nią niczym bumerang. Snape był ranny zanim go odwiedziła. Stracił dużo krwi. Ujrzała oczami wyobraźni zakrwawiony dywan, rozmazane ślady na ścianie i łazienkę, która wyglądała, jak prowizoryczny szpital polowy. Zagryzła wargę. Przypomniała sobie jeszcze o drżących dłoniach Snape’a, gdy podawał jej filiżankę, albo trzymał ją później za dłoń. Autor podręcznika nie przekazał informacji, po jakim czasie mikstura zaczyna działać, ale Hermiona była pewna, że nie działo się to w ciągu pierwszych kilku minut. Ciało zdecydowanie zdradzało to, co próbował przed nią ukryć profesor Snape.
W jej umyśle krążyła setka pytań. Hermiona miała niemałe przeświadczenie, że tak naprawdę nie dowie się wszystkiego, a jej głuche pytania, na zawsze zostaną bez odpowiedzi. Co mu się stało? Kto go zaatakował? Dlaczego nie odwiedził Madame Pomfrey?
Chowając podręcznik do torby, jej spojrzenie zatrzymało się na małej fiolce, ledwo widocznej pomiędzy grubymi podręcznikami. Ostrożnie chwyciła ją w dłoń, zaciskając palce na chłodnym szkle. Na moment, na krótką chwilę wróciła myślami do gabinetu profesora Snape’a. A wydarzyło się to, niedługo po ich pocałunku, gdzie jeszcze przez chwilę stali blisko siebie.
– Z czym pani do mnie przyszła? – zapytał wówczas Snape.
– Słucham?
– Miała pani jakiś powód, aby do mnie przyjść – dopiero teraz zrobił krok w tył, krzyżując dłonie na piersiach. Przybrał dość zdystansowaną pozę, zważając, jak jeszcze przed chwilą namiętnie ją całował, nie potrafiąc wypuścić z objęć.
– Rzeczywiście – stwierdziła, czując niemałe zakłopotanie. – Chciałam zapytać o pewien eliksir.
– Jaki eliksir?
– Nie wiem do końca, jaki eliksir… – zaczęła krążyć po gabinecie, wyginając niepewnie palce. Powietrze wokół nich zgęstniało, a Hermiona w tamtym momencie zdała sobie sprawę, jak dziwnie było jej spoglądać na wargi, które niedawno ją całowały. – Niezręcznie mi o tym mówić…
– Już pani zaczęła panno Granger – zauważył dość chłodno Snape. – Niemądrze jest rozpocząć wypowiedź i jej nie ukończyć.
– Rzeczywiście… – niechętnie przyznała mu rację. – Profesorze Snape od pewnego czasu nie czuję się najlepiej.
– Co się dzieje? – zapytał z lekką nutą obojętności. W tamtym momencie Hermiona nawet nie zauważyła, jak szczęka Snape’a zaciska się niebezpiecznie.
– Jestem coraz słabsza. Gorzej sypiam, sen kompletnie mnie nie regeneruje, nie mam na nic siły, jakbym co najmniej przechodziła jakąś grypę. Moja koncentracja także się pogorszyła. Wypadają mi włosy, paznokcie są jak papier… – uniosła niepewnie głowę. – Pewnie mnie pan wyprosi, słysząc tak błahą wymówkę, że zabieram panu czas tylko dlatego, że mam gorszy okres. – Snape niespokojnie przełknął gulę w gardle. – Nie przejęłabym się tym aż nadto, ale codzienne próby przed balem kosztują mnie ogrom wysiłku, na który nie mam kompletnie siły. Madame Pomfrey na pewno powiedziałaby, że mam więcej spać i mniej przesiadywać w bibliotece.
– Od jak dawna to trwa?
– Miesiąca? Może dłużej? To pewnie tylko przemęczenie.
– Ma pani zawroty głowy?
– Tak. Zdarzają się… ostatnimi czasy coraz częściej.
– Drżenie rąk?
– Również zauważyłam.
– A jak koordynacja?
– Tragicznie – uśmiechnęła się blado pod nosem. – Ostatnio wpadłam na szafkę w pubie pod Świńskim Łbem, jak wracałam ze spotkania z Myronem. Na szczęście Malfoy mnie złapał.
– Malfoy cię złapał?
– Tak – wzruszyła ramionami. – A na następny dzień uleczył moją nogę, bo nie byłam w stanie tańczyć.
– Doprawdy?
– Dawno nie nabiłam sobie tak okropnego siniaka. Wylew podskórny jak nic. Paskudny widok.
– Malfoy uleczył twoją nogę?
– Pan też wygląda na zaskoczonego.
– Ani trochę – odpowiedział, chociaż nie brzmiał tak pewnie, jak próbował wyglądać.
– To pan wysłał Malfoya, aby przyprowadził mnie do zamku. Nie pamięta już pan?
– Pamiętam – przez chwilę tylko spoglądali na siebie w ciszy. Coś w oczach Snape’a zadrżało, minimalnie, niemal niezauważalnie, a Hermiona nie była pewna, czy to przypadkiem się jej nie przewidziało. – Jak z pani apetytem?
– Ja… – spojrzała gdzieś za jego ramię. – Nie jestem głodna. Nie czuję takiej potrzeby, aby cokolwiek jeść.
– Dlaczego pani z tym wcześniej do mnie nie przyszła? – Snape brzmiał na co najmniej rozzłoszczonego. W okamgnieniu pokonał dzielący ich dystans. Zmrużył oczy uważnie i dokładnie się jej przyglądając. Chociaż dla Hermiony był to całkiem naturalny kontakt wzrokowy, zważając, jak jeszcze niedawno stali we własnych objęciach. Nie wiedziała tylko, że Snape zaczął w tamtym momencie kalkulować, ile tak naprawdę czasu jej zostało.
– Uznałam, że to głupota… ale po ostatniej kłótni z Malfoyem, gdzie zawaliłam próbę, zdałam sobie sprawę, że potrzebuję czegoś na wzmocnienie. Muszę tylko dotrwać do balu.
– Pozwoli pani za mną.
Przeszli do prywatnej pracowni. Było tam o wiele chłodniej niż w pozostałej części kwater. Oparła się o framugę drzwi. W powietrzu unosił się zapach ziół, mieszając się z wilgocią i kamieniem. Dym i ogień spod wygaśniętego paleniska niemal wtopił się w posadzkę, meble i chłodne, surowe ściany. W pracowni Snape’a panował niemal chirurgiczny porządek. Nie było żadnego niepotrzebnego stosu pergaminów ani ksiąg. Wszystko, co znajdowało się na biurku, było zamierzonym celem, a nie zbędną dekoracją. Stół do pracy również był uporządkowany, kociołek wyczyszczony bez grama rdzy. Na tylnej ścianie znajdowały się metalowe narzędzia, deski do krojenia i dziesiątki innych przyrządów, których Hermiona nigdy nie widziała w sali eliksirów. Musiała przyznać, że pracownia Snape’a była bardzo dobrze wyposażona. Nie tylko w przyrządy i narzędzia, które ułatwiały pracę, ale w setkę większych i mniejszych słojów skrywających składniki, których wolała nie oglądać z bliska. Tuż obok drzwi na haku wisiał ciężki, skórzany fartuch ochronny. Pachniał trochę oleiście, nieco piżmowo, mieszając się z perfumami Snape’a. Ostrożnie wyciągnęła dłoń w jego stronę. Skóra była gruba, solidna. Pod palcami Hermiona wyczuła nierówności, gdzieniegdzie zgrubienia. Delikatnie uśmiechnęła się pod nosem.
– Skończyła pani?
Hermiona zachłysnęła się powietrzem, prędko cofając dłoń. Snape posłał w jej stronę niemal chłodne, ale wcale nie wrogie spojrzenie i ponownie odwrócił się do niej plecami. Za jego ramienia Hermiona dostrzegła dziesiątki mikstur i eliksirów, odbijających się w mętnym świetle pochodni. Takiej kolekcji pozazdrościłby mu niejeden alchemik.
Snape przymknął powieki tylko na moment. Już jakiś czas temu uwarzył miksturę, niemal przeczuwając, że Granger prędzej czy później przyjdzie do niego. Ciało Granger ostatkiem sił broniło się przed klątwą Szyszymory, a jego zadaniem było chociaż na moment zamaskować sygnały umierającego ciała. Coś boleśnie ścisnęło go w okolicy żeber. Musiał kupić sobie czas, musiał zamydlić oczy Granger, nawet jeśli miałby poić ją najcięższymi eliksirami na świecie.
W blasku pochodni błysnęła czarna maź, leniwie poruszająca się w obłej fiolce. Snape zacisnął na niej kurczowo palce. Stworzył skoncentrowany eliksir wzmacniający bazujący na znanych recepturach. Ulepszył go, dodając do niego tylko dwie krople wywaru żywej śmierci, którego zadaniem było, jak miał nadzieję spowolnienie klątwy. Jednak czy jego przypuszczenia były trafne? Czy minimalna ilość wywaru żywej śmierci rzeczywiście podziała w tym przypadku? Ile czasu mógł sobie dzięki temu kupić? Nie wiedział. Może były to tylko tygodnie, a być może dni. Nawet jeśli Granger przyjdzie do niego, uznając, że czuję znaczną poprawę, on wiedział już, że nie zmieniło się nic, że Granger nadal umiera, a jedynie przestała odczuwać tak mocno skutki klątwy. Zamiatasz wszystko pod dywan, szepnął jakiś pogardliwy głos w jego głowie.
– Od dzisiaj zacznie pani przyjmować ten eliksir.
Snape położył na biurku fiolkę. Czarna maź powoli spłynęła po ściankach naczynia. Hermiona podeszła do niego, chwytając buteleczkę. Uniosła ją w górę, przyglądając się jej w blasku pochodni.
– To koncentrat. Rozcieńcza się go w wodzie.
– Co to jest?
– Eliksir wzmacniający.
– Sam pan go uwarzył?
– Czy to ma znaczenie? – uniósł brew ku górze, jakby właśnie go obraziła. Hermiona spojrzała na niego znacząco.
– Tylko zapytałam…
– To moja autorska receptura.
– Jak go przyjmować?
– Pięć kropli. Nie cztery, nie sześć. Pięć.
– Czy to ma aż tak duże znaczenie? – Snape oparł dłonie o biurko, nieznacznie pochylając się w przód.
– Czy właśnie podważa pani moją pracę?
– Nie… oczywiście, że nie.
– Proszę zapamiętać panno Granger, że to jest koncentrat. Więcej kropli nie znaczy, że zadziała lepiej.
– Jeśli poczuję, że potrzebuję więcej?
– Nie będzie tego pani potrzebowała.
– Skąd ta pewność? – zacisnęła palce na chłodnej fiolce.
– Bo to ja stworzyłem ten eliksir.
– A jeśli mimo wszystko wezmę większą dawkę?
– Każda dawka została obliczona z precyzją – rzucił cicho Snape. – Proszę nie psuć cudzej pracy własną kreatywnością.
– Postaram się.
– Nie. Nie postara się pani. Zastosuje się pani do moich zaleceń.
– A jeśli poczuję, że działa słabo?
– Nie zwiększać dawki.
– A jeśli poczuję, że działa dobrze?
– Nie zmniejszać dawki.
– A jeśli poczuję się lepiej?
– Panno Granger… – syknął cicho. – Zwłaszcza wtedy nie odstawi pani eliksiru, dopóki ja nie uznam tego za stosowne.
– Dobrze – skinęła głową. – Ile razy dziennie?
– Dwa razy co dwanaście godzin.
– Przed czy po posiłku?
– Bez znaczenia. Proszę nosić fiolkę przy sobie.
– To konieczne?
– Panno Granger, jeśli próbuje pani zapytać, czy może pani opuścić dawkę, moja odpowiedź brzmi nie.
– A jeśli będę w Wielkiej Sali?
– To znajdzie pani powód, aby z niej wyjść.
– Dobrze – skinęła niepewnie głową, wsuwając fiolkę w kieszeń szaty. – Zastosuję się do wszystkich zaleceń. Dziękuję.
– Proszę nie dziękować, póki nie przekona się pani czy eliksir działa.
– Profesorze Snape – walczyła ze sobą, aby kąciki ust nie powędrowały w górę. – Jest pan beznadziejny w przyjmowaniu podziękowań.
– Być może – rzucił obojętnie.
Hermiona niemal podskoczyła na ławce, czując, jak coś obok niej się poruszyło. Zamrugała, powracając boleśnie do rzeczywistości. Widok jej i Snape’a został zastąpiony rudymi włosami, które śmignęły tuż obok jej nosa. To Ginny opadła obok. Naprzeciwko usadowił się Ron, który wyglądał, jakby ledwo co wygramolił się z łóżka. Posłała rodzeństwu oburzone spojrzenie. Serce nadal łomotało w piersi.
– Na brodę Merlina, jak mnie przestraszyliście.
– Ciebie też miło widzieć – odpowiedział Ron, chwytając za półmisek.
– Cześć Hermiono – Ginny uśmiechnęła się przepraszająco, sięgając po dzbanek z kawą.
– Ron – Harry pomachał w górze kopertą. – Poczta była.
– Dzięki stary – odpowiedział, rozrywając papier.
Hermiona nie zdała sobie sprawy, że w dalszym ciągu ściskała w dłoni fiolkę. Ostrożnie położyła ją na dno torby, tuż obok Kursu Tańca Dla Opornych Trolli (i nie tylko). Zegar zawieszony nad stołem nauczycielskim wskazywał, że niedługo powinna przyjąć kolejną dawkę eliksiru. Musiała trzymać się wytycznych Snape’a. Wczoraj dał jej jasno do zrozumienia, aby przestrzegała zasad, a Hermiona nie chciała testować jego cierpliwości. I tak zrobił dla niej więcej, niż mogłaby oczekiwać. Madame Pomfrey na pewno kazałaby jej więcej odpoczywać i mniej się stresować. Próbowała. Marne zalecenia.
Odnotowała mały ruch w okolicy stołu nauczycielskiego. Jej wzrok zsunął się w dół. To Snape przesunął nieznacznie cukierniczkę w bok, w miejsce, z którego być może specjalnie, a być może przypadkowo uzyskał lepszy widok na stół Gryffindoru. Ruch był tak naturalny, że prawdopodobnie nikt nie zwrócił na to uwagi. Hermiona wiedziała, że nie chodziło jedynie o cukierniczkę. Snape nie słodził. Cukier stojący obok wcale mu nie wadził, a jednak nieznacznie go przesunął. Następnie uniósł filiżankę do ust. Upił kawę i odłożył filiżankę na spodek. Powoli, bez pośpiechu, niemalże z wyważoną ostrożnością każdego ruchu. Hermiona poznała go już na tyle dobrze, że wiedziała, że profesor Snape nie przestawiał niczego bez powodu. Coś delikatnie zakuło ją w okolicy żeber. Tym razem odczucie było przyjemne, rozlewając się ciepłym żarem po całym ciele. Odwróciła wzrok, zaciskając dłonie na pasku torby. Nie wiedziała tylko, że z chwilą, gdy ona zaczęła się podnosić, Snape nieco leniwie, nieco obojętnie rzucił krótkie spojrzenie w stronę stołu Gryffindoru.
– Harry, mama zaprasza cię na święta do Nory. Hermiono ciebie również.
– Wpadam – rzucił bez zastanowienia Potter.
– Och… – na ustach Hermiony pojawił się delikatny uśmiech, a coś w okolicy serca ścisnęło się ciepło na samo wspomnienie Molly Weasley. – Dziękuję Ron, ale musisz przeprosić mamę. Jadę do domu. Stęskniłam się za rodzicami.
– Szkoda – odpowiedziała Ginny. – A na sylwestra wpadniesz?
– Coś się szykuje? – poruszała sugestywnie brwiami. Siedzący obok Harry ryknął śmiechem.
– Zawsze można coś zorganizować – podsumował Ron.
– Z pompą? – zapytał Potter.
– Z pompą – odpowiedziała Ginny.
Zarzuciła na ramię torbę i uniosła dłoń w górę, aby pożegnać się z przyjaciółmi, układając w głowie wymówkę swojego niezwłocznego wyjścia. Jednak to nie jej przyjaciele ją zatrzymali. Gdzieś za nią coś się poruszyło, a po Wielkiej Sali przeszły głośniejsze rozmowy. Hermiona zatrzymała się w połowie kroku, odwracając się za siebie.
Dyrektor wspiął się na podest. Zbliżył się do mównicy, która wyrosła spod ziemi kilka sekund wcześniej. Albus Dumbledore tego dnia miał na sobie sięgającą ziemi granatową szatę, a długie i srebrne włosy opadały mu aż do pasa. Spoglądał na wszystkich zza połówek okularów, a jasnoniebieskie oczy błyszczały nieznacznie. Dyrektor nigdy nie przemawiał podczas śniadań, nigdy nie zabierał głosu w ciągu roku szkolnego, jeśli nie zmuszały go do tego okoliczności. Ograniczał swoje przemówienia do rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego oraz ważnych wydarzeń, które miały miejsce w Hogwarcie. Był środek tygodnia. Kolejny nic nieznaczący tydzień grudnia, niemal końcówka semestru. Czego mógł od nich chcieć dyrektor? Hermiona poczuła, jak Ginny ciągnie ją za rękaw szaty, sugestywnie wskazując na ławkę. Hermiona usiadła, widząc kątem oka, że pozostali uczniowie, również opadli na swoje miejsca.
– Moi drodzy, mam nadzieję, że śniadanie wam smakowało – odezwał się Albus Dumbledore, obserwując Wielką Salę. Nie musiał podnosić głosu ani prosić o ciszę. Wszyscy jak jeden mąż zamilkli. Nie tylko Hermiona zauważyła niecodzienność w zachowaniu dyrektora inni, również wychylali głowy w bok, aby uchwycić sylwetkę starca.
– Coś jest na rzeczy – mruknął Ron, pochylając się w przód. – Mówię wam – dodał pośpiesznie.
– Ciszej Ron – skarciła go Hermiona.
– Zanim rozpoczniecie zajęcia, chciałbym przekazać wam krótką wiadomość.
– Mówiłem – syknął Ron.
– Profesor McGonagall będzie przez pewien czas nieobecna w Hogwarcie…
– Co? – jęknął Harry.
– Widzicie? – Ron niemal uderzył pięścią w stół, jednak Ginny w ostatniej chwili chwyciła go za dłoń.
– To nie miejsce i czas, aby omawiać powody jej wyjazdu, jednak zapewniam was, że jej miejsce wśród nas pozostaje niezmienne. Profesor McGonagall przebywa poza Hogwartem i dołączy do nas za jakiś czas.
– Za jakiś czas? – tym razem to Hermiona spojrzała na zmartwione twarze przyjaciół. Coś było nie tak.
– Tak się mówi, jak ktoś ma nie wrócić… – mruknął Harry.
– To nie jest zabawne – szepnęła Hermiona, posyłając mu krótkie, lecz srogie spojrzenie.
– Mi nie jest do śmiechu – odpowiedział z pełną powagą Potter. Hermiona przełknęła niespokojnie gulę w gardle.
– Moi drodzy proszę o spokój – Dumbledore uniósł dłonie w górę. Poruszenie przeszło po całej Wielkiej Sali. Tylko grono pedagogiczne wyglądało, jakby zostali zapoznani z nowiną wcześniej. Hermiona dosięgła spojrzeniem profesora Snape’a, lecz ten, spoglądał obojętnie przed siebie, jakby pragnął znaleźć się wszędzie, tylko nie w Wielkiej Sali. – Nie mogę dopuścić, aby Gryfoni pozostali bez opieki.
– Kto zastąpi profesor McGonagall? – Wielką Salę zalała fala pobudzonych szeptów.
Wzdłuż całego stołu Gryfonów rozpoczęła się dyskusja na temat tego, kto mógłby przejąć nad nimi opiekę. Ktoś zasugerował Hagrida, a jeszcze inni profesor Hooch. Propozycja Sybilli Trelawney również się pojawiła, lecz nie została tak entuzjastycznie przyjęta, jak kandydatura gajowego. Hermiona dosięgła Hagrida wzrokiem. Pół olbrzym wcale nie jaśniał ani nie prostował dumnie piersi. Hagrid wyglądał na co najmniej przygnębionego, bez skrupułów wpatrując się w puste miejsce profesor McGonagall.
– Drodzy uczniowie, pozwólcie, że przedstawię wam nową członkinię grona pedagogicznego. Profesor Ariana Torres – Dumbledore obrócił się za siebie, dłonią wskazując na boczne drzwi. – Profesor Torres była tak uprzejma, by przyjąć moje zaproszenie i na czas nieobecności profesor McGonagall przejąć nauczanie transmutacji oraz pieczę nad domem Gryffindoru.
W progu ukazała się sylwetka dość wysokiej i szczupłej kobiety. Była ubrana w idealnie dopasowaną czarną szatę do ziemi z długim rękawem, miejscami przeplecioną srebrną połyskującą nicią. Nie można było zaprzeczyć, że wyglądała elegancko i szykownie. Kruczoczarne włosy sięgały niemal do ramion. Czarownica zanim zbliżyła się do Dumbledore’a, zatrzymała się przy stole nauczycielskim. Skinieniem przywitała się z pozostałą kadrą profesorów. Gest wynikał z grzeczności, albowiem tuż przed śniadaniem grono pedagogiczne powitało nową członkinię. Co poniektórzy profesorowie wychylali bez skrupułów głowy, aby lepiej przyjrzeć się nowej nauczycielce, a jeszcze inni posyłali w jej stronę zaledwie krótkie spojrzenie. Hermiona odnotowała, że tylko profesor Snape nie zareagował. Nie podniósł głowy, nie nawiązał kontaktu wzrokowego, zachowywał się jak zwykle, ignorując cały otaczający go świat. Uprzejmy jak zawsze, pomyślała wówczas Hermiona. Nowa nauczycielka również nie zatrzymała dłuższego spojrzenia na nikim konkretnym. Podeszła do Dumbledore’a, a ten ujął jej dłoń, uśmiechając się z uprzejmością. Wymienili się kilkoma uwagami, czego siedzący nieopodal uczniowie już nie wychwycili.
– Powitajmy serdecznie profesor Torres – po sali przeszła niepewna i nieśmiała fala oklasków.
– Dziękuję za tak ciepłe powitanie profesorze Dumbledore – kobieta zabrała głos. – Drodzy uczniowie, nazywam się profesor Torres. Od dziś będę waszą nową nauczycielką transmutacji i opiekunką domu Gryffindor – setka ciekawskich i zafascynowanych spojrzeń otoczyła nowoprzybyłą. – Profesor McGonagall pozostawiła po sobie wysokie wymagania. Nie zamierzam ich obniżać.
Czarownica nie pozostała dłużna i również otoczyła Wielką Salę spojrzeniem. Nie wyglądała, jakby próbowała zyskać sympatię uczniów, wychwytując ich uśmiechów. Porównując ją z innymi profesorami, którzy dołączali do kadry nauczycielskiej profesor Torres, wyglądała na dość powściągliwą. Nie uśmiechała się na wyrost. Nie wyglądała na speszoną setką ciekawskich spojrzeń. Skinęła uczniom głową. Krótko. Z szacunkiem. Bez cienia poufałości. Dopiero gdy jej spojrzenie dosięgło stół Gryffindoru, Hermiona poczuła, że niemal osuwa się z ławki. To właśnie ją spotkała dwa dni temu w Gospodzie pod Świńskim Łbem.
Dumbledore wskazał jej puste miejsce profesor McGonagall. Trudno ocenić czy był to zamierzony efekt, czy z przyczajenia dyrektor skierował nowo przybyłą akurat tam. Kobieta zanim usiadła, położyła swoją dłoń na oparciu krzesła należącego do profesora Snape’a. Gest był naturalny, nic nie znaczący, jednak Hermiona od razu go dostrzegła. Następnie profesor Torres z niemałą gracją zasiadła do stołu. Snape po raz pierwszy uniósł na nią spojrzenie.
***
Zanim uczniowie opuścili Wielką Salę plotki o zniknięciu profesor McGonagall i dołączeniu do grona pedagogicznego nowej nauczycielki pojawiły się błyskawicznie. Przybycie nowej profesor wzbudziło niemałe poruszenie. Portrety bez skrupułów szeptały między ramami, przeskakując do sąsiednich obrazów. Niektóre z nich zatrzymywały uczniów zmierzających na pierwsze lekcje, aby zdobyć więcej informacji. Poruszenia panującego w zamku nie zlekceważyły również duchy. Nad głowami uczniów pojawiały się nawet te, które zwykle unikały tłocznych korytarzy, wybierając opuszczone wieże i smętne, obskurne lochy.
Ostatnimi dniami uczniowie żyli zbliżającym się balem, który miał mieć miejsce w najbliższym czasie. Pojawienie się nowej osoby przyćmiło uroczysty wieczór, a plotki rozprzestrzeniały się szybciej niż prawda. Z każdej stron można było usłyszeć różne wersje wydarzeń. Grupa Krukonów spierała się o to, czy mogło coś poróżnić profesor McGonagall i dyrektora, zmuszając ją do rezygnacji ze szkoły. Jeszcze inni wspomnieli o zasłużonej emeryturze, chociaż nie potrafili bronić swojej tezy. Był środek roku szkolnego, a mało kto odchodził na odpoczynek, mając pod sobą wychowanków i masę palących obowiązków. A tytuł wicedyrektor Hogwartu wciąż na niej wisiał. Jeszcze inni uważali, że nowa nauczycielka została wysłana z polecenia Ministerstwa Magii, aby doglądać wewnętrzną pracę szkoły. Żadna z tych informacji nie miała potwierdzenia.
Uczniowie jak to uczniowie nie posiadając w sobie grama wyczucia i powściągliwości obserwowali nową nauczycielkę, jak zmierza do sali transmutacji w towarzystwie dyrektora. Albus Dumbledore rzucał krótkie niuanse, wskazując na mury zamku. Profesor Torres kiwała głową, uważnie go słuchając. Pod pachą ściskała dziennik i pozostałe pergaminy, które otrzymała od dyrektora. Barki miała wyprostowane, głowę uniesioną wysoko, ale nie za wysoko. Nie było w tym grama pychy, raczej chłodna ocena i kalkulacja.
– I co, teraz tak będzie wyglądał cały dzień? – rzucił rozdrażnionym tonem Harry. Wraz z Ronem i Hermioną utknęli na końcu korytarza. Zmierzali na zajęcia z zaklęć, ale tłum, który zafascynował się widokiem dyrektora, odprowadzającego nową nauczycielkę, był dla uczniów czymś niepojętym. Bez skrupułów wskazywali na nich palcami a nieco odważniejsi z nich, zwracali się do niej, mówiąc: Dzień dobry pani profesor. Nowa nauczycielka odpowiadała na powitania, lekko skinając głową. Dość powściągliwie, bez zbędnego afiszowania się. – Nie podoba mi się to.
– Mi też nie – zgodziła się Hermiona, zaciskając kurczowo palce na pasku torby. – Zdaje się, jakby wszyscy zapomnieli już o profesor McGonagall…
– Kiedy my ją ostatni raz widzieliśmy? – zastanowił się na głos Ron.
– Przed wyjściem do Hogsmeade – przypomniał sobie Harry. – Wtedy z nią rozmawialiśmy.
– Czy teraz mi wierzycie, że Dumbledore kompletnie zwariował? – Hermiona wraz z Harrym obrócili się ku niemu. – Nowa nauczycielka zostaje opiekunką Gryffindoru. Co złego jest w Hagridzie? Albo Madame Hooch?
– Ja… – zaczęła Hermiona. Prawda była taka, że Ron miał rację, nawet jeśli okrutna i nieprzyjemna one nie była. Spojrzała na Harry’ego, szukając w nim wsparcia.
– Nie wiem – Potter wzruszył ramionami.
Tuż obok nich niespodziewanie przemknęły rude kosmyki. Harry w ostatniej chwili chwycił Ginny za łokieć. Nie wyglądała, jakby ich spostrzegła w tłumie. Policzki miała zaczerwienione. Lekko dyszała, a włosy wymknęły się z misternego warkocza. Obok nich przystanęła Lovegood. Luna wyglądała jak Luna. Niemalże błądziła w swoim świecie, spoglądając na nich radośnie. W jej uszach dyndały kolczyki, przypominające bałwanki. Hermiona przez krótki moment pozazdrościła jej błogiego, nieco zamyślonego uśmiechu.
– Cześć Harry – odezwała się Luna. – Cześć Ron – uśmiech wskoczył na jej blade policzki. – Cześć Hermiono.
– Cześć Luna – odpowiedzieli jednocześnie.
– Dziwne – zaczęła marzycielskim tonem blondwłosa. Harry wraz z Ronem wymienili się między sobą krótkim spojrzeniem.
– Co takiego? – zapytała uprzejmie Hermiona, ignorując pytające spojrzenie Pottera i Weasleya. Wszyscy od dawna wiedzieli, że wchodzenie w dyskusję z bujającą w obłokach Lovegood nie prowadziło do niczego dobrego.
– Nic – Luna wzruszyła beztrosko ramionami. – Po prostu czasem człowiek wygląda tak, jakby przybył z bardzo daleka. A przecież stoi bardzo blisko.
– Co masz na myśli? – Hermiona spostrzegła, że Dumbledore i profesor Torres zniknęli za zakrętem. Ponownie spojrzała na Lunę, mrużąc oczy.
– Musimy już iść – to była Ginny. Chwyciła pod łokieć Lovegood, robiąc krok w tył. Luna otwierała usta, aby coś powiedzieć, lecz przerwał jej Harry.
– Co macie pierwsze?
– Transmutacje – odpowiedziała Ginny, nerwowo oglądając się za siebie.
– Och… – Harry skrzywił się nieznacznie.
– Nie możemy się spóźnić.
– Będzie dobrze – Hermiona posłała im ciepły uśmiech, nieco dłużej zatrzymując spojrzenie na Lunie – Powodzenia!
Zaklęcia oraz zielarstwo minęły im w okamgnieniu. Hermiona mając u swojego boku Harry’ego i Rona, stanęli przed salą transmutacji. Uczniowie mijali ich, rzucając im tylko krótkie spojrzenie. Ślizgoni, którzy wkroczyli do sali chwilę później, zastanawiali się na głos, jaka będzie nowa nauczycielka, czy okaże się szychą jak McGonagall, czy będzie nieco pobłażliwa, zważając na jej młody wiek.
– Nie możemy tak stać tutaj – Hermiona zniżyła głos.
– No… – odpowiedział smętnie Ron.
– Nie ma czego się bać, prawda? – odezwał się Potter, wychylając głowę. – Chyba jej jeszcze nie ma.
– Może zajmijmy miejsca? – zasugerowała Hermiona, robiąc krok naprzód. Nagle zatrzymała się, widząc, jak przed nią ktoś wyrósł. Zanim ujrzała go, wyczuła w nozdrzach charakterystyczne perfumy. Nim uniosła wzrok, już wiedziała, z kim miała do czynienia. Zacisnęła mocniej palce na pasku torby.
– Strach cię obleciał Potter?
– Zamknij się Malfoy – odpowiedział Harry, mrużąc buntowniczo oczy. Malfoy rzucił na niego przelotne spojrzenie, a następnie rzucił okiem na Hermionę. Uśmiechnął się do niej w cyniczny sposób, po czym kiwnął głową gdzieś w bok. – Panowie. – Crabbe, Goyle, Zabini i Nott, stąpali za nim, przypominając jego cień. Każdy z nich obdarował Harry’ego, Rona i Hermionę wyjątkowo obrzydliwym uśmiechem. Weszli do sali, śmiejąc się na głos. Granger wypuściła ze świstem powietrze.
– Nie zachowujmy się jak pierwszoklasiści. No dalej, wchodzimy.
Klepnęła ich w ramiona, a potem lekko pchnęła na przód. Większość osób była już w klasie. Część siedziała, kartkując podręcznik, a jeszcze inni, nadal stali w grupkach bez skrupułów ze sobą rozmawiając. Hermiona zastanowiła się, czy próbują przetestować nową nauczycielkę i jej cierpliwość, bo gdyby profesor McGonagall nadal ich uczyła, ci już dawno siedzieliby w ławkach, a wszelkie rozmowy zostałyby na korytarzu.
Zajęli swoje miejsce. Hermiona wyciągnęła podręcznik, rozglądając się niepewnie wokół. Neville rwał rękawy szaty, Dean obracał w palcach pióro, a Seamus podpierał głowę o dłoń, jakby próbował zyskać kilka cennych sekund snu. W drugim końcu sali Pansy Parkinson zaczęła rozmowę na bliżej nieokreślony temat, zbierając uwagę wszystkich Ślizgonek. Draco Malfoy siedział na swoim standardowym miejscu. Nogi miał nonszalancko wyciągnięte przed siebie, a dłonie wciśnięte w kieszeń spodni. Wpatrywał się w przód klasy, a maska na jego twarzy nie zdradzała niczego. Od razu przyłapał Granger na podglądaniu. Uniósł brew ku górze, a speszona Gryfonka czym prędzej odwróciła wzrok, wpatrując się w pustą tablicę.
Nagle i niespodziewanie Hermiona poczuła przygnębienie informacją o zniknięciu profesor McGonagall. Biurko, które do niej należało, pozostało puste. Jedyną praktyczną dekoracją, było czarne pióro z kałamarzem. Nie było pergaminów, ksiąg, ani panującego chaosu, który był dość charakterystyczny dla profesor McGonagall. Chaos i zagracone biurko, które na pierwszy rzut oka wydawały się bałaganem i lenistwem, dla profesor McGonagall były idealnie rozłożoną strategią. Wszystko, co stało na biurku, znalazło się tam nie bez powodu, a profesor transmutacji korzystała niemal ze wszystkiego w ciągu całego dnia, witając w progu swojej klasy wszystkie roczniki. Tablica, która była tuż za biurkiem była pusta. Gdy profesor McGonagall ich nauczała, można było odnaleźć tam pozostałe zapiski po poprzednich rocznikach bądź notatki, które przygotowała dla nich McGonagall. Tablica tego dnia była pusta i zimna, jakby nie została zapisana przez wieki. Nie było na niej grama kurzu z kredy. Nawet gąbka wyglądała na nową i nieużywaną.
Wszystko wokół pozostało takie jak dawniej. Pomoce dydaktyczne, półki uginające się od ksiąg, obrazy demonstrujące kolejne etapy transmutacji i gabloty zapełnione na pozór zwykłymi przedmiotami. Znalazła się też specjalna półka na nieudane eksperymenty uczniów. Hermiona od razu dostrzegła filiżankę, nad którą pracował Neville na trzecim roku. Mysie uszy, które wyrosły z filiżanki stały się przestrogą dla następnych uczniów. Oprócz prywatnego pióra i kałamarza nie było niczego, co zwiastowało nowego gospodarza klasy. Zapewne nowa nauczycielka jeszcze za dobre się nie rozgościła, wprowadzając własne modyfikacje. Gdzieś w powietrzu dało się wyczuć obecność ich dawnej profesorki, jakby profesor McGonagall nadal z nimi była.
Nagle i niespodziewanie przypomniała sobie o swojej torbie. Czym prędzej chwyciła ją, zaglądając do środka. W mętnym blasku pochodni zabłyszczała szklana fiolka, a czarna maź leniwie zakołysała się w środku. Na śmierć zapomniała przyjąć porcję eliksiru. Skarciła w myślach dyrektora za jego poranne przemówienie, bo gdyby nie to już dawno miałaby poranną porcję za sobą. Znienacka poczuła, jak po karku spływały kropelki potu. Snape podkreślił, jak ważne było, aby przestrzegała stosowania. Założyła torbę na ramię, odsuwając krzesło.
– Co ty robisz? – zapytał zaskoczony Ron.
– Muszę wyjść…
– Gdzie? – zainteresował się Harry. – Zaraz zaczyna się lekcja.
– Muszę… muszę iść do toalety.
– Nie zdążysz – mruknął Ron.
– Uda mi się – zacisnęła palce na torbie, przeciskając się obok Pottera.
– Proszę o zajęcie miejsc.
Hermiona zdrętwiała, odwracając się powoli do tyłu. Profesor Torres zamknęła drzwi. Spokojnym krokiem przemierzyła klasę, zmierzając do katedry. Harry pociągnął ją za skraj szaty. Hermiona niechętnie opadła na krzesło. W duchu prosiła Merlina, aby profesor Snape nie dowiedział się, że pominęła poranną dawkę.
Profesor Torres przystanęła przy biurku, otwierając dziennik. Oparła dłonie o biurko, nieznacznie pochylając się w przód. Nie odezwała się słowem. Czekała cierpliwie, nim ostatni uczniowie zajmą swoje miejsca. Dopiero gdy w sali zapanowała cisza, uniosła głowę. Omiotła spojrzeniem salę, nie zatrzymując się na nikim konkretnym.
– Dzień dobry państwu. Przedstawię się raz jeszcze – wyprostowała barki, splatając przed sobą dłonie. – Nazywam się profesor Ariana Torres. Od dzisiaj będę waszą nową nauczycielką transmutacji – kilka osób wychyliło nieznacznie głowę, aby lepiej się jej przyjrzeć. – Nie interesuje mnie to, z którego domu pochodzicie. Interesuje mnie wyłącznie to, ile wkładacie pracy w naukę. Wiedza będzie nagradzana. Lekceważenie obowiązków będzie miało konsekwencję. – Harry, Ron i Hermiona wymienili między sobą spojrzenie. – Sprawdzę listę obecności. Jeśli państwa wyczytam, proszę wstać, abym mogła łatwiej zapamiętać nowe twarze – zasiadła do biurka. Spokojnie, bez nerwowych ruchów przysunęła dziennik bliżej siebie. – Lavender Brown.
Co chwila po klasie rozchodziło się odsuwanie i zasuwanie krzeseł. Hermiona nerwowo skubała rękawy szaty, uważnie wpatrując się w nową nauczycielkę. Jeszcze nie udało się jej rozgryźć, co niezwykle irytowało Hermionę. Zwykle Granger po pierwszym pięciu minutach mogła śmiało stwierdzić, z kim miała do czynienia. Kim był jej rozmówca, czy można było mu zaufać, czy był to manipulant, bądź ktoś, na kogo nie warto było tracić swojej energii. Patrząc na kobietę, która zajęła salę lekcyjną jej dawnej ulubionej profesorki, po raz pierwszy Hermiona Granger nie była niczego pewna.
– Hermiona Granger.
– Obecna – Profesor Torres posłała jej jedynie o sekundę dłuższe spojrzenie nim pozostałym uczniom. Następnie spuściła wzrok na dziennik. Hermiona od razu to zauważyła. Rozejrzała się po sali, lecz nikt nie zwrócił na to kompletnie uwagi. Ponownie zajęła swoje miejsce.
– Neville Longbottom.
– Obecny.
– Draco Malfoy.
– Obecny.
– Teodor Nott.
– Obecny.
– Pansy Parkinson.
– Obecna.
– Harry Potter.
– Obecny.
– Dean Thomas.
– Obecny.
– Ronald Weasley.
– Obecny.
– Blaise Zabini.
– Obecny – po odczytaniu ostatniego nazwiska z cichym trzaskiem zamknęła dziennik. – Zanim przejdziemy do lekcji mam jeszcze jedną sprawę organizacyjną. Jako że od dziś pełnię obowiązki opiekunki domu Gryffindor, chciałabym spotkać się ze wszystkimi jego uczniami. Dzisiaj, przed kolacją, o godzinie siedemnastej w Pokoju Wspólnym. Zajmę wam tylko chwilę. Panno Granger, panie Thomas – wyłapała w tłumie prefektów domu Lwa. – Będę wdzięczna, jeśli dopilnujecie, aby ta informacja dotarła również do pozostałych uczniów. Nie chciałabym, aby ktoś dowiedział się o tym spotkaniu przypadkiem.
– Oczywiście pani profesor – odpowiedziała Hermiona wraz z Deanem.
– Doskonale. Na początek zobaczymy, co umiecie. Kto powie mi co to jest prawo Gampa? – przeszyła klasę spojrzeniem. Nikt nie odważył się udzielić odpowiedzi. Nikt nie był na tyle śmiały, aby wychylić się przed szereg. Kobieta powstała z fotela. Powoli, bez żadnych nerwowych ani drastycznych ruchów okrążyła biurko. Oparła się o nie biodrami, uważnie skanując klasę spojrzeniem. W końcu uniosła przed siebie dłoń. – Może pan Weasley nam powie?
– To są prawa obowiązujące w czarodziejskim świecie dotyczące transmutacji – Hermiona wiele razy o tym mówiła, więc chcąc nie chcąc coś zapamiętał.
– Dobrze. Potrafisz powiedzieć coś więcej?
– Zostały stworzone przez profesora Gampa – dodał nieśmiało Ron.
– Dobrze – krótko pokiwała głową. – Pięć punktów dla Gryffindoru. Ktoś wie, jakie są prawa i wyjątki? – co poniektórzy spuścili głowy. Hermiona poczuła, jak Harry kłuje ją w bok, dwuznacznie wskazując na nauczycielkę. – Nie ma chętnych? Nikt nie zna odpowiedzi?
– Ja znam.
– Panna Granger, dobrze zapamiętałam?
– Zgadza się pani profesor.
– Więc czekam na odpowiedź.
– W prawach Gampa, jak i w życiu, przetransmutować można każde ciało stałe, ciecz, plazmę i gaz oraz materię i nie materię. Jest również możliwość zamiany nieżywych obiektów w żywe i na odwrót. Niektóre zaklęcia transmutacyjne przemieniają tylko część jakiegoś obiektu, na przykład zamiana uszu jakiejś osoby w uszy królika. Wyjątkiem są różdżki, duchy oraz jedzenie i picie. Nie można ich stworzyć, ale da się je w coś zmienić.
– Poprawnie. Słyszałam, że opinie na temat pani wiedzy nie były przesadzone. Pięć punktów dla Gryffindoru.
Gdzieś z końca sali dobiegł cichy, drwiący śmiech. Hermiona spięła mięśnie, lecz nie znalazła w sobie odwagi, aby obrócić głowy. Harry za to z Ronem wychylili się w tył, prychając pod nosem na tego, co podważył zdanie na temat ich przyjaciółki. Hermiona uważnie wpatrywała się w nauczycielkę, mocno zaciskając piąstki pod ławką. Profesor Torres chwyciła z biurka dziennik. Rzuciła okiem na listę obecności, a następnie przeniosła spojrzenie na uczniów.
– Panno Parkinson, jeśli ma pani coś do powiedzenia proszę mówić na tyle głośno, aby cała klasa mogła panią usłyszeć.
– Umm… – zaczęła kulawo Parkinson. Profesor Torres, skrzyżowała ręce pod biustem.
– Czy pani zdaniem zabawne jest to, że tylko jedna osoba zna odpowiedź na pytanie z materiału, który dobrze jest znany pierwszoklasistom? – Parkinson momentalnie spoważniała. Nie odpowiedziała. Jedynie, na co było ją stać to odwrócenie głowy w przeciwną stronę. Niezwykle dojrzałe zachowanie. – Tak sądziłam. Pięć punktów od Slytherinu za zakłócenie lekcji.
Wróciła do swojego biurka i ponownie usiadła na krześle. Odsunęła dziennik w bok. Splotła dłonie w koszyczek, ponownie przeszywając klasę spojrzeniem.
– Dlaczego nikt nie notuje?
– Hermiona powiedziała trochę za szybko – rzucił Seamus Finnigan. Kobieta przymknęła powieki na sekundę. Wzięła spokojny wdech, a gdy je otworzyła, oczy nieznacznie pociemniały.
– Nie. Panna Granger odpowiedziała w normalnym tempie.
– Nie zdążyliśmy zanotować – ktoś jęknął z tyłu.
– Rozumiem – odpowiedziała spokojnie. – A mimo to znalazł się czas na śmiech – odpowiedziała jej cisza. Co poniektórzy wymienili między sobą dwuznaczne spojrzenie. – Ciekawe, jak wybiórczo działa państwa uwaga. W takim razie następnym razem radzę słuchać – rozejrzała się po klasie, zatrzymując nieco dłuższe spojrzenie na Pansy Parkinson. – Pergamin nie zda za was egzaminu – kilku uczniów spuściło wzrok. – Panno Granger, proszę powtórzyć.
***
Pokój Wspólny tego popołudnia okazał się wyjątkowo zatłoczony i gwarny. Młodsi uczniowie gromadzili się na schodach i w okolicy kominka, a starsi zajęli wygodne kanapy i pufy do siedzenia. Wszyscy wymieniali się uwagami i spostrzeżeniami po pierwszych zajęciach z nową profesor transmutacji. Ci nieco odważniejsi wzdychali głośno pod nosem, podważając decyzję nowej opiekunki dotyczącego popołudniowego spotkania. Portrety z uwagą przyglądały się uczniom, cicho szepcząc między swoimi ramami.
– Przepraszam – rzuciła Hermiona, schodząc po krętych schodach prowadzących do sypialni dziewcząt. – Przepraszam – posłusznie odsuwali się w bok, gdy prefekt Hermiona Granger sprowadzała ze schodów ostatnie zabłąkane Gryfonki. Hermiona potraktowała poważnie prośbę nowej opiekunki, aby poinformować wszystkich Gryfonów o spotkaniu.
– I co? – Dean Thomas pomachał do niej ze schodów prowadzących do sypialni chłopców. – Wszyscy?
– Wszyscy – potwierdziła Hermiona. Za Deanem stąpał jedynie sam Neville Longbottom, który wyglądał, jakby właśnie Dean wybudził go z popołudniowej drzemki. Hermiona poklepała Neville’a po ramieniu, wskazując miejsce na kanapie, którą zajęli dla nich Harry i Ron.
Przecisnęli się przez Pokój Wspólny, zajmując miejsce obok przyjaciół. Co jakiś czas Gryfoni milkli, gdy rama obrazu drżała. Tym razem nie okazała się to nowa opiekunka, a spóźniony Seamus. Finnigan stanął nieco wryty, czując na sobie spojrzenie całego Domu Lwa. Nieco zmieszany, nieco skrępowany podrapał się w policzek, odnajdując w tłumie Deana. Wszyscy wrócili do rozmów. Hermiona zerknęła na zegar wiszący nad kominkiem. Minuta, pomyślała uśmiechając się w stronę Seamusa, który odnalazł jej spojrzenie.
Nagle gwar zaczął powoli cichnąć. Równo o godzinie siedemnastej portret Grubej Damy zadrżał raz jeszcze. Do Pokoju Wspólnego weszła profesor Torres. Nie miała ze sobą książek ani pergaminów. Stanęła na środku, rozglądając się po uczniach. Nieco bystrzejszy obserwator mógł zauważyć, jak kobieta przygląda się salonowi Gryfonów, a nie samym jego mieszkańcom.
Nie prosiła o ciszę, czekała, nim ostatni rozmowni pierwszoroczni w końcu zakończą konwersacje. Po kilku sekundach ostatnie szepty ucichły. Zdało się słyszeć jedynie trzask buchającego kominka. Hermiona wyczuła na sobie wzrok Harry'ego. Profesor Torres spoglądała po uczniach, jakby zapamiętywała ich twarze.
– Witajcie – jej głos był spokojny, lecz wyraźny. Nawet stojący na krętych schodach pierwszoroczni nie musieli wychylać głów, aby lepiej usłyszeć kobietę. – Jak już wiecie, profesor Dumbledore powierzył mi obowiązki opiekunki domu podczas nieobecności profesor McGonagall. Od dziś to ja odpowiadam za ten dom. Oznacza to, że będę wymagała od was dokładnie tego samego, czego wymagała profesor McGonagall – młodsi uczniowie sapnęli przeciągle. – Punktualności. Uczciwości. Szacunku wobec siebie i innych – zaczęła powoli krążyć po salonie. – Nie interesuje mnie, ile punktów zdobyliście w poprzednich latach. Nie interesuje mnie również, ile ich straciliście. Od dziś każdy z was ma u mnie czystą kartę. Nie będę nikogo faworyzować ani nie będę nikogo skreślać – zatrzymała na chwilę spojrzenie na Harrym. Właśnie uświadomiła im, że bycie sławnym Harrym Potterem nie miało dla niej znaczenia. Wszyscy byli równi – Każdy z was będzie oceniany na podstawie własnych decyzji i własnej pracy. Z mojej strony możecie oczekiwać sprawiedliwości. Z waszej oczekuję uczciwości – ostatnie słowa wypowiedziała nieco głośniej. – Profesor Dumbledore przydzielił mi gabinet należący do profesor McGonagall. Jeśli będziecie potrzebować mojej pomocy, przyjdźcie. Jeśli popełnicie błąd, poniesiecie jego konsekwencje. Jedno nie wyklucza drugiego. Macie swoje obowiązki wobec tego domu. Ja mam swoje zobowiązania wobec was. Czy są jakieś pytania?
– Czy profesor McGonagall wróci? – zapytała jakaś trzecia roczna. Profesor Torres spojrzała w jej kierunku.
– Mam taką nadzieję.
– Czy profesor McGonagall jest bezpieczna? – Hermiona wyrwała się z pytaniem, ponad innymi. Profesor Torres splotła przed sobą dłonie i zrobiła krok w przód. Przez chwilę milczała, obdarzając Hermionę tak samo intensywnym spojrzeniem, jak podczas ich pierwszego spotkania w Gospodzie pod Świńskim Łbem. Hermiona wytrzymała ostre, świdrujące spojrzenie.
– Tak – odpowiedziała krótko. – Nie odpowiem na więcej pytań dotyczących profesor McGonagall. Jeśli dyrektor uzna to za właściwe, sami poznacie więcej informacji – wymownie spojrzała po uczniach. – Czy są jakieś pytania organizacyjne? Dotyczące funkcjonowania domu?
– Będzie pani surowa jak profesor McGonagall? – zapytał ktoś z pierwszorocznych. Po raz pierwszy kąciki ust profesor Torres uniosły się w górę.
– To zależy tylko od was – zerknęła w bok. – Tak panie Longbottom?
– A jeśli będziemy mieli jakiś… problem?
– Tak jak powiedziałam wcześniej, przyjdziecie z nim do mnie – spojrzała na niego uważnie.
– A jeśli będzie dotyczyło to innego nauczyciela? – zapytał nieśmiało Harry. Wszyscy Gryfoni spojrzeli na niego. Kobieta nie wyglądała na zaskoczoną jego pytaniem.
– Wtedy również przyjdziecie do mnie – Potter niepewnie pokiwał głową, a później wymienił spojrzenie z Ronem. – Czy są jeszcze jakieś pytania? – odpowiedziała jej cisza. Kobieta złożyła przed sobą dłonie w koszyczek. – Zanim rozejdziecie się na kolację, chcę powiedzieć ostatnią rzecz – Hermiona przyjrzała się jej uważnie. – Reputację domu buduje się każdego dnia. Od dzisiaj jestem za was odpowiedzialna. Oczekuję, że wy również poczujecie się odpowiedzialni za Gryffindor.
Skinęła głową i opuściła Pokój Wspólny. Za nią większość uczniów skierowała się na kolacje, pozostali rozsiedli się na fotelach i kanapach. Ginny mruknęła, że musi zobaczyć się z Luną, a Neville uznał, że była to świetna okazja, aby zajrzeć do biblioteki. Harry, Ron i Hermiona obserwowali jak Neville i Ginny opuszczają Pokój Wspólny.
– Chodźcie na górę – mruknął cicho Harry. – Musimy pogadać.
Wspięli się po krętych schodach do sypialni chłopców. Harry upewnił się, że Dean wraz z Seamusem nie podążyli za nimi. Zasiedli oni bowiem do szach czarodziejów. Kiwnął konspiracyjnie głową w stronę Rona i Hermiony, a po minucie wszyscy byli już za zamkniętymi drzwiami sypialni.
– I co o niej myślicie? – odezwał się pierwszy Ron.
– Nie wiem – wzruszył ramionami Harry. – Nie warto z nią zadzierać.
– Przynajmniej nie udaje miłej jak Umbridge – Harry wraz z Ronem cicho parsknęli na słowa Hermiony.
– Myślicie, że Dumbledore ją zwolnił? – Ron usiadł na parapecie, odsuwając w bok stos książek Neville'a.
– Wątpię, aby profesor Dumbledore miał poważny powód, aby ją zwolnić – odezwała się Hermiona. – Profesor McGonagall nie jest czarownicą, którą ot, tak osuwa się od obowiązków.
– A co jeśli Dumbledore wysłał McGonagall na misje?
Hermiona wraz z Ronem spojrzeli na siebie, a w kolejnej sekundzie przenieśli spojrzenie na Pottera. Harry wstał, mierzwiąc włosy. Krążył po pokoju, odsuwając butem w bok skarpetki i porozrzucane koszulki. Hermiona dopiero teraz zauważyła jaki bałagan panował w sypialni chłopców. Zmrużyła oczy.
– I byśmy o tym nie wiedzieli? – zapytał Ron.
– Rzecz biorąc, nie jesteśmy nawet członkami Zakonu – mruknęła Hermiona. – Może są rzeczy, o których nie możemy wiedzieć.
– Dziwne to wszystko… Ron co ty wyprawiasz?
Ron siedział już na podłodze, kreśląc coś zawzięcie na pergaminie. Hermiona uklękła za nim, zaglądając mu za ramię. Spojrzała przelotnie na Harry’ego.
– Piszę do Freda i Georga. Może coś wiedzą. Harry mogę pożyczyć Hedwigę?
– Jasne – wzruszył ramionami Harry.
– Świetnie – złożył pergamin w misterną kostkę, a następnie wcisnął ją do kieszeni spodni. – Przed kolacją idziemy do sowiarni.
– Zadałaś jej dość odważne pytanie, Hermiono.
– Tak? – spojrzała na Harry’ego. – Które?
– Czy profesor McGonagall jest bezpieczna – Hermiona uśmiechnęła się blado pod nosem. – Ktoś musiał je zadać.
– Zauważyliście, jak zwlekała z odpowiedzią?
– Też na to zwróciłeś uwagę Ron? – Hermiona spojrzała w jego stronę, czując szybsze bicie serca.
– Nie tylko ty… – rzucił posępnie Harry.
***
Snape zamknął książkę cichym, lecz zdecydowanym ruchem. Odłożył ją na stolik tuż obok kubka chłodnej kawy. Ołówek wystawał spomiędzy stron. Snape nie czytał książek dla samego czytania. Zasiadał do nich wtedy, gdy musiał ulokować swoją uwagę gdzie indziej. Położył dłoń na okładce dość wysłużonego egzemplarza Imienia Róży. Nie za specjalnie często sięgał po mugolskie wydania, otaczając się magicznymi księgami. Jednak co jakiś czas lubił wracać do tej konkretnej książki, odszukując własnych zapisek na rogach kartek.
Czasem wyglądał, jakby spierał się z autorem, podważając jego tezę. Z rzadka sprawdzał też poprawność tłumaczonej łaciny. Niekiedy dopisywał własne krótkie komentarze, wewnętrznie wygrywając niemałą bitwę z pisarzem. Fałszywa analogia czy błędne założenie, pojawiała się dość często na pożółkłych stronach. Snape nie czytał książek. On je analizował, pracował z nimi, rozkładając je na części pierwsze. Czasem nazywał to zwykłą rozmową z autorem, a czasem potyczką. Co jakiś czas wracał do własnych zapisków, niekiedy nie zgadzając się już z własnymi uwagami.
Ciepłe światło paleniska zatrzymało się na jego dłoni. Snape zacisnął ją w piąstkę, opuszczając na podłokietnik. Przymknął powieki, wsłuchując się w swój spokojny miarowy oddech, mieszający się z nierównym trzaskiem ogarków w kominku. Świat wokół niego zaczął dryfować. Mięśnie nieznacznie rozluźniły się, a oddech wydłużył się tylko odrobinę. Balansował na granicy rzeczywistości i relaksu, gdy niespodziewanie rozległo się pukanie. Snape momentalnie otworzył oczy, odpychając od siebie resztki snu. Wyprostował barki, wstając z fotela. Zanim opuścił salon, rzucił tylko przelotne spojrzenie na zegar zawieszony tuż nad kominkiem. Nie wiedział, jak długo trwała drzemka. Przetarł twarz dłonią.
Dostał się do gabinetu, z którego dochodziło pukanie. Rzucił okiem na biurko i rozłożone dokumenty. Otworzył drzwi niemal na oścież. Ciemne oczy błysnęły w blasku pochodni.
– Severusie.
– Ariano – otworzył szerzej drzwi.
– Zakłóciłam ci drzemkę? – zapytała, spoglądając na jego lekko potargane włosy. Snape posłał jej chłodne spojrzenie, przeczesując palcami kosmyki.
– Nie obrażaj mnie Torres.
– Miły jak zawsze – rzuciła, ignorując jego uprzejmy ton. – Nic się tu nie zmieniło – powiedziała, rozglądając się z uwagą po gabinecie. – Będziemy tak stać, czy zaprosisz mnie do środka?
Snape na sekundę przymknął powieki. Wziął spokojny wdech, a kiedy jej otworzył, nałożył na swą twarz maskę opanowania. Ariana uśmiechnęła się zwycięsko, gdy wskazał jej drogę do prywatnych kwater.
– Nie było cię na kolacji.
Nie odpowiedział. Oparł się o framugę drzwi, obserwując wiedźmę. Ariana krążyła po jego salonie, rozglądając się na boki. Jej ciekawskie spojrzenie zatrzymało się na jednej ze ścian. Odwróciła się ku niemu, a kąciki jej ust delikatnie, niemal niezauważalnie uniosły się w górę.
– Widzę, że się w końcu urządziłeś.
– Ani trochę – odpowiedział cierpko Snape.
– Powiesiłeś obraz. Ostatnio go tutaj nie było – położyła dłonie na biodra, spoglądając na martwą naturę zamkniętą pod solidną ramą obrazu. – Pasuje do ciebie – rzuciła. – Zimny. Surowy. Wyniosły. Zamknięty. Ascetyczny. Cierpliwy.
– Nadal mówisz o obrazie czy już o mnie?
– To nie był komplement – rzuciła na niego przelotne spojrzenie. – Obrazy nie przewracają oczami.
– Czyżby? Nadal opisujesz obraz?
– Nie schlebiam ludziom, Snape.
– Zauważyłem – odpowiedział. Ariana dostrzegła, jak kąciki ust Snape’a minimalnie, niemal niezauważalnie zadrżały. Uśmiechnęła się pod nosem.
– Widzę, że dawne metody uspokojenia umysłu dalej ci służą.
Chwyciła ze stolika Imię Róży, gładząc kciukiem chropowatą okładkę. Snape spoglądał na nią uważnie. Ariana posiadała w sobie powściągliwość i ostrożność, której wielu mogłoby się od niej uczyć. Nie zajrzała do środka. Doskonale wiedziała, że oprócz pożółkłych stron odnajdzie tam zapiski Snape’a. Swoją drogą prywatne zapiski, których nie miała ochoty czytać. Odłożyła książkę z powrotem na stolik.
– Wino czy ognista whisky?
– Przechodzimy do konkretów – usiadła na drugim fotelu. – Wiesz, co lubię o tej porze.
Snape podał jej kieliszek o burgundowym zabarwieniu. Usiadł w fotelu, okładając na stolik szklaneczkę z ognistą whisky. Przez moment wpatrywali się w siebie bez słów, a ta cisza pomiędzy nimi wcale nie była tak krępująca, jak mogłoby się wydawać. Snape uniósł szklaneczkę w jej stronę.
– Za pierwszy dzień.
– Za pierwszy dzień – uderzenie szkła rozeszło się po salonie Snape’a.
– Komnaty spełniają twoje oczekiwania? Urządziłaś się już?
– Nie mam za wielu rzeczy. Raczej nie zmienię niczego po poprzedniej lokatorce.
– Dumbledore przydzielił ci komnaty McGonagall? – wymienili się dwuznacznym spojrzeniem.
– Tak.
– Błagam, powiedz mi, że masz zamiar wyrzucić ten obrzydliwy perski dywan.
– Co jest w nim złego?
– Torres – rzucił przeciągle. – Liczyłem, że masz lepsze wyczucie stylu.
– Odezwał się znawca stylu i klasy – ukryła uśmiech za kieliszkiem z winem.
– Jesteś tutaj pierwszy dzień, a pozbawiłaś mój dom już czterdziestu punktów – warknął wściekły Snape, przypominając sobie, jak w porze obiadowej zauważył klepsydrę Slytherinu. Poziom szmaragdów wypełnionych klepsydrę drastycznie zmalał. A minęło zaledwie kilka godzin, podczas których Torres zdążyła się już wygodnie rozsiąść w sali McGonagall.
– Zagoszczę tu przez jakiś czas. Muszę zaznaczyć swój teren.
– Zdajesz sobie sprawę, że wydałaś na siebie wyrok?
– Doprawdy? – zapytała niewinnie.
– Slytherin i Gryffindor walczą od lat o hierarchię.
– I jak wam idzie utrzymanie wysokiego rankingu?
– Zamilcz Torres.
Ariana zaśmiała się na głos. Snape potarł kciukiem brodę, wpatrując się w rozpalony kominek. Kątem oka obserwując Arianę, właśnie zdał sobie sprawę z czegoś na pozór błahego i irracjonalnego. W jego komnatach zwykle nikt się nie śmiał. Zimne mury nie doświadczyły radości ani zwykłej beztroski, której pomimo wielu lat, wciąż dostrzegał w bystrym spojrzeniu Ariany. Poczuł, jak coś w okolicy klatki piersiowej ściska go niewinnie. Dawne wspomnienia zaczęły się budzić.
– Czy uczniowie Hogwartu mogą przebywać w Hogsmeade?
– Mówimy teraz o comiesięcznej wycieczce?
– Określiłabym to raczej jako wolną amerykankę w późnych godzinach wieczornych – Snape spojrzał na nią zaciekawiony.
– Już złapałaś uczniów na łamaniu szkolnego regulaminu? – prychnął niemal rozbawiony.
– Oficjalnie nie byłam wtedy jeszcze nauczycielką – wzruszyła ramionami, zakładając nogę na nogę. – Dwa dni temu spotkałam w Gospodzie pod Świńskim Łbem pannę Granger.
– Czyżby?
– Tak – upiła łyk wina. – Było to chwilę przed tym zanim spotkaliśmy się na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Doprawdy pamiętam to miejsce jako mniej obskurne – Ariana skrzywiła się nieznacznie. W nozdrzach nadal czuła okropny odór co poniektórych zakapturzonych postaci, włóczących się tamtejszą ulicą.
– Panna Granger nie złamała szkolnego regulaminu – napomknął obojętnie Snape.
– Nie?
– Była tam pod moim rozkazem.
– Wysyłasz uczennicę nocą do Hogsmeade? – spojrzała na niego nieprzychylnie.
– Była tam w towarzystwie młodego Malfoya.
– Doprawdy?
– Tak – rzucił krótko Snape. – Sprawy Hogwartu.
Ariana podniosła się z fotela, podchodząc do kominka. Na kamiennym murku postawiła kieliszek, a sama nieznacznie pochyliła się w stronę paleniska, ogrzewając w dłonie. Snape obserwował ją znad szklaneczki ognistej whisky, mrużąc delikatnie oczy.
– Data spotkania z Czarnym Panem została już ustalona?
Po kilkunastu ciągnących się w nieskończoność sekundach ciszy w końcu obróciła się w jego stronę. Snape miał nieznacznie napiętą szczękę. Palce, które trzymały szklaneczkę, zacisnęły się na szkle tak mocno, że pobielały mu knykcie. Ariana nawet nie udawała, że nie widzi jego reakcji. Widziała ją za dobrze i doskonale znała stanowisko Snape’a. Decyzje, na które nie miał wpływu, zostały podjęte już dawno.
– Powiadomię cię.
– Oczywiście – skinęła głową, krążąc po jego salonie.
– Co z Dumbledorem?
– Tak jak ci mówiłam – powiedziała z naciskiem, podkreślając każde słowo. – Albus nie może się o niczym dowiedzieć.
– Jesteś gotowa na śmierć? – Snape zbliżył się do niej niczym cień. Ariana nawet nie zadrżała, wyczuwając jego oddech na swoim karku. – Wstępując w szeregi Czarnego Pana, możesz pożegnać się z nadzieją, powrotu do domu.
– Jestem – odpowiedziała bez cienia zawahania, wpatrując się w ciemne oczy Snape’a. – Mój drogi Severusie już dawno pożegnałam się z tym światem – dotknęła jego policzka, gładząc go delikatnie. Snape chwycił ją za dłoń. Nie za specjalnie mocno. Nie sprawił jej bólu ani dyskomfortu. Jego uścisk był raczej stanowczy niżeli bolesny.
– Nie waż się ze mną żegnać – wysyczał, uważnie spoglądając w jej oczy. – To nie twój czas. Nie teraz.
– Nie popadajmy w ironie Severusie – pomimo napiętej sytuacji na jej twarzy pojawił się blady uśmiech. – Przez te wszystkie lata żegnałeś się ze mną wielokrotnie.
– Nie ma to znaczenia – opuścił w dół jej dłoń.
– Ma – odpowiedziała z naciskiem. – Za każdym razem wracałeś do domu.
– Dolać ci wina?
– Zmieniasz temat.
– Nie zmieniam tematu. Ucinam nieprowadzącą donikąd konwersację.
– Dolej – rzuciła, podając mu kieliszek. – Tym razem odrobinę więcej. Nie żałuj mi.
– Nie mam najmniejszej ochoty oglądać cię pijanej.
– Zabrzmiało to, jakbyś widywał mnie wielokrotnie pod wpływem alkoholu – prychnęła urażona. – Widziałeś mnie raz. Tylko raz.
– O jeden raz za dużo – przechylił butelkę. – Przypomnij mi które urodziny świętowałaś?
– Dziewiętnaste.
– Właśnie, dziewiętnaste. Przez jeden wieczór byłem twoją przyzwoitką. Ktoś musiał odprowadzić cię do domu. To doświadczenie skutecznie zniechęciło mnie do podobnych aktów dobroczynności.
– Byłeś dobrym przyjacielem – powiedziała cicho. – Nadal nim jesteś.
– Oszczędź mi tych wzruszeń Torres. Źle na mnie działają – prychnął, chociaż w jego głosie nie zdało się słyszeć ironii, czy sarkazmu.
Ariana zaczęła się nieoczekiwanie śmiać, a Snape nawet nie próbował jej uspokoić. Być może były to ostatnie beztroskie chwile, które miał u jej boku. Więc pozwolił jej pobyć tą młodą Arianą, którą pamiętał z przeszłości. Jej oczy zabłyszczały niemal radośnie, a policzki oblały się delikatnym różem. Ciężko było stwierdzić, czy było to od dawki alkoholu, czy może od nieprzerwanego śmiechu.
Kobieta nieporadnie zahaczyła się o skraj własnej szaty, wylewając całą zawartość kieliszka wprost na Snape’a. Oboje znieruchomieli, spoglądając na siebie powoli. Torres zagryzła wargę, aby nie roześmiać się jeszcze bardziej.
– Wybacz Severusie – zachichotała. – Pozwól, że usunę tę plamę – sięgała już po różdżkę, gdy rozległo się pukanie. Oboje spojrzeli w pusty korytarz.
– Otwórz. Idę się przebrać.
Posłała mu ostatnie przepraszające spojrzenie, widząc, jak znika za drzwiami sypialni. Czym prędzej odwróciła głowę, spostrzegając, jak Snape odpina guziczki szaty. Pokonała pusty korytarz i wpadła do gabinetu, z którego dochodziło pukanie. Poprawiła mankiety szaty, odgarnęła kosmyki włosów z czoła i chwyciła za klamkę.
– Panna Granger? – zapytała z wyraźnym zaskoczeniem.
– Profesor Torres? – rzuciła również zbita z tropu.
– Mogę w czymś ci pomóc?
– Kto przyszedł? – to głos Snape’a dobiegał z głębi komnat. Hermiona przełknęła gulę w gardle.
– Ja… – zdołała rzucić tylko tyle.
Profesor Torres obróciła głowę w stronę gabinetu. Hermiona zauważyła w blasku pochodni, że blade policzki profesorki transmutacji miały na sobie znaczne rumieńce. Kilka luźnych kosmyków wymsknęło się z misternie ułożonej fryzury. O tej porze miała na sobie nieco mniej oficjalną szatę, aniżeli podczas zajęć, jakby ściągnęła ze swoich barków cały profesorski rygor. Hermionę otulił ciężki zapach alkoholu. Kobieta ponownie odwróciła się w jej stronę, uważnie przyglądając się uczennicy. W następnej sekundzie drzwi otworzyły się szerzej. Hermiona zadrżała, czując w nozdrzach ognistą whisky.
– Panna Granger?
Snape również wyglądał na zaskoczonego. Nie spodziewał się jej, nie o tej porze. Wolną dłonią zapinał guziczki koszuli, mankiety pozostały odpięte, jakby zakładał koszulę w pośpiechu. Hermiona patrzyła na niego, totalnie ignorując stojącą obok czarownicę. Spoglądała na jego dłonie pospiesznie błądzące po czarnym materiale, na jego zaciśniętą szczękę i płytki oddech, jego nieznacznie unoszące się barki i te oczy, cholerne czarne oczy, które wpatrywały się w nią z niemałą stanowczością.
– Profesorze Snape.
– Ariano proszę, wejdź do środka – zwrócił się ku kobiecie. Coś zadrżało nieprzyjemnie w żołądku Hermiony, gdy zwrócił się do niej po imieniu. – Zaraz przyjdę.
– Panno Granger – skinęła ku niej głową. Potem obróciła się i zniknęła w głębi korytarza.
– Co pani tutaj robi panno Granger?
– Przepraszam pana, profesorze Snape – szepnęła, czując zbierające się kącikach oczu łzy. – Błędnie pomyślałam, że chciałby pan odzyskać swoją książkę jak najszybciej.
– Książkę?
Granger nie miała ze sobą żadnej książki, nie miała też torby, ani niczego co świadczyć mogło, że z czymkolwiek do niego przyszła. Snape zmrużył oczy. Wypity alkohol niestety nie ułatwił mu szybkiej kalkulacji sytuacji.
– Przerwałam państwu.
Zrobiła najpierw jeden, potem drugi krok w tył. Snape obrócił się w stronę swoich kwater. Potem powoli wrócił wzrokiem do Granger. Przechylił głowę w bok, myśląc intensywnie. A potem poczuł jak coś nieprzyjemnie, spłynęło wzdłuż jego kręgosłupa. Granger połączyła fakty.
– Wyciąga pani błędne wnioski, panno Granger.
– Nie – pokręciła głową. – Ja… ja po prostu widzę – zrobiła krok w tył. – Muszę iść.
– Nie skończyliśmy rozmowy Granger.
– Rozmowy? – uśmiechnęła się gorzko. – Nie było żadnej rozmowy.
– Granger – warknął.
Dostrzegł w jej oczach rozczarowanie i coś, czego nie potrafił w tamtym momencie nazwać. Granger uniosła wyżej głowę, jakby sama jej duma utrzymywała ją w pionie. Obróciła się do niego plecami. Powoli ruszyła w stronę schodów, a każdy jej krok był spokojny i opanowany. Snape już nie dostrzegł srebrnych łez, ściekających po policzkach Granger.

Ooooooooo <3 Nie napisałam ci tego nigdzie wcześniej.
OdpowiedzUsuńRozdział petarda! ♥♥ Ariana jest super, bardzo ją lubię. No jak nie kochać kogoś, kto dodaje smaczku relacji S&H? Aw. I ogólnie jest sympatyczna, bo mimo że taka troszkę chłodna, to jest po dobrej stronie - czyli stronie Dumbledore'a.
Jejku, święta, jak miło. Chciałabym już święta :'(
Perf rozdział ci wyszedł, no i mam nadzieję na jakiegoś gorącego całusa na zgodę (opcjonalnie seksy) od Seva dla Mionki. Pff, ja tego wymagam!
Pozdrawiam, ściskam mocno ♥♥
Kochanie! Aww *-* I tak miało być z Arianą... :D Miała być chłodna a jednocześnie tajemnicza... chyba mi się udało :) Uhg... pełno czekoladowych aniołków w sklepach widziałam już a Świąt brak oh :__: Haha znam Cię na tyle, że wiedziałam, że napiszesz o tych seksach ;o :D Kochana! ♥
UsuńDziękuję za komentarz :) :*
Jazz ♥
Jeej :D Nie mogłam doczekać się tego rozdziału <3 Czekam na następny, a ten jest genialny <3
OdpowiedzUsuńHihi :3 Miło mi to słyszeć c: Dziękuję, dziękuję bardzo! :)
UsuńJazz ♥
Super rozdział nie mogłam się doczekać*.* No wreszcie wiadomo kim jest ta kobieta z baru, całkiem niezła ta Torres trochę tajemnicza, oschła, a jednocześnie w jakiś sposób wzbudziła moją sympatie. Tylko co się stało ze starą dobrą McGonagll :( ? Ohhh zima *.* cudowna pora roku bardzo ładnie opisana ;) I mała reklamacja za mało mi Sevmione *robi oczka kota ze Shreka* będzie więcej naszego przemiłego profesorka i Mionki w następnym rozdziale?
OdpowiedzUsuńMam nadzieję że następny rozdział pojawi się troszkę szybciej bo zwariować można z niepewności ;*
Pozdrawiam i życzę duuużo Weny
S.A
Oh! ^-^ Strasznie się cieszę, że przypadła Ci do gustu nowa postać :) Ojej... dziękuję :* chciałam tą porę roku tak bajecznie opisać c: Może w jakimś stopniu mi się udało ;3 Wciąż mam różne wersje następnego rozdziału i sama nie wiem co dokładnie będzie zawierał, ale postaram się by było więcej Sevmione :) Mam nadzieję, że uda mi się szybciej coś napisać byście nie musieli tyle czekać :*
UsuńDziękuję słońce za komentarz <3
Jazz ♥
Yyy no rozdział troszkę szokujący. Bardzo się ciesze że dodała i mam nadzieje że następny pojawi się jeszcze szybciej :) tak krótko pisze bo czasu mało ale życzę weny :)
OdpowiedzUsuńDziękuje za komentarz :) Też mam taką nadzieję, że uda mi się szybciej coś naskrobać ;)
UsuńJazz ♥
Woow!!!! <3 aż brak mi słów.. Pisz pisz pisz bo chce wiedzieć co dalej! ^^
OdpowiedzUsuńOh! <3 Dziękuje strasznie za komentarz :33
UsuńBuziaczki :*
Jazz ♥
Rozdział mega *.* Ariana hmm.. napewno będzie ciekawie :D
OdpowiedzUsuńWeny kochana ;*
Dziękuje śliczne za komentarz! :33 Cieszę się, że rozdział się podoba <3
UsuńCałuję kochana :*
Jazz ♥
Super rozdział. Najfajniejsza koncóweczka :) Weny życzę i pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńGosia
Ah! :) Cieszę się, że się spodobało :33 Dziękuje ślicznie! :*
UsuńCałuję :*
Jazz ♥
uwielbiam twoj blog
OdpowiedzUsuńYeah! :D To strasznie miłe! :) Dziękuje :*
UsuńJazz ♥
Mimo mojego oburzenia (więcej na gg), postanowiłam pozostawić po sobie mało znaczący ślad.
OdpowiedzUsuńFajnie, że znów mamy kolejną nową postać. Taka damska wersja ala Snape. Może to dla tego tak bardzo polubiłam Ariane? No cóż. Ciekawa jestem jaką rolę ma do odegrania ta kobieta w tej historii.
No ale co z McGonagall? Ciekawe, ciekawe...
Oczywiście najlepsza scena na koniec. Taki tam czarny humorek.
Spoko rozdział.
Czekam na nn (o którym mam nadzieję, zostanę poinformowana).
Pozdrawiam, To$ka.
Wyjaśniłyśmy sobie to nie porozumienie już :3 Dziękuję za komentarz Mała! :* Co z McGonagall? Nic, a nic nie mogę zdradzić ;-; Cieszę się, że Ci się spodobało ;) Ah! <3
UsuńŚciskam! :3
Jazz ♥
Rozdział świetny, tak jak cały Twój blog. Już nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału. Oby jak najszybciej :)
OdpowiedzUsuńDziękuje ślicznie ❤ To naprawdę cudownie przeczytać takie słowa przed świętami *-*
UsuńŚciskam cieplutko :*
Jazz ♥
Czytam dużo blogów, ale to Twój stawiam na pierwszym miejscu.Codziennie zaglądam i sprawdzam czy nic nie dodałaś. Mam nadzieję, że niebawem coś się pojawi. Pozdrawiam i życzę weny!! ;)
OdpowiedzUsuńNie wiem co powiedzieć *o* na prawdę, w szoku jestem :) Te słowa aż mnie unoszą w górę :) Dziękuje ślicznie!
UsuńPozdrawiam :3
Jazz ♥
Również czekam na nowy rozdział. To byłby świetny prezent na święta dla twoich czytelników . :D
OdpowiedzUsuńRozdział jest w trakcie tworzenia jednak nie dam rady na święta go dodać :c
UsuńŚciskam cieplutko :)
Jazz ♥
Czekam na następny ciekawy rozdział. Mam nadzieję że jakoś wybrniesz z tej sytuacji z nową nauczycielką i Sewusiem :). Fajnie byłoby gdyby Sev w końcu jakoś przekonał się do Hermiony i wykonał 1 krok, gdyby zaczęło się coś dziać miedzy nimi. Wyczekuję kolejnego rozdziału. Niech magia świąt doda ci weny i nowych wspaniałych pomysłów. Niech nowe rozdziały pojawiają się regularnie jak kiedyś.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Ania
Ze spokojem kochana, mam już wszystko zaplanowane jak z tego wybrnę :) Dziękuję ślicznie za życzenia! *o* <3 A co Jazz Ci życzy? Przede wszystkim spokojnych, wesołych świąt oraz dużo zdrowia bo przecież to jest najważniejsze i najcenniejsze! :*
UsuńDziękuję za komentarz :3
Wesołych Świąt! :)
Jazz ♥
Kocham! Uwielbiam, jejku dopiero odkryłam ten rozdział. Jestem pod wrażeniem, genialne. :) Weny życzę.
OdpowiedzUsuńOh dziękuje bardzo! *-* Strasznie się cieszę, że Ci się podoba :* :)
UsuńŚciskam :3
Jazz ♥
Kiedy next? xx
OdpowiedzUsuńRozdział jest w trakcie pisania, więc mam nadzieje, że pojawi się jak najszybciej :)
UsuńJazz ♥
Czeeeeekam :D
OdpowiedzUsuńNa dniach się ukaże :D
UsuńJazz ♥
Hej! Rozdział jak każdy poprzedni jest genialny. Tak naprawdę czytam dopiero od jakiś 2 dni, a już wkręciłam się na maksa. Jedyne czego mi brakuje to trochę więcej Sevmione :D W końcu nie zaszkodzi. Kiedy następny rozdział?
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Wiki.
Dziękuje za miłe słowa! :33 Cieszę się, że tak się wkręciłaś hehe :) Rozdział na dniach się pojawi :)
UsuńDziękuje za komentarz :*
Jazz ♥
Świetnie, czekam z niecierpliwością :)
UsuńSiema, kiedy dodasz rozdział???? Czekam :D
OdpowiedzUsuńRozdział jest już u Bety więc kwestia sprawdzenia i będzie na blogu :)
UsuńJazz ♥
Kiedy kolejne części ?
OdpowiedzUsuńNajnowszy rozdział pojawił się tydzień temu więc zapraszam do przeczytania ;) A kolejny... zobaczymy :)
UsuńJazz ♥